Reportaż 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

Następne części:

Część 2 >>

Część 3 >>


 

Kazimierza Karolczaka podróże
nie tylko naukowe...

Moja Ameryka... (1)
 

Ameryka przywitała mnie deszczem, błyskawicami i piorunami. Nad lotniskiem w Chicago szalała burza. Ponad godzinę krążyliśmy nad północnymi rejonami USA i południem Kanady. W dole wyraźnie rysowały się tafle Wielkich Jezior. Do lądowania podchodziliśmy w iście bajkowej scenerii: przepływaliśmy przez cudowne, białe obłoki tworzące fantastyczne kształty przywodzące na myśl baśniowe zamki i pałace, których nie powstydziłby się nawet architekt z wspaniale rozwiniętą wyobraźnią. Po chwili wpadaliśmy w turbulencję, gwałtownie spadaliśmy w dół, w przerażającą ciemność smaganą deszczem i rozświetlaną błyskawicami. Skrzydło — pokazujące się na ułamki sekund — sprawiało wrażenie, że jest z nami tylko przez przypadek, że za chwilę samodzielnie odleci... Nie zdążyło, na szczęście, bo już odbijaliśmy się jak piłeczka od ziemi: raz, dwa, trzy... Jak dobrze, że istnieje grawitacja. W ciszy rozległy się brawa. Dla pilota, za dobre lądowanie? Chyba nie... Ludzie cieszą się, że w ogóle wylądowali, że wreszcie chociaż trochę będą mogli decydować o swoim losie. Chociaż.... Najpierw zadecyduje o nim urzędnik imigracyjny! Niektórzy mogą zakończyć swoją przygodę z Ameryką na lotnisku.

Rozmiar: 48615 bajtów

Spieszę się. Po wyjściu z rękawa szybko znalazłem się na czele dużej grupy pasażerów. Spóźnienie powoduje, że mam tylko 40 minut do odlotu samolotu do Atlanty. Dopadam stanowisk odprawy imigracyjnej. Jeszcze pusto, bez zastanowienia podchodzę do pierwszego oznaczonego napisem „visitors”. Mam pierwszy kontakt z tubylcem: czarny. Wymiana dwóch zdań, z rozmachem przybita pieczątka w paszporcie, długopisem dopisane B1: pobyt służbowy. Znów biegiem po bagaż, odprawa celna. Nabieram podejrzeń, że biali, to tu tylko podróżni... Muszę znów nadać bagaż... Pytam ładną Murzynkę o stanowiska United Airlines. Odpowiada pytaniem, czy przyleciałem LOT-em, a potem już bez ceregieli przechodzi na czystą polszczyznę i tłumaczy, gdzie mam się udać. Bez najmniejszego akcentu! Jestem zszokowany! Ameryka to jednak dziwny kraj...

Czasu mam coraz mniej. Otrzymuję wejściówkę na samolot do Atlanty, wraz z informacją, że odlatuje on z pierwszego terminalu. Na razie jestem na piątym... Znajduję kolejkę krążącą wokół lotniska i w dużym stresie, cały czas spoglądając na zegarek docieram na drugą stronę lotniska. Jeszcze długi marsz (bieg) długimi korytarzami (na szczęście lotniska w USA są znakomicie oznaczone) i wpadam na odprawę „security”. Zajmuje się mną oczywiście... Murzyn! Każe zdjąć buty. W pierwszej chwili pomyślałem, że Amerykanie to straszne czyściochy, potem przeleciało mi przez myśl, że tu przecież bardzo lubią naszego byłego prezydenta Wałęsę, no i chcą... puścić mnie w skarpetkach! To ostatnie podejrzenie szybko jednak upadło, gdy po przejściu przez bramkę zobaczyłem wytwornego biznesmena japońskiego, stojącego karnie — mimo upału — w ciemnym garniturze i... w skarpetkach! Pamiętałem z najnowszej historii, że mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni pojawiali się w wizji Lecha, ale bynajmniej nie boso! Odetchnąłem, zaświtała nadzieja, że oddadzą buty! Z perspektywy lotniska — dziwna jednak ta Ameryka...

Pod „swoją” bramkę wpadłem pięć minut przed odlotem. Uśmiechnięta... Murzynka (a jakże!) poinformowała mnie o opóźnieniu w odprawie, jako że ten samolot przylatuje z Vancouver i też ma problem z lądowaniem w burzy. Prawie stuminutowe opóźnienie startu z Chicago nie dziwi mnie, potwierdza jedynie opinie o normach panujących w tym względzie w ruchu powietrznym USA. Do Atlanty lecę boeingiem 757 United Airlines, pilotuje kobieta, która — ku mojemu późniejszemu zdziwieniu — nie okazała się... Murzynką. Lot trwa jedynie 90 minut, a więc na pokładzie serwują wyłącznie napoje i słone ciasteczka. Proszę o sok jabłkowy, ale nieopatrznie zgadzam się na lód. Dostaje ogromny kubek, do którego nie mieści się już sok! Sam lód wystaje ponad brzegi kubka! To moje pierwsze doświadczenie z „lodową Ameryką”. Wkrótce przekonam się, że bez lodu nie potrafią tu żyć, mrożą wszystko. Biedne moje chore gardło... i dziwni ci Amerykanie...

Rozmiar: 29412 bajtów

W Atlancie ląduję o 1.30 w nocy. Niezbyt to szczęśliwa pora na rozpoczęcie wizyty w absolutnie obcym mieście. Natychmiast po odebraniu bagażu zainteresowali się mną bagażowi (normalne), ale znów Murzyni! Podziękowałem i wyszedłem przed terminal. Wprost uderzyło we mnie gorące, wilgotne powietrze: mimo nocy, ponad 30°C (na szczęście na lotniskach podają temperaturę nie tylko w skali Fahrenheita!). No cóż, jestem w Georgii... Pojawił się kolejny... Murzyn (taksówkarz). Znów nie skorzystałem z propozycji pomocy, ale pomyślałem, że mają tu dobrze wychowanych Murzynów... Wokół lotniska cały czas krążą powoli samochody. Nie można tu parkować, a jedynie zatrzymać się na 10 min. w celu wysadzenia, bądź zabrania pasażera. To bardzo praktyczne, bo wszystkie drogi są przejezdne.

Rozmiar: 26675 bajtów

Gromadka ludzi wokół mnie topnieje. Przyglądam się otoczeniu lotniska, kontroluję wzrokiem przesuwające się samochody... Kierowcy wypatrują „swojego” pasażera, pasażerowie „swojego” kierowcy. Mnie wyraźnie upatrzył sobie Murzyn-taksówkarz: podjeżdżał koło mnie, wyraźnie czekał aż się złamię. Wewnętrznie powoli dojrzewałem do takiej decyzji, ale zdawałem sobie sprawę z konsekwencji finansowych: miałem do przebycia ponad 70 mil od lotniska! Kilka dni później dowiedziałem się, że ta przyjemność byłaby kosztowniejsza, aniżeli cała moja podróż lotnicza z Krakowa! Wielka Atlanta (metropolia z oplatającymi ją miasteczkami) ma z południa na północ około 120 mil, a więc dalej jak z Krakowa do Rzeszowa!

Tymczasem coraz niecierpliwiej wypatrywałem „mojego” samochodu. Wiedziałem tylko, że przyjedzie po mnie biały land rover z 32-letnią blondynką za kierownicą. Samochód na szczęście dość nietypowy, ale ujrzałem go dopiero gdzieś po godzinie. Wolno sunął wzdłuż terminalu, a kierowca... czytał książkę! Kierowca-blondyna! Poczułem się jak Robinson, który na horyzoncie ujrzał statek. Pomachałem ręką i w tym momencie zobaczyłem, jak kierowca w land roverze niemal nie wyskoczył przez dach. Takiej eksplozji radości dawno nie widziałem! Gwałtowny skręt aż dwóch samochodów i za chwilę wpadłem w objęcia roześmianej, ładnej blondynki, wyrzucającej z siebie powitalne zdania z szybkością karabinu maszynowego, przeplatane okrzykami „my professor”! Okazało się, że była ona w dużo większym stresie krążąc od trzech godzin (skutek spóźnienia samolotu) wokół lotniska, a i poszukując mnie przy zupełnie innych bramkach terminalu (to z kolei skutek awarii systemu wydającego bagaż). Pod tym względem Ameryka okazała się więc zupełnie normalna...

Poszukiwały mnie aż dwa samochody i — co ciekawe — ten drugi widziałem wcześniej kilka razy, ale na Hondę nie zwracałem uwagi, a i kierująca nią kobieta nie wiedziała chyba dokładnie kogo szuka. Nie czytała też za kierownicą książki... Blondynka z land rovera (Heidi, jak się przedstawiła) miała natomiast na kierownicy „moich Dzieduszyckich” i próbowała identyfikować mnie po zdjęciu na obwolucie! Autora przepełniła duma: czytają mnie w Ameryce! Za chwile zostałem jednak sprowadzony na ziemię: oglądają mnie w Ameryce... Heidi nie zna po polsku nawet jednego słowa, a wypowiedzenie choćby tylko tytułu „Dzieduszyccy” jest dla niej męką porównywalną może z wysiłkami Europejczyka próbującego powiedzieć cokolwiek po chińsku. To absolutna masakra: zespół świstów, zgrzytów, nic nie znaczących dźwięków, z których wszystkiego można się domyślać, tylko nie nazwy jednego ze starszych polskich rodów. Na szczęście w książce są obrazki, a zwłaszcza moje zdjęcie na wewnętrznej stronie obwoluty (głęboki ukłon w stronę red. Zuzanny Czarneckiej). To właśnie zdjęcie najbardziej interesowało Heidi krążącą wokół lotniska, na jej podstawie próbowała mnie identyfikować. Ze zrozumiałych powodów książki nie przeczyta nigdy... Cóż, powinienem w tym miejscu dodać, że dziwna ta Ameryka, bo nie czytają... po polsku! Nie dodam. Westchnę tylko: ceńmy i szanujmy nasz język, ale jeśli chcemy, by nie tylko oglądano nas na obrazkach, to napiszmy coś czasem w innym języku.

Rano oglądam miejsce, do którego dotarłem po trzeciej w nocy. Ładna, kilkuakrowa posiadłość, z dużym domem, jeziorem, basenem i końmi. Położona w Alpharetta, na północnych krańcach metropolii. Geograficzna prawidłowość — odnosząca się do wszystkich miast amerykańskich — wskazuje, że mieszkają tu ludzie bardzo zamożni. Południe zasiedla na ogół ludność uboga, głównie kolorowa, przesuwając się stopniowo do centrum, z którego wyprowadzają się dotychczasowi mieszkańcy. Ceny nieruchomości zależą nie tylko od terenu, ale w dużej mierze od ludzi tam zamieszkujących. W snobistycznych północnych rejonach posiadłości są duże, przekształcane często z dawnych farm. Właściciele nieruchomości (nie jak u nas drobni kupcy) walczą z wciskającym się tam handlem wielkopowierzchniowym, który przesuwa się na północ za ludźmi posiadającymi pieniądze. Znakomicie rozwinięta sieć dróg pozwala przemieszczać się szybko i wygodnie. Jedyna płatna autostrada pod Atlantą nie rujnuje kieszeni kierowców: kosztuje jedynie pół dolara (płatne tylko przy wjeździe). Wygląda na to, że krakowianie muszą być dużo zamożniejsi płacąc pięć razy więcej za krótki odcinek w kierunku Katowic! Alpharetta licząca około 30 tys. mieszkańców zajmuje powierzchnię większą od Krakowa! W krajobrazie architektonicznym brak tu wysokich budynków, z którymi skutecznie (na razie) walczą mieszkańcy. Oczywiście w tych warunkach standardem jest samochód, bez którego życie w Ameryce stało się wręcz niemożliwe.

Komunikacja publiczna obejmuje głównie południe i centrum metropolii. Na północ rozszerza się bardzo wolno i to nie ze względu na brak środków, ale... protesty mieszkańców! Wraz z linią metra, czy szybkiej kolejki, do ekskluzywnych miejscowości na północy docierają ludzie mniej zamożni, dla których buduje się domy wielorodzinne i szeregowce (obiekt marzeń wielu z nas!). Pojawienie się developerów stawiających zamknięte osiedla domów szeregowych staje się sygnałem do ucieczki dotychczasowych mieszkańców dalej na północ.

Amerykanin co kilka lat zmienia miejsce zamieszkania, a w ciągu życia przesiedla się średnio kilkanaście razy! Nie przywiązuje się przy tym nawet do wygodnych domów. Nie buduje z myślą o dzieciach, wnukach... Nawet wielkie, luksusowe rezydencje stawiane są na drewnianym szkielecie, co robi wrażenie budowania z zapałek (określenie Izy Cywińskiej). Budują więc nie murarze (jak u nas), ale stolarze! Cała konstrukcja tworzona jest z drewna i prasowanych płyt wiórowych, a to dopiero obkładane cegłą (jedna warstwa), nie stanowiącą konstrukcji nośnej, ale ozdobę. Tylko wysokie budynki mają w środku szkielet stalowy. Amerykańskie domy wyglądają więc z wierzchu bardzo nobliwie, za to w środku wszystko skrzypi i trzeszczy. Ameryki ponoć nie stać na budowanie z cegły! Dziwna ta Ameryka...

Od pierwszego dnia pobytu w USA czułem amerykańską inność, chorobliwą wręcz potrzebę obrony przed unifikacją z resztą świata. Fahrenheity, stopy, cale, akry, mile pielęgnowane z gorliwością godną lepszej sprawy, nawet przez Amerykanów w pierwszym pokoleniu, z dopiero co nabytym obywatelstwem. Szybko przekonałem się jednak, że i ja muszę się przystosować. Nikt nie będzie mi podawał informacji w metrach, hektarach, stopniach Celsjusza, bo większość po prostu ich nie zna! Widząc mapę pogody nie wpadałem więc w panikę, że następnego dnia żywcem ugotuję się przy 90°F (to tylko około 32°C), ale już perspektywa zmierzenia się ze stekiem o klasycznej dla Amerykanów grubości incha (cala) i rozmiarze wielkiego talerza śniła mi się po nocach i nieodmiennie budziła strach...

Kazimierz Karolczak  

 
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, listopad-grudzień 2003 Statystyka