Głosy o książkach |
| |
Stefan NiesiołowskiEsej o polskim Wrześniu 1939Tytuł interesującego eseju Jacka Chrobaczyńskiego "Nie okrył się niesławą naród polski", oparty jest na opublikowanej w podziemiu przez generała Stefana Roweckiego "Grota", dowódcę Armii Krajowej, broszurze zatytułowanej "Czy wrzesień 1939 r. okrył niesławą naród polski?" Generał Rowecki słusznie twierdzi, że nie, gdyż biliśmy się dzielnie, i nawet usprawiedliwia opuszczenie przez Naczelnego Wodza, marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, walczących wojsk, wyjazd do Rumunii, która to decyzja została wówczas przyjęta powszechnym oburzeniem i jeszcze dziś, mimo znacznie spokojniejszej oceny, jest trudna do wytłumaczenia i obrony Jacek Chrobaczyński, dokonując podsumowania sytuacji powstałej w Europie w efekcie ukształtowanego po I wojnie światowej i potwierdzonego w traktacie wersalskim porządku, wymienia zasadnicze powody wybuchu wojny. "Wybuch drugiej wojny światowej stanowił logiczną konsekwencję stopniowego, choć stałego rozpadu systemu wersalskiego oraz rosnącej destabilizacji międzynarodowej. U jej źródeł leżały: polityka Trzeciej Rzeszy wsparta przez Włochy, Japonię i Związek Sowiecki, bierna postawa ówczesnych mocarstw: Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych, a także nieludzka ideologia niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu (bolszewizmu)". Bardzo trafny jest opis postaw społeczeństwa polskiego, zjednoczonego w obliczu najpierw niemieckich żądań i nacisków, a następnie najazdu i, później, okupacji. To cały czas był ten sam naród, głęboko patriotyczny, odważny, zdecydowany walczyć najpierw w obronie, a następnie o odzyskanie niepodległości. Pod tym względem nie ma w zasadzie większych różnic w całej polskiej historiografii. Na tym tle niezrozumiałe są stwierdzenia Chrobaczyńskiego o "małości polskich przywódców" (s. 21); uzasadnieniem tej "małości" ma być brak wyobraźni co do zamierzeń Hitlera i Stalina oraz odrzucenie idei Rządu Narodowego na wzór 1920 roku, nieposłuchanie przez prezydenta (Ignacego Mościckiego) apelu intelektualistów z marca 1939, którzy postulowali "włączenie wszystkich stronnictw do pracy nad bezpieczeństwem kraju" (s. 21), co jest właściwie tym samym, "nie mówiąc już o oficjalnej, państwowej propagandzie z jej najbardziej kłamliwym, nadętym i spektakularnym hasłem: "nie oddamy nawet guzika"" (s. 44). Sugeruje to, że polska polityka w 1939 roku mogła być inna, co zresztą twierdzili wówczas i jeszcze wiele lat po wojnie ludzie tak wybitni, jak np. Stanisław Cat-Mackiewicz, uważający Józefa Becka za głównego sprawcę naszych nieszczęść postulującego w gruncie rzeczy przyjęcie warunków Hitlera i wspólny przy boku Wehrmachtu marsz na Moskwę. Moim zdaniem w 1939 Polska nic innego niż uczyniła zrobić nie mogła, Beck nie popełnił żadnego większego błędu, a wciągnięcie Anglii do wojny z Niemcami było wszystkim, co można było uzyskać. Nie jest winą Polski, że nasi sojusznicy żałośnie zawiedli, chociaż trzeba pamiętać, że wypowiedzenie 3. września wojny Niemcom przez Anglię i Francję przekształciło lokalną wojnę w konflikt światowy i już od tego momentu klęska Hitlera była przesądzona; żaden Rząd Narodowy, wciągnięcie partii opozycyjnych itp. nie zmieniłoby sytuacji w obliczu niemiecko-sowieckiej agresji. Szansą na zakończenie wojny już jesienią 1939 roku było wypełnienie zobowiązań przez Anglię, a zwłaszcza Francję, mającą przewagę nad Niemcami pod każdym względem, liczby czołgów, samolotów i żołnierzy. Na ten temat istnieje ogromna literatura, a ostatnio ukazała się kolejna praca bardzo dobrze dokumentująca przewagę Francji na froncie zachodnim zarówno jesienią 1939, jak i wiosną 1940 roku (Wolfgang Venohr, Stauffenberg - symbol oporu, Warszawa 2002). Jacek Chrobaczyński twierdzi, że "nie wiadomo" (s. 152), czy uderzenie wojsk francuskich we wrześniu 1939 na Niemcy zakończyłoby wojnę? Oczywiście, jak zawsze w tego rodzaju sporach, każdy ma prawo upierać się przy swoim zdaniu, ale w takim razie, trzeba być konsekwentnym i twierdzić, że nie wiadomo nic. Historycy są zgodni, że wystarczyłoby jedno lokalne uderzenie w Nadrenii w 1935 i Hitler musiałby się cofnąć, co doprowadziłoby do upadku nazizmu, a jeszcze wcześniej - prezydent Paul von Hindenburg nie musiał wcale mianować Adolfa Hitlera kanclerzem Rzeszy. Na ogół nikt nie mówi, że nie wiadomo, co wówczas by się stało. Nie da się tego rodzaju sporów rozstrzygnąć przez odwołanie się do empirii. Najlepszym rozdziałem książki Jacka Chrobaczyńskiego jest, w moim przekonaniu, sam opis przebiegu kampanii wrześniowej - Dramatu wrześniowego dzień po dniu. Znakomicie dobrane są fragmenty dzienników znanych pisarzy, wypowiedzi polityków, dowódców, zwykłych ludzi. Najbardziej wstrząsający jest dla mnie znany wiersz Mariana Hemara:
"I tak to pamiętam - żeś wbiegła do mego pokoju i z progu Istotnie, dla wielkiego poety i polskiego patrioty, jak również dla bardzo wielu ludzi, z tej drogi nie było powrotu. Pamiętam na jednej z przedwojennych kronik filmowych zachód słońca, w czwartek 31 sierpnia 1939 roku kończył się dla Polski i dla bardzo wielu ludzi - "szczęśliwy, krótki sen" - to także fragment wiersza Hemara, pełnego tęsknoty i pisanego w dalekim Londynie w czasach, gdy wydawało się, że rządy komunistów w Polsce nie skończą się nigdy. Również dla moich rodziców: ojca, który walczył zarówno w 1920 roku, jak i w 1939 (i w Armii Krajowej), i dla matki, która urodziła się w 1920 roku i mówiła, że w szkole - wojny i powstania to było coś nieprawdopodobnie dalekiego, co nigdy już przecież nie może się zdarzyć, i że pamiętała jeszcze, jak powstańcy 1863. przychodzili na lekcje wychowawcze, to był krótki sen. Po wojnie, w ponurych latach Polski Ludowej, tata wielokrotnie powtarzał, że my nie możemy sobie wyobrazić jak wspaniale było w Polsce, że to wszystko co nas otacza, cały komunizm ze swoja nędzą, chamstwem i kłamstwem, zmienił nasz kraj, ludzi, wszystko tak dalece, że nie jest nasza winą, że nawet nie możemy tego zrozumieć, bo nie mamy porównania. Opisując przebieg kampanii, najważniejsze bitwy i heroiczny polski opór oraz nadzieje wiązane z odsieczą, która nie miała nadejść, autor jednak przyjmuje utrwalony punkt widzenia, a mianowicie wojny przede wszystkim z Niemcami. W wymiarze wojskowym tak istotnie było, chociaż w miarę wydłużania się niemieckich linii zaopatrzeniowych i rosnących strat rosły nadzieje na opór na tzw. Przedmościu Rumuńskim. Natomiast w wymiarze politycznym agresja sowiecka była pod pewnymi względami nawet ważniejsza od niemieckiego najazdu, gdyż ostatecznie przekreślała szanse na jakikolwiek dalszy zorganizowany polski opór. Stanowczo zbyt mało autor pisze o wojnie polsko-sowieckiej, która jest istotnym fragmentem kampanii wrześniowej. Na ten temat istnieje przecież bogata literatura, począwszy od Władysława Poboga-Malinowskiego, aż do cieszących się ostatnio dużą popularnością opracowań Karola Liszewskiego. Tę samą optykę prezentuje autor pisząc o postawach polskiego społeczeństwa w warunkach okupacji; nie twierdzi, jak komuniści w swojej zakłamanej historiografii, że była tylko jedna niemiecka okupacja, ale w gruncie rzeczy tylko tę niemiecką analizuje, np. pisząc: "Fenomen jednak Września polegał na tym, że klęska zjednoczyła społeczeństwo bardziej niż w przeszłości niejedno efektowne zwycięstwo (...) zdecydowana większość społeczeństwa ogłosiła swoisty wewnętrzny, polsko-polski Treuga Dei, jednocząc się i prezentując zaciętą nieustępliwość wobec wroga... Zwróćmy jednak uwagę, że pojawiły się w kraju grupy społeczne, które okupanci po części zdołali pozyskać swoją demagogią, ideologią, czy społeczną ofertą. Jednak nie odegrały one większej roli... Choć przykłady kolaboracji, niekiedy widocznej i drażniącej, w obu okupacjach wystąpiły" (s. 142). Skala kolaboracji na terenach włączonych na mocy paktu Ribbentrop - Mołotow do Związku Sowieckiego była nieporównywalnie większa niż na terenach okupowanych przez Niemcy, tzn. w Generalnej Guberni. Bardzo długa jest lista kolaborantów (m.in. Tadeusz Boy-Żeleński, Wanda Wasilewska, Stanisław Jerzy Lec, Leon Pasternak, Jerzy Putrament, Elżbieta Szemplińska, Adam Ważyk, Józef Prutkowski, Leo pold Lewin, Włodzimierz Sokorski, Wiktor Grosz, Stanisław Ryszard Dobrowolski, Julian Stryjkowski) i są to często nazwiska w polskiej kulturze i literaturze znaczące. Wielu z nich wypisywało rzeczy nie mieszczące się dziś w głowie, jak np. nazywanie dnia 17 września 1939 roku "dniem wyzwolenia". (Leon Pasternak Wiersz noworoczny). Bardzo szczegółowo problem kolaborantów sowieckich omawia Bohdan Urbankowski w pracy Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina. Ten wstydliwy rozdział dziejów najnowszych, celowo przemilczany i zakłamywany, pozostaje w gruncie rzeczy nadal znany jedynie bardzo wąskiemu kręgowi specjalistów. Szkoda, że książka Chrobaczyńskiego nie przyczynia się do jego dokładniejszego poznania. W zamian autor uważa za stosowne włączyć się do krytyki Piusa XII podnosząc, bardzo często w złej wierze wielokrotnie stawiane zarzuty i to wytłuszczonym drukiem: "Krytyka stanowiska papieża ze strony środowisk polskich - i nie tylko - z biegiem lat wojny i okrutnych jej doświadczeń - nie zmieniła zachowawczej postawy (i oceny, przynajmniej w niektórych kręgach). Pod adresem papieża kierowano oskarżenia o sympatie proniemieckie i obojętność wobec dramatu wojennych ofiar... Sprawa stosunku Piusa XII do wybuchu wojny, jej ofiar, a także stosunku do Polaków pozostaje w historiografii nadal dyskusyjna" (s. 113). Jest to jednak konstatacja nad wyraz jednostronna i autor sam zdaje sobie z tego sprawę, cytując łagodzącą powyższe stwierdzenie opinię ks. Waleriana Meysztowicza ze znanej książki Pierre'a Bleta. Szkoda, że nie zacytował z tej samej książki np. innego, w moim przekonaniu, znacznie lepiej wyjaśniającego postawę Ojca Świętego Piusa XII fragmentu: "...w wypowiedzi skierowanej do ambasadora Włoch w maju 1940 r. Papież powiedział: "We Włoszech wszystkim wam wiadomo, co dzieje się w Polsce, powinniśmy mówić bardzo mocno, powinniśmy rzucać płomienne słowa przeciwko tym aktom bezprawia. Jeżeli tego nie czynimy, to dlatego, że w ten sposób pogorszymy jeszcze sytuację ofiar". (Pierre Blet, Pius XII i druga wojna światowa w tajnych archiwach watykańskich, Katowice 2000), narażając się tym samym na zarzut braku niezbędnej przecież dla historyka bezstronności.
Bardzo interesujące jest dokonane przez autora podsumowanie, w którym między innymi pisze: "Wrzesień powinien pozostać jedną z najważniejszych dat w naszej historii... powinien być... źródłem i motywem do głębszej refleksji. Spokojnego dyskursu, nie tylko w sferze działań tamtego czasu, tamtego kontekstu, tamtej klęski i doświadczenia. Nie sprowadzać się wyłącznie do próby pojednania polsko-niemieckiego czy polsko-sowieckiego... Nie powinna go pokryć patyna czasu ani przesłonić bieżąca polityka" (s. 155). Trudno nie zgodzić się z tymi słowami, ani z dalszym ciągiem rozumowania autora, gdy radzi, aby nawet w spojrzeniu na odzyskanie wolności i niepodległości w 1989 roku, i w wejściu do NATO w 1999 roku oraz w doświadczeniach Polski demokratycznej dostrzegać także perspektywę tamtego września. Jest to szczególnie ważne w obliczu narastającej ignorancji szczególnie w obszarze historii, zwykłego nieuctwa, politycznego i zwyczajnego chamstwa, wyraźnego osłabienia patriotyzmu. Esej Jacka Chrobaczyńskiego jest ważnym głosem w dyskusji nie tylko nad najnowszą historią, ciągle w wielu kręgach i środowiskach żywą i dyskutowaną, lecz także nad wieloma zagadnieniami związanymi z dramatycznymi losami Polski i Polaków podczas II wojny światowej. Jak zawsze można dyskutować nad tym, czy wszystkie odpowiedzi i poglądy autora są słuszne; w moim przekonaniu - nie są. Ale różnice zdań są nie tylko podstawą funkcjonowania demokracji, lecz również rozwoju nauki w każdej dziedzinie. W niektórych kwestiach autor stawia pytania, na które, według mnie, odpowiedzi zostały już udzielone, w innych jakby unikał odpowiedzi, np. co mieli uczynić politycy polscy decydujący w roku 1939 o polskiej polityce zagranicznej, aby uniknąć katastrofy wrześniowej? W tej kwestii komuniści twierdzili, że należało zgodzić się na wkroczenie Armii Czerwonej do Polski, na co słusznie nie zgodził się minister Beck twierdząc, że Armia Czerwona jak raz wejdzie do Polski, to już nie wyjdzie. Natomiast niektórzy, bardzo nieliczni, politycy prawicy uważali, że należało ustąpić Hitlerowi, nie przyjmować na siebie pierwszego uderzenia Wehrmachtu, przeczekać, a następnie przyłączyć się w odpowiednim momencie do zwyciężających aliantów. Pogląd ten, w moim przekonaniu absurdalny, jest powtarzany czasami po dziś dzień. Moje pokolenie nie pamięta już wojny, ale dobrze pamięta propagandę komunistyczną żerującą na wojnie, hasło - nigdy więcej wojny, miało uwiarygodnić dyktatorskie rządy PZPR. W pewnym okresie silnych antyniemieckich urazów i postaw, w znacznym stopniu przecież zrozumiałych, tego rodzaju propaganda miała swoje znaczenie. Stopniowo, wobec załamywania się gospodarki i wyraźnej niezdolności systemu do podejmowania pojawiających się wyzwań, była tylko irytującym przekładem skostnienia i braku wyczucia. Jak każda wojna agresywna, również niemiecki i sowiecki najazd na Polskę obrócił się po latach przeciwko agresorom. Nie tylko upadła Trzecia Rzesza, ale Niemcy utraciły terytoria, których już nie udało im się odzyskać, a niemieckie straty w wielu dziedzinach są ogromne. Jak trafnie zauważył Chrobaczyński, pokusa zbrojnego rozwiązywania konfliktów jest drogą do katastrofy. Szkoda tylko, że ta bardzo wartościowa i potrzebna książka zawiera zbyt wiele, moim zdaniem pomyłek, nieścisłości, a nawet błędów. Oto kilka przykładów, lecz jest ich znacznie więcej: określenie Polski "wersalski bękart Europy" (s. 13) - chodzi chyba o znane wystąpienie Mołotowa w dniu 31 X 1939 r. na posiedzeniu Rady Najwyższej ZSRS, wielokrotnie błędnie cytowane, gdzie miał on rzekomo powiedzieć o naszym kraju: "koszmarny bękart traktatu wersalskiego", a w rzeczywistości powiedział: "poroniony płód traktatu wersalskiego", (po rosyjsku - "urodliwoje dietiszcze"); twierdzenie, że major Henryk Sucharski w dniach 1-7. 09. 1939 roku "dowodził bohaterską obroną polskiej placówki na Westerplatte" (s. 177) - w rzeczywistości obroną Westerplatte dowodził kpt. Franciszek Dąbrowski, mjr Sucharski był załamany nerwowo, chciał kapitulować i był niezdolny do dowodzenia (Mariusz Borowiak, Westerplatte, w obronie prawdy, Gdańsk 2001); Wilhelm Keitel - "najbliższy doradca Hitlera w podejmowaniu najważniejszych decyzji" (s. 166) - feldmarszałek Keitel bardzo by się zdziwił, gdyby mógł to przeczytać, w rzeczywistości był figurantem i potakiewiczem, z którego opinią, jeśli w ogóle jakąś miał, Hitler z pewnością się nie liczył. Hitler w zasadzie nie słuchał nikogo i trudno mówić w ogóle o doradcach führera, a jeśli już, to raczej był nim nazywany "mózgiem III Rzeszy" dr Joseph Goebbels. Heinrich Himmler "został jednak rozpoznany i ujęty przez żołnierzy brytyjskich" (s. 164) - w rzeczywistości nikt go nie rozpoznawał ani nie ujmował, bo sam się zgłosił na punkcie kontrolnym w Bremer vorde, a następnie ujawnił swoją tożsamość; nadal wszystkie okoliczności, a przede wszystkim skandaliczna głupota i niedbalstwo Brytyjczyków, którzy dopuścili do samobójstwa Himmlera stanowią przedmiot przeróżnych domysłów i spekulacji (Hugh Thomas, Tajemnica śmierci i bogactw Heinricha Himmlera, Warszawa 2002). Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski: "Po przystąpieniu Włoch do wojny wyjechał do Portugalii, później poseł na Kubie" (s. 160), w rzeczywistości wyjechał do USA, gdzie popełnił samobójstwo (został mianowany ambasadorem RP na Kubie, ale nigdy tam nie pojechał). Wreszcie błąd innego, znacznie poważniejszego, rodzaju: "Chciałbym w tym miejscu zakwestionować to powszechne przekonanie, że "byliśmy narodem bez Quislingów"" a autor podaje jako przykłady kolaboracji ONR i Władysława Studnickiego, dodając, że "kolaboracją na masową skalę sami Niemcy nie byli zainteresowani" (s. 140-141). W rzeczywistości Obóz Narodowo-Radykalny był najbardziej chyba antyniemiecką organizacją podczas okupacji, walczył na najtrudniejszych, z uwagi na wysiedlenia Polaków terenach zachodnich, głównie w Wielkopolsce, płacąc bardzo wysoką cenę tej walki. Postulował także przyłączenie do naszego kraju Pomorza, Dolnego i Górnego Śląska oraz Prus Wschodnich. Władysław Studnicki, znany germanofil, ale też wielki polski patriota istotnie rozmawiał z Goebbelsem w Berlinie o jakiejś formie odbudowania państwowości polskiej pod niemieckim protektoratem, biorąc za dobrą monetę pojednawcze przemówienie Hitlera z października 1939 roku, ale dowiedziawszy się od swojego rozmówcy, że to przemówienie ma propagandowy charakter, przy okazji protestował tak mocno przeciwko niemieckim zbrodniom, popełnianym w Polsce, że gestapo umieściło go w areszcie domowym. Z pewnością nie o taką kolaborację nazistom chodziło. Problem poszukiwania przez Niemców kolaborantów po stronie polskiej jest skomplikowany, ale jednak takie próby były podejmowane wielokrotnie. Do bardziej znanych należą rozmowy z byłymi premierami Leonem Kozłowskim i Kazimierzem Bartlem, odrzucili oni jednak niemieckie oferty. Generalnie wydaje mi się, że można zaryzykować twierdzenie, iż mimo wszystkich różnic, nasz naród nie wydał Quislinga, co jest powodem do dumy. Tego rodzaju, wynikające chyba z nadmiernego pośpiechu, pomyłki nie umniejszają jednak wielkiej wartości książki profesora Jacka Chrobaczyńskiego. Stefan Niesiołowski |
![]() |
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka |