Dydaktyka 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


 
Jacek Chrobaczyński

Studia doktoranckie
w Instytucie Historii AP

 

Jedną z najpierwszych powinności w nauce, zwłaszcza uprawianej w szkołach wyższych, jest - obok solidnych badań naukowych i akademickiej dydaktyki - kształcenie kadry naukowej. Luka pokoleniowa, to przecież rodzaj przegranej. Problem ten często jest podejmowany, z miernym raczej rezultatem. Tym razem ośmielam się postawić tezę, iż sporo winy za brak młodych naukowców ponosi samodzielna kadra, szczególnie, że poszukiwanie "młodszych kolegów" należy do jej powinności i przywilejów!

Odchodzący na emeryturę, nawet wybitny uczony, który w swej macierzystej jednostce nie pozostawia co najmniej doktora habilitowanego, powinien odczuwać wewnętrzny niepokój, wręcz dyskomfort. Byłoby zbytnim uproszczeniem, gdyby kozłem ofiarnym czynić tylko profesorów. Nie bez winy jest też obudowa prawna uczelnianej rzeczywistości. Mam na myśli kolejne ustawy o szkolnictwie wyższym, że wspomnę "marcowych docentów", oraz nasz uczelniany statut (w innych uczelniach bywa jeszcze gorzej). Na rozwój młodej kadry wpływają też przyzwyczajenia, mentalność, brak ambicji i wygodnictwo, pragnienie bezpieczeństwa socjalnego, niemożliwość rzetelnej, merytorycznej oceny, a także inne niż naukowe rokowania - niegdyś, przynależności i zaangażowanie polityczne. Stąd w wielu jednostkach można dostrzec "falowanie" kadrowe, i, w rezultacie, tzw. "kominy dydaktyczne". Stąd problem tych, którym się nie powiodło lub nie chciało, którzy myśleli o czym innym, a ich mistrzowie lub przełożeni nie byli w stanie lub też nie chcieli, albo wręcz nie mieli odwagi tego przełamać i zmienić. Spoglądając na Wydział Humanistyczny, który znam dość dobrze, zauważam, że czas inercji i załamań kadrowych, chyba powoli mija. Wielu naukowców w Instytucie Filologii Polskiej czy Instytucie Historii, które mają dziś 30 czy 40 lat, jest już po habilitacji. To ważne, chodzi bowiem o akademickie uprawnienia Uczelni. Pozostałe instytuty zdają się także rokować dobrze. Ambitni, usamodzielniający się powinni od Uczelni, wydziału i macierzystego instytutu otrzymywać wsparcie i pomoc. Tego wymaga ich własny, dobrze pojęty interes. Mam tu na uwadze, obok funduszy na badania i aparaturę, przede wszystkim możliwość wykształcenia doktora, co przecież jest jednym z zalecanych elementów w ocenie awansu profesorskiego.

Studia doktoranckie sytuowałbym gdzieś właśnie na przecięciu wektorów: oczekiwań młodych doktorów habilitowanych i kadrowych potrzeb Uczelni dążącej usilnie do pełnej akademickości. Powinny one przyciągać ludzi młodych, ambitnych, naszych - ale nie tylko -absolwentów, studentów po europejskich wojażach studyjnych. Niektórzy nie ukrywają, iż interesuje ich kariera naukowa, inni wiążą swe plany życiowe ze stopniem naukowym, który może im pomóc w Unii Europejskiej. Motywację, pasję badawczą dwudziestolatków powinniśmy wykorzystać w dobrze pojętym interesie wszystkich. Uważam, że studia doktoranckie, poprzez swą elitarność - i takie elitarne powinny pozostać, nie zaś tak jak w pomyśle reformy systemu edukacji Ryszarda Handkego, jako ostatnie jego ogniwo! - są, przy spełnieniu kilku istotnych warunków, taką szansą. Pierwsze, z prawdziwego zdarzenia (pomijam tu wcześniejsze spotkania doktorskie w ramach Zakładu Historii Nowożytnej i Najnowszej) studium doktoranckie z historii, dzienne i zaoczne (początkowo tylko w Instytucie), zostało zorganizowane jeszcze w latach osiemdziesiątych. Jego twórcą był prof. Stefan Skowronek, od którego miałem przyjemność, nieco później, przejąć ich kierownictwo. Efektem olbrzymiego wysiłku zarówno doktorantów, jak i ich opiekunów promotorów były dobre prace, niektóre zostały nagrodzone i ogłoszone drukiem. Złożyła je blisko połowa ówczesnych doktorantów. To niezły wynik. Ale już wtedy, dzięki wielkiej roztropności prof. Skowronka, wśród promotorów znalazło się kilku, "świeżo upieczonych" doktorów habilitowanych. Miałem przyjemność być w tej grupie. Wtedy właśnie zrozumiałem, iż dla dalszego awansu, spełnienia własnych ambicji, ten właśnie sposób kształcenia kadry wydaje się bardzo ważny, a co najważniejsze skuteczny. W macierzystych instytutach nie było już niekiedy asystentów, dominowali coraz bardziej doświadczeni adiunkci, nasi rówieśnicy lub starsi koledzy. Czy mieliśmy się udać na polowanie w poszukiwaniu doktorantów?

Można wnosić, że państwo nie potrzebuje młodych, wykształconych ludzi z doktoratami! Wiem doskonale czym nasi doktoranci zajmują się, aby utrzymać się w Krakowie: malują szalety miejskie, rozładowują wagony i ciężarówki, dorywczo sprzedają w hipermarketach, skrzętnie zresztą ukrywając fakt, że są doktorantami, by ich nie wylali za "zawyżone umiejętności" i wykształcenie! Czasem nawet niedojadają! Oto rzeczywistość! I nie da się tego wszystkiego wytłumaczyć frazesem o trudnej sytuacji, bo to nie problem budżetu, ale świadomy, polityczny wybór.

Lata dziewięćdziesiąte to kolejny etap. Wówczas, w oparciu o doświadczenia Instytutu Historii i Instytutu Filologii Polskiej oraz przy wsparciu pozostałych jednostek na Wydziale Humanistycznym, z inspiracji dziekana prof. Tadeusza Budrewicza, powstało 4-letnie Wydziałowe Studium Doktoranckie, obejmujące trzy dyscypliny: literaturoznawstwo, językoznawstwo i historię (z równoczesną ofertą dla absolwentów politologii). Była to ważna cezura, integracja na Wydziale posunęła się bowiem tak daleko, że w Studium wykładali i wykładają koledzy z wszystkich właściwie wydziałowych instytutów. Moim zdaniem, był to ważny krok, szczególnie, że w sprawy Studium zaangażowało się kierownictwo Uczelni, Wydziału oraz szefowie poszczególnych instytutów.

W czerwcu ubiegłego roku zamknęliśmy pierwszy 4-letni cykl Studium. Jedni doktoranci swe prace już obronili, drudzy finalizują je, mieszcząc się w regulaminie Studium, są i tacy, którzy potrzebują jeszcze trochę czasu ze względów obiektywnych. Wszyscy zaś zaliczyli, przewidziane procedurą, etapy postępowania doktorskiego; zdali komisyjne egzaminy z języka obcego i dyscypliny dodatkowej. Kolejne roczniki: aktualnie III, II, I, intensywnie pracują i nietrudno dostrzec, iż dobrze rokują. Oczywiście nie zakładamy, że obronią się wszyscy, ale już tylko sukces połowy z nich będzie satysfakcjonujący. Nabór prowadzimy corocznie. Na komisyjne rozmowy kwalifikacyjne zgłaszają się zarówno absolwenci nasi, jak i innych uczelni. Jest znacznie więcej chętnych niż miejsc (dla historyków przewidziana pula wynosi ok. 10, 15), co umożliwia pierwszy etap pozytywnej selekcji. Nie odmawiamy także tym, których nie mogliśmy przyjąć. Jeżeli chcą, otrzymują w Instytucie opiekuna naukowego i mogą pracować nad doktoratem z tzw. wolnej stopy. Program Studium został tak opracowany, aby umożliwić ustabilizowaną pracę z wybranym opiekunem naukowym, przyszłym promotorem.

W przeciągu tych lat wiele się zmieniło. Mimo, że nigdy właściwie decydentom państwowym czy samorządowym na tym nie zależało, bo jak np. rozumieć zapis w Ustawie o stopniach i tytule, stanowiący, iż Uczelnia może wypłacać niewielkie stypendia doktorantom wyłącznie z własnych zysków (sic!). Na nasze oferty skierowane do samorządów różnych szczebli o wsparcie finansowe doktorantów mieszkających na terenie ich działalności, żaden też nie odpowiedział pozytywnie, zasłaniając się napiętym budżetem. Jak rozumieć kompromitującą wręcz dyskusję w sprawie biletów ulgowych MPK dla doktorantów? Albo w skali naszego Wydziału jednogłośną odmowę przyznania grantu promotorskiego z KBN-u? Można stąd wnosić, że państwo nie potrzebuje młodych, wykształconych ludzi z doktoratami! Już lepiej byłoby, gdyby zapisali się do jakiejś partyjnej (partyjniackiej?) młodzieżówki - wówczas na pewno zrobią karierę! Dowody? Proszę bardzo! Wiem doskonale czym nasi doktoranci zajmują się, aby utrzymać się w Krakowie: malują szalety miejskie, rozładowują wagony i ciężarówki, dorywczo sprzedają w hipermarketach, skrzętnie zresztą ukrywając fakt, że są doktorantami, by ich nie wylali za "zawyżone umiejętności" i wykształcenie! Czasem nawet niedojadają! Oto rzeczywistość! I nie da się tego wszystkiego wytłumaczyć frazesem o trudnej sytuacji, bo to nie problem budżetu, ale świadomy, polityczny wybór.

Ta rzeczywistość zresztą z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej skrzeczy. Krótko: algorytm, który obecne kierownictwo MENiS zmieniło na niekorzyść Uczelni, a w konsekwencji i doktorantów, brak środków na stypendia (choćby zbliżonych do zasiłku dla bezrobotnych) i na same badania (kwerendy, wyjazdy studyjne, staże itp.). Przykłady można by mnożyć. Gdyby nie świadoma i odpowiedzialna postawa i pomoc Uczelni, Wydziału i Instytutów, Studium Doktoranckie byłoby możliwe tylko dla... bogatych, zdrowych i pięknych! Ale ta pomoc jest niewystarczająca, co niekiedy odbija się na doborze problematyki badawczej (byle nie wyjeżdżać poza Kraków, a jeżeli już, to najwyżej w obrębie Małopolski). To szczególny problem, jeśli idzie o naszą historię, nie mówiąc już o komparatystyce, historii powszechnej. Naprawdę niewielu doktorantów odbywa staże krajowe, bądź zagraniczne. Śladowo pojawiają się wyjazdy (Ukraina, Federacja Rosyjska, Niemcy, Stany Zjednoczone), które są zazwyczaj wynikiem prywatnych układów i znajomości doktorantów lub ich opiekunów. Szkoda, że nie zostały zinstytucjonalizowane.

Łatwiej więc powiedzieć kim doktorant nie jest, niż kim jest... Pomimo piętrzących się przeszkód, idea studiów nie została jednak zaniechana. Zapadły już decyzje o naborze kolejnego rocznika 2003/2004, a już przygotowują się do rozmowy kwalifikacyjnej. Jeśli im się poszczęści, skorzystają na tym wszyscy.

Jacek Chrobaczyński  

 
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka