Rozmowy Konspektu |
||
|
Dom otwarty państwa GałczyńskichRozmowa z córką poety Kirą Gałczyńską
Jerzy S. Ossowski:
Kira Gałczyńska:
Jak Pani ocenia stan współczesny „gałczyńskologii” i krytyki towarzyszącej opisowi przede wszystkim dzieł Gałczyńskiego? — Ukazują się sporadyczne recenzje z takiej czy innej okazji, ale poważnego głosu o tym, że minęło 50 lat od śmierci Gałczyńskiego — właściwie nie ma. Dlaczego Gałczyński przetrzymał próbę czasu? Dlaczego jest nadal poetą żywym? Co z niego wzięli jego następcy? Nikt nie próbował tego tematu podjąć. Interesujące jest to, jaki wpływ wywarł na kilka pokoleń polskich poetów, od młodych STS-owców poczynając, np. Agnieszki Osieckiej — na Jeremim Przyborze kończąc. Sądzę nawet, że Mrożek jest również „Gałczyński”. On jest pozornie absurdalny. W Indyku są niemal dosłowne cytaty z Gałczyńskiego. Podobnie jest w Mrożkowej sztuce „Pieszo”, która „zielonogęsiowo” pobrzmiewa teraz ze sceny „Starego Teatru” — Myślę, że również Jerzy Harasymowicz bez Gałczyńskiego byłby uboższy. I Grochowiak autor dzisiaj zapomniany, z grupy „Współczesności”, poeta niewątpliwie najwybitniejszy. Może ten obecny brak zainteresowania to tylko „czyściec”, z którego Grochowiak wyjdzie odrodzony. To, że są to poeci zapomniani sprawili ludzie pokroju Przybosia, pozbawionego wyobraźni i fantazji. W środowisku literackim uważa się popularność za coś szkodliwego — jeżeli poetę może czytać jednocześnie i kolejarz i profesor uniwersytetu, to jest w tym coś podejrzanego. Ojciec zawsze się z tego śmiał. Miano mu za złe, że zabiega o popularność. Puszczał w miasto jakieś niestworzone historie, które powiększone o echa, wracały do niego. Nie wyobrażam sobie też raperów śpiewających Miłosza. Miłosz na zaproszenia ślubne nie trafi nigdy. No więc właśnie. Więcej wartościowych opinii na temat Gałczyńskiego wypowiedzieli pisarze, niż krytycy czy historycy literatury. Józef Czechowicz nazwał Gałczyńskiego „Paganinim”, ale Bolesław Miciński znakomicie rozpoznał i wyraził egzystencjalistyczną problematykę dzieła poety. Stefan Kisielewski uważał go za geniusza. — ...ale jednocześnie Zieloną gęś za całkowity bełkot pisany dla pieniędzy. To była replika, ponieważ Gałczyński szyderczo opisał „Sprzysiężenie” Kisielewskiego. Ci najwięksi — łącznie z Gombrowiczem — doceniali twórczość autora „Balu u Salomona”. — Ponieważ oni byli o niebo inteligentniejsi od ludzi parających się dzisiaj krytyką, czuli zawód, czuli warsztat. To byli partnerzy do rozmowy. Dzisiejsi krytycy nie prowadzą wielkich dyskusji. Zalewa nas totalny szum i… prostactwo. I gdzieś ta kultura wysoka schodzi na odległy plan. Uważam, że książka, bez względu na to, co się dzieje z naszą cywilizacją, zawsze pozostanie sprawą indywidualną. Nie można Śmierci w Wenecji czy Buddenbrooków czytać na monitorze, dotyczy to także Przygód Pana Kleksa czy Lokomotywy Tuwima. Nic nie zastąpi książki. Na spotkaniu z krakowskimi dziennikarzami jedna z młodych redaktorek, pytała o metafizyczność, o religijność Gałczyńskiego. Również ja w Gałczyńskim widzę personalistę. Czy nie jest nadużyciem traktowanie Gałczyńskiego jako społecznika, zaangażowanego w opisywanie rzeczywistości „socjalistycznej”? — Nie wydaje mi się, żebym ja widziała w ojcu pisarza lewicy, równie niemożliwe wydaje mi się uczynienie z niego pisarza prawicy. On po prostu jest sobą. Zmieniał się język poezji Gałczyńskiego. Świadczą o tym Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich. Uważam również, że ja nigdzie go na te „lewe strony” nie wekslowałam. Ojciec nie miał jednoznacznego stosunku do ludzi, do świata, do spraw go otaczających, po prostu dlatego, że więcej rozumiał, więcej widział, więcej czuł. To są wszystko sprawy związane z wrażliwością. Uważam, że Gałczyński tworzy własny język egzystencjalistyczny i personalistyczny. I można z niego „wydobyć” filozofię Gałczyńskiego, to coś, co tak pasjonowało Micińskiego i Gombrowicza. Gałczyński to poeta wielogłosowy, osobowość wielowymiarowa, znakomicie operuje wieloma językami i symbolami kultury XX wieku. W dwudziestoleciu międzywojennym niewielu jest poetów-humanistów tak gruntownie wykształconych, mających bezpośredni dostęp do literatur europejskich, znających łacinę, grekę, angielski, niemiecki, francuski, rosyjski. Gałczyński jest poetą europejskim. — Na pewno. Kiedy tłumaczył Schilerowską Odę do radości, powiedział mi: „przyjdzie taki czas, że wszyscy będziemy to śpiewać”. Miał czasem takie „wizjonerskie” myśli. W 1943 roku jeden z kolegów w stalagu zapytał go: „A co ty będziesz robił po wojnie?” Odpowiedział na to: „Zamieszkam w polskim Szczecinie.” A przecież w tym czasie Stalinowi nie śniło się nawet o tym, że Szczecin odda Polsce. Profetyczny jest również wiersz o wyborze Polaka papieża — Modlitwa o szczęśliwy wybór Papieża. Nagle okazało się, że Oda do radości będzie naszym „drugim hymnem”.
Bardzo interesujące jest życie codzienne Gałczyńskiego, jego „gospodarstwo” życiowe i poetyckie. Jak wyglądał dzień państwa Gałczyńskich? — Dom był dla niego najważniejszy. Pracował, kiedy cały dom jeszcze spał, żeby potem mieć czas dla rodziny i przyjaciół. Rodzice przed południem wychodzili do miasta, załatwiali swoje sprawy, chodzili po wydawnictwach i redakcjach. Obiad jedliśmy wspólnie w kuchni, kiedy wracałam ze szkoły, i to było nasze pierwsze spotkanie po śniadaniu. Potem czytaliśmy wiersze, które napisał rano, albo którąś z jego ulubionych książek, często sięgał po Kochanowskiego, Krasickiego, Horacego. W naszej bibliotece zachowało się wiele tomów z dedykacjami od kolegów, ale też z notatkami ojca na marginesach, ojciec notował numery telefonów, pomysły od czytelników. Były rozmowy z przyjaciółmi, których miał bardzo wielu. Dom otwarty, pełen muzyki, pełen ludzi. Ojciec nie lubił kawiarni, nie lubił knajp. Najlepiej czuł się u siebie w domu i wszystkich zapraszał na wyśmienitą herbatę mojej mamy. Po Zjeździe Pisarzy w 1950 roku zrobiło się nagle dosyć pusto. W naszym kręgu pozostali tylko przyjaciele z lat Kwadrygi: Dziadzia Saliński, Rysiek Dobrowolski, Marian Toporowski, Władysław Bieńkowski, Aleksander Maliszewski. To byli ci ludzie, którzy nawet na moment nie zawiedli. Często chodziliśmy do teatru. Ojca fascynowała magia teatru jako magia zespołowej pracy. Sam pracował jako pojedynczy człowiek, a to, że z dyskusji najpierw, z kłótni rodziło się jakieś spójne, nieraz niezwykłe dzieło, było to dla niego zawsze jakąś ogromną tajemnicą. W piątki rodzice bywali w filharmonii. I były w końcu wyjścia do przyjaciół. Do Karoliny i Stefanii Belinówny, do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego, do Mariana Toporowskiego. Gośćmi u nas byli oczywiście Salińscy, Słobodnikowie, a w okresie wigilijnym, samotny Adam Mauzberger. Częstym gościem był też Andrzej Stawar. Dziwadło. Bardzo mądry człowiek, człowiek, który wtedy był pozbawiony właściwie możliwości jakiegokolwiek zarobkowania. To tragiczna postać. Bowiem wtedy nawet jego przekłady Szołochowa nie mogły się ukazywać pod jego własnym nazwiskiem. On dziwaczał coraz bardziej, zamykał się w sobie, miał wrażenie, że jest cały czas obserwowany. Starał się uciekać przed tymi swoimi prześladowcami. Wreszcie wyjechał do Francji. Tam zaopiekował się nim Jerzy Giedroyc i tam umarł. Ale historia nie znosi takich zakończeń, bowiem trumna wróciła rzekomo z ciałem Andrzeja Stawara, wróciła do Polski i został, jako wielki marksistowki krytyk, pochowany z całym ceremoniałem w Alei Zasłużonych na wojskowych Powązkach. Tyle, że do Polski wróciła pusta trumna. Grób Andrzeja Stawara jest pod Paryżem. Prawie natychmiast po tym pogrzebie ukazały się jego dzieła wydane przez „Kulturę” paryską. Zaczął się zupełnie obłąkany skandal, ale jakoś antypogrzebu nikt nie urządził. Nikt tej pustej trumny nie wykopał z tej Alei Zasłużonych. I teraz ilekroć jeżdżę na Zaduszki na ten właśnie cmentarz, gdzie mam swoje groby, to zawsze idę na pusty zupełnie i ciemny grób, symboliczny grób Andrzeja Stawara i tam zapalam parę świeczek. Stawar przed swoim wyjazdem do Paryża nosił w portfelu wiersz ojca dedykowany jemu i mnie. Kiedy przeczytałam wiersz Śpiąca dziewczynka poszłam z szaloną pretensją do ojca, bo nie rozumiałam, co mnie może łączyć ze starym Stawarem. Na co ojciec mi odpowiedział: „Wiesz dlaczego was połączyłem w tej dedykacji? Bo oboje was kocham”. Kiedy Stawar wyjeżdżał zostawił ten rękopis Helenie Ładaszowej, od której ja go w końcu otrzymałam. Stawar był dziwnym człowiekiem, który mocno wpisał się w moje życie i miał na nie niewątpliwy wpływ. Święta Bożego Narodzenia były zawsze dla ojca niezmiernie ważne. Nawet kiedy chorował pisał do mamy, że się cieszy, że jest już kupiona szynka, że teraz jeszcze trzeba będzie kupić choinkę, świeczki. Wspólnie kupowaliśmy świecidełka na choinkę. On się wtedy stawał właściwie małym dzieckiem i przypominały mu się choinki na Towarowej, które ubierał razem z Mietkiem. Śpiewał i grał na gitarze, recytował z pa mięci... — Śpiewał chętnie, np. taką irlandzką piosenkę o kogucie — „Zabijemy trzy koguty na ten dzień”, jakieś angielskie ballady. Czasem w duecie z koleżanką mojej mamy. On się w ogóle bardzo martwił, że w jego domu rosną niemuzykalni ludzie. Marzył o rodzinnym zespole kameralnym. Jego gitara była bez strun, bo tę prawdziwą, którą kupił w Krakowie, natychmiast zabrał mu Andrzej Szczepkowski. Ojciec podarował mu ją w zamian za coś, co będzie mu gitarę przypominało. I tak dostał pudło bez strun, które do dziś wisi w Praniu. Były też w domu skrzypce, ale na nich nie grał. Wyjmował je z szafy w czasie cichych dni i zaczynał je stroić. Dźwięk strojonych skrzypiec może przyprawić o furię. Moja mama ze swojego kąta wołała: „Dobrze już Kot, już dobrze. Już wszystko w porządku”. Nastrojone skrzypce wędrowały do pudła, pudło do szafy do następnych cichych dni, które rzecz jasna się pojawiały. To były ciche dni Natalii i Konstantego? — Tak, choć jemu to dokuczało, tak ciężko mu było to znosić, że to trwało, ja wiem, parę godzin. Jak nie pomagało strojenie skrzypiec, to gdzieś do kogoś biegł, jeśli nie miał pieniędzy, biegł i pożyczał od kogoś żeby kupić jej kwiaty. A nasza babcia w dalszym ciągu uważała go za mało normalnego, bo np. nie było wiadomo z czego się zrobi jutrzejszy obiad, bo w domu nie było grosza. A czy miał jakieś szczególne upodobania kulinarne? — Był zupełnie niewybredny. W młodości uwielbiał golonkę, ale moja mama mu dość szybko to wytłumaczyła, że golonki w domu nie będzie dostawał. W kuchni pomagała pani Marysia, która zresztą zupełnie sobie z tym nie radziła. Wszystkim dyrgowała moja babcia. Mama nie była mistrzem kulinarnym, przeciwnie, miała dwie lewe ręce, jadaliśmy więc na mieście. Ojcu wystarczała dobra kawa i papierosy. Jego przyjaciele wiedzieli, że zbiera dziwne naczynia do parzenia kawy i rzeczywiście miał kolekcję różnych ekspresów, maszynek, czajników… w spiżarni. Ale do parzenia kawy służył mu wyłącznie jeden garnek nieodmiennie ten sam. Czasem wrzucał do niej kawałek wanilii. Jak każde dziecko lubił słodycze. Czasem w nocy szedł do spiżarni i wyjadał naszej babci wszystko, co przygotowała na śniadanie. Dla naszej babci był to dowód, że jest zupełnie nienormalny. Z babcią rozmawiał wyłącznie po rosyjsku. Nasza babcia uważała bowiem, że to jest język europejski, a jeśli ktoś nie rozumie co ona mówi to niech się nauczy.
Czy Konstanty Gałczyński był srogim ojcem dla Pani? — Nie. Kiedyś umówił się ze mną, że ja będę traktowana jak dorosła, w związku z tym mam swoje obowiązki: szkoła, wynoszenie śmieci, sprzątanie swojego pokoju... I na ten temat już nigdy więcej nie było mowy. Rodzice raz tylko byli w szkole, w maturalnej klasie, jak ja zgłupiałam, gdzieś z jakiejś biologii, jakieś bzdury opowiadałam, że człowiek wdycha dwutlenek węgla, wydycha tlen. Jakieś takie kretyństwa opowiadałam i on się wtedy naprawdę przestraszył, że jakiś debil w domu rośnie. I wtedy po raz pierwszy i ostatni poszli razem do szkoły. Nie przywiązywał wagi do stopni. Mówił: „Ja też nigdy nie byłem celującym uczniem. Stopnie nie mają związku z tym co się wie, czym się człowiek interesuje. Tę pańszczyznę trzeba odrobić, im mniejszym nakładem pracy tym lepiej.” A jak się zwracał do domowników? — Babcia była „mama”, ja byłam „Kijek”. Mama miała dziesiątki imion. Była Natałka, Natusia, Pawełek, był Bocian, Ptaszek. A mama mówiła do niego na ogół zawsze „Kot”. Przyjaciele z „Kwadrygi” mieli swoje imiona ustalone od dziesięcioleci, tak się podpisywali w listach: „Olo”, „Dziadzia”, „Rysiek”. A czy miał swoje antypatie i rzeczy, których nie znosił? — Raczej ich nie okazywał. Nigdy nie mówił o swoich kolegach pisarzach, że to „grafomani”. Nie oceniał i nie wartościował. O Ważyku pisał z przekąsem „kolega Ważyk”, ale nigdy nie oceniał tego, co robił i pisał. Wiedział, że to jest chłam, ale nigdy sobie nie pozwolił na mówienie, że to grafomania. A jaki był jego stosunek do własnej twórczości? — Był skromny, mówił: „Napisałem kawałek”. Kawałki pisał dla „Przekroju” i „Nowej Kultury”. Nawet Wit Stwosz był kawałkiem, nie chciał wpaść w samo uwielbienie. Rozmawiał Jerzy S. Ossowski |
![]() |
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, listopad-grudzień 2003 Statystyka |