Esej |
| |
Jan RybickiTrylogia po amerykańskuKiedy anglista (albo amerykanista) zaczyna kłusować w łowieckich rewirach polo nistyki, trudno chyba się dziwić, że pragnie ustrzelić od razu najgrubszego zwierza. I że przymierza się do niego od swojej, anglo-amerykańskiej strony. Skoro Sienkiewicz zastrzelił tyle zwierząt w Ameryce (na pewno odetchnęły one z ulgą, gdy w marcu 1878 r. odpłynął wreszcie do Europy), nie powinien mieć pretensji o to, że ktoś chce zapolować na niego po angielsku. Tym bardziej, że takich myśliwych było do tej pory zadziwiająco mało - ostatnia książka na ten temat pochodzi z roku 1968 i ukazała się w Rzymie! Przywołany tu amerykański epizod w życiu Sienkiewicza to na pewno interesujący początek dla wszelkich rozważań nad recepcją autora Quo vadis w Ameryce, choć z samą recepcją ma on niewiele wspólnego. Sienkiewicz nie pojechał do Ameryki sprzedawać swoich książek, bo w roku wyjazdu, 1876, jeszcze ich nie napisał. Gdy zaopatrzony w amerykańską wizę wyjeżdżał za Atlantyk przez Londyn i Liverpool, miał na koncie - z ważniejszych utworów - jedynie Na marne, Sielankę, Starego sługę i Hanię. Już w kalifornijskim Anaheim kończył "małą trylogię" Selim Mirzą - i pisał coraz więcej, bo oprócz "nowel amerykańskich" to właśnie w Kalifornii tworzył Szkice węglem. Materiału amerykańskiego (Za chlebem, Latarnik czy Sachem) starczyło mu zresztą aż do Ogniem i mieczem. Można by nawet upierać się, że to właśnie pobyt w Ameryce uczynił z dziennikarza - pisarza, ale jest to równie karkołomne przedsięwzięcie, jak widzieć w amerykańskim doświadczeniu Sienkiewicza powód jego zerwania z pozytywizmem na rzecz bardziej konserwatywnych przekonań - tym bardziej, że Sienkiewicza pisma o Ameryce, szczególnie te późniejsze, tchną naiwną chwilami wiarą w american dream, utożsamiany przez autora Trylogii z de mokracją, egalitaryzmem i kultem męskości. Ślad amerykański w twórczości Sienkiewicza próbowano od dawna - ale nad Wisłą raczej niż nad Mississippi - tropić w kowbojsko-indiańsko-westernowych elementach Trylogii. Nie bał się tego Krzyżanowski, nie bał się Miłosz w swej The History of Polish Literature; Wyka pisze wręcz o "westernowo-amerykańskich zasobach pamięci" autora Ogniem i mieczem. W Dzikich Polach widywano prerie, w kresach w ogóle - amerykańską frontier, w koniu Kmicica - mądrego mustanga z gór Santa Ana, w Kozakach - Indian; to ostatnie porównanie przebija nawet z ostatniej hoffmanowskiej katastrofy. Sęk w tym, że choć westernowe sceny może i rozgrywały się jeszcze gdzieniegdzie w Stanach Zjednoczonych lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, Listy z podróży o Ameryce świadczą o czymś zgoła przeciwnym: dla Sienkiewicza jest to kraj całkiem już bezpieczny, bezpieczniejszy może nawet na swych prowincjonalnych "kresach", gdzie rządzi tak podziwiane przez Sienkiewicza prawo lynchu. Rewolwer zabrany za Atlantyk spędził większość podróży w walizce, budząc wesołość amerykańskich znajomych, a napotkani Indianie byli trochę egzotyczni, ale bardziej biedni, stłamszeni, niegroźni. Są oczywiście w historycznych powieściach Sienkiewicza momenty jakby żywcem przeniesione z westernu: wytarzany w smole i pierzu czarny charakter z Na polu chwały i oczywiście Czapliński, wyrzucony przez Skrzetuskiego przez drzwi "saloonu" Dopuła. Ale znowu nie są to sceny "z życia wzięte" przez autora. Można powiedzieć, że "westernizacja" Trylogii jest specjalnością polską. Ten aspekt najpoczytniejszej, jeśli wierzyć popularnym sondażom, powieści polskiego tysiąclecia, lansowany od lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku, wygląda raczej na kolejną już próbę przebicia się z polskim bestsellerem wszechczasów do czytelnika anglosaskiego. Czy może kolejnego przebicia się, bo przebój ten już raz się na ten rynek przebił. Jeżeli bowiem prezydent Stanów Zjednoczonych mógł pisać, że podczas kampanii wyborczej znajdował pociechę "w nieśmiertelnej Trylogii" i wspominać z nostalgią swych żołnierzy z wojny amerykańsko-hiszpańskiej jako "godnych Zagłoby i spółki", to jest to chyba wystarczający dowód na zaistnienie Sienkiewicza w Ameryce nie tylko jako autora Quo vadis, której to pozycji prezydentów, i to nie byle jaki, bo sam Theodore Roosevelt, wcale za najlepszą powieść nie uważał. Tym bardziej, że Sienkiewicza sprzedawało w USA sprzedawców wielu i dość nieporadnych. Sienkiewicza tłumaczył w Ameryce (i w Anglii, choć znacznie mniej chętnie i ze znacznie mierniejszym skutkiem) kto chciał - jako "Rosjanina" nie chroniła go bowiem żadna konwencja o prawach autorskich (Rosja, czy to carska, czy komunistyczna, z zasady nie podpisywała takich dziwnych traktatów). Konkurencję tę wygrał człowiek bynajmniej nie największego talentu, ale za to największej obrotności i pracowitości, Amerykanin irlandzkiego pochodzenia, Jeremiah Curtin (1835-1906), wedle słów Sienkiewicza "najstraszniejsza i największa piła, jaką wyobrazić sobie może fantazja dziewięciu poetów". "Piła" wymusił na Sienkiewiczu pisemne oświadczenie, że "nikt nie jest upoważniony do przekładania moich dzieł na angielski, oprócz Jeremiasza Curtina". "Jeremiasz" zawdzięcza więc Sienkiewiczowi sławę i przede wszystkim fortunę; nie da się jednak ukryć, że to właśnie dzięki bardzo niedoskonałemu tłumaczowi, jakim był Curtin, polska literatura ustanowiła pierwszy i do tej pory przez żadnego polskiego pisarza nie pobity rekord popularności za granicą - i więcej, że to głównie dzięki niemu jakikolwiek polski autor zaistniał w świadomości popularnego czytelnika anglojęzycznego. Liczne fragmenty z listów do przyjaciół świadczą o tym, iż Sienkiewicz doskonale zdawał sobie z tego sprawę i zapewne właśnie dlatego pomagał jak mógł temu "człowiekowi użytecznemu". To pewne, że swą popularność w USA zawdzięcza Trylogia również Quo vadis; Curtin nie miał powodu cieszyć się ze sprzedaży swych With Fire and Sword (1890), The Deluge (1891) i Pan Michael (1893). To wszechogarniająca amerykańska mania Quo vadis (książki, która Rooseveltowi szczególnie do gustu nie przypadła), trwająca przez kilka lat od pierwszego wydania angielskiego z r. 1896 i przypominająca rozmiarami chyba tylko Harry'ego Pottera, pociągnęła za sobą wszystko inne i stała się powodem głośnego skandalu z Teutonic Knights, gdy jeden z konkurentów Curtina wydał Krzyżaków po angielsku na trzy lata przed ukazaniem się oryginału - a że ten był jeszcze nie skończony, piracka wersja kończyła się na śmierci Danusi! Jednak już wtedy, w czasach nie tak przecież odległych od ostatnich wojen indiańskich, mało kto w Ameryce kupował Trylogię dlatego, że przypominała mu opowieści z Dzikiego Zachodu. Pierwsze amerykańskie porównania biegły w innym kierunku: ku Homerowi i Walterowi Scottowi, ku romansowi rycerskiemu, a więc nie tyle do gatunku westernowego, co do jego wspólnych z Trylogią korzeni. Porównania z historyjkami o kowbojach, jeśli były, zdarzały się prawie wyłącznie w prasie polonijnej. Co ciekawe, tę samą prawidłowość można było zauważyć przy próbie reintrodukcji (wracając na chwilę do żargonu łowiecko-zoologicznego z pierwszego akapitu niniejszego tekstu) Sienkiewicza dokonanej pod koniec XX w. przez zmarłego na sam koniec wieku Wiesława Stanisława Kuniczaka. Ten urodzony we Lwowie polski emigrant i amerykański pisarz przeciwstawił prymitywnej często dosłowności przekładu Curtina konsekwentne "unowocześnienie" Trylogii w świadomej próbie nie przekładu co jej adaptacji do gustów współczesnego czytelnika amerykańskiego. Powstał twór dziwny: jego With Fire and Sword jest o 70% słów dłuższe od oryginału, mimo doszczętnej amputacji epilogu (tego zabiegu dokonał zapewne po to, by nie razić czytelnika krwawym opisem batalistycznym Beresteczka). Zwiększenie objętości książki jest przede wszystkim wynikiem daleko posuniętego nadtłumaczenia: tam na przykład, gdzie Sienkiewicz opisuje jednym zdaniem krajobraz Dzikich Pól, Kuniczak dogrywa jednoakapitową wariację na temat Stepów akermańskich; co Sienkiewicz pozostawia wyobraźni lub wiedzy czytelnika, Kuniczak woli na wszelki wypadek powiedzieć prosto z mostu, najlepiej kilka razy, by na pewno dotarło. Ci z amerykańskich slawistów (w Ameryce polonistyka nie istnieje jako osobny dział filologii), którzy nie poparli swymi autorytetami tej próby, narzekali, że za mało w tym wszystkim Sienkiewicza a za dużo Kuniczaka. Najbardziej zaś ucieszyli się komparatyści, bo diametralnie różne a konkurencyjne przekłady Curtina i Kuniczaka stały się dla nich niewyczerpanym źródłem materiału porównawczego. A recenzenci gazetowi i internetowi dalej swoje: jeśli polonusi, to western, jeśli nie, to romans rycerski. Albo jego najnowsza odmiana. Amerykańscy studenci renomowanego amerykańskiego uniwersytetu, przed którymi piszący te słowa staje od czasu do czasu dzięki hojności Fundacji Kościuszkowskiej, by oprócz wszędzie pożądanej Szymborskiej raczyć ich innymi jeszcze polskimi noblistami, orzekają natychmiast, niezmiennie, zgodnie, niektórzy wręcz z zachwytem, że Ogniem i mieczem - które przeczytali w wersji dwudziestowiecznej - to czysty, żywy Tolkien. Tolkien, czyli fantasy. Nie western, bo obecni amerykańscy dwudziestolatkowie nie oglądają filmów z Johnem Waynem, i z gatunkiem tym kojarzy im się co najwyżej Tańczący z wilkami. Bo jakże: silni mężczyźni z mieczami na koniach, dzikie, bezkresne stepy, Tatarzy jak orkowie, wszystko zaś umiejscowione w krainach tak odległych historycznie i geograficznie, że nierzeczywistych (cóż z tego, że piękna mapa na wewnętrznej okładce - u Tolkiena są jeszcze lepsze!). A jeszcze ten początek: "Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki". Czysta fantazja! A że rok 1647, kiedy zaraz wybuchnie powstanie Chmielnickiego? Równie dobrze mógłby to być rok 3019 w kalendarzu Śródziemia i zaraz rozstrzygną się losy Wojny o Pierścień. Warszawa? Współczesny czytelnik amerykański na pewno częściej słyszał nazwę Gondoru - szczególnie przy obecnej manii z adaptacją filmową Tolkiena. Czy zatem za niespełna rok, gdy Gandalf z Frodem znów pojawią się na ekranach całego świata, by dokończyć swych zmagań z Sauronem, należy pod każdym amerykańskim kinem umieścić stoisko z Trylogią (Sienkiewicza)? Może tak, bo różni wydawcy w Ameryce z uporem godnym kolejnej sienkiewiczowskiej manii nie przestają wypuszczać na rynek tłustych tomiszcz w barwnych obwolutach z polskim nazwiskiem (czasem pisanym "Henry K. Sienkiewicz!"). Na tylnej okładce zachęcają do czytania tej "masywnej książki", "epickiej prozy", "wspaniałego połączenia historii i wyobraźni", "nieprzerwanej akcji i przygody", "opisującej dzieje miłości kobiety i mężczyzny, rozłączonych przez wojnę i chaos". Czy znajdują czytelników? Trochę znajdują, co widać w najlepszym z dostępnych materiale o współczesnej recepcji popularnej - działach opinii czytelniczych księgarni internetowych. Nawet po wyłączeniu wszystkich o polskich lub polsko brzmiących nazwiskach, zostaje jeszcze dość innych. A ci inni piszą tak (tu tylko kilka przykładów wypowiedzi o Ogniem i mieczem): "Książka trochę przegadana, ale dobrze się czyta, choć znacznie gorsza niż Taras Bulba Gogola", "Mimo że jestem pochodzenia ukraińskiego, podoba mi się ta książka; piękna mitologia, świetne opisy, postacie zapadające w pamięć", "Najlepsza powieść wszechczasów. Lepiej się za nią nie zabierać, jeśli nie ma się dużo wolnego czasu. Jeżeli tylko ktoś przebrnie przez przydługi wstęp, przeczyta ją od deski do deski", "Są książki, które sprawiają, że ich czytelnik czuje się częścią jakiegoś uprzywilejowanego kręgu. Ogniem i mieczem to jedna z nich", "Podniecająca opowieść, pełna życia i namiętności. Chwyta za serce już na początku i nie puszcza. Jak to się stało, że jest tak mało znana w Ameryce?! Może gdyby za adaptację filmową zabrał się Peter Jackson..." Peter Jackson, producent filmowej adaptacji Władcy pierścieni. No właśnie! Jan Rybicki |
![]() |
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka |