Reportaż 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


 
Rafał Kucharzyk

Sposób na życie

 

Była niedziela. Zbliżała się 1:15 po północy. A ja po raz kolejny musiałem jechać do Warszawy. Styczniowe noce potrafią być zimne, wietrzne i niezbyt zachęcające do wychodzenia z domu. Jak zwykle w ostatnich latach zima poskąpiła nam śniegu. Mróz natomiast był jak najbardziej odpowiedni do tej pory roku. Niemal pustymi, utopionymi w śnie ulicami doszedłem do celu. Towarzyszył mi jedynie księżyc i od czasu do czasu śpiewy ostatnich "mocarzy" wracających z pubów.

Pociąg pospieszny do Warszawy miał odjechać z peronu czwartego Dworca Głównego w Krakowie. Jedyna działająca o tej porze kasa biletowa znajduje się w przejściu podziemnym na peronie. Podróżnych niewielu. Działają jeszcze nieliczne sklepiki, ale tylko te z artykułami spożywczymi i prasą. Pojedynczy podróżni drepczą w miejscu, lub spacerują wzdłuż tunelu. Ławki całkowicie oblepiają nocujący tutaj bezdomni. Niektórych znam już z widzenia - stali bywalcy Szewskiej, Floriańskiej i innych ulic Krakowa, i oczywiście stali lokatorzy noclegowni na dworcu. Uwagę od razu przyciąga unoszący się w powietrzu zapach. Ten zapach - wiadomo skąd. Wiadomo dlaczego, wiadomo... po prostu jest. Ale jest jeszcze coś. Ułożenie ciał śpiących ludzi. Próżno szukać dwóch takich samych pozycji. W nielicznych otwartych oczach można dostrzec pustkę i... i jeszcze coś, coś nieodgadnionego.

Kolejka posuwa się zwolna. "Normalny do Warszawy, druga klasa, poproszę... Dziękuję". Wybieram chłód i poproszę... Dziękuję. Wychodzę na peron. Zimne powietrze daje przyjemne orzeźwienie. Kwestia wyboru. Pusto. Pociąg przyjedzie dopiero za 15 minut. Uprawnieni do przejazdów bezpłatnych wraz z opiekunem pociągami pospiesznymi: - inwalidzi wojenni i wojskowi zaliczani do I grupy inwalidzkiej lub uznani za całkowicie niezdolnych do pracy i samodzielnej egzystencji choćby bez związku z działaniami wojennymi lub służbą wojskową.

Pan ma pewnie bilet ulgowy? Normalny! O, to świetnie. To może ja się przysiądę. Zaszronione siwizną lekko kręcone włosy, poniżej wygolona równiutko twarz pięćdziesięciolatka z delikatnym uśmiechem gdzieś pomiędzy parą błyszczących oczu, oczekujących wyrażenia zgody.

Bo jest jak jest. Jadę do Warszawy w delegację i firma, dla której pracuję zwraca mi koszty podróży. A tak się składa, że jestem inwalidą pierwszego stopnia. Rozumie pan? Ale o tym w pracy u mnie nie wiedzą. I dorabiam sobie tak - wie pan. Legitymacja inwalidzka upoważnia mnie do darmowego przejazdu wraz z opiekunem. Ciężkie czasy - panie - kiepsko płacą więc co robić. Przecież trzeba jakoś sobie radzić i żyć, żeby nie wylądować jak ci, tam na dole. To co, da mi pan swój bilet a pojedziemy na mojej legitymacji? Pewnie, że dopiero w Warszawie dostanę ten bilet. Zgoda? To wspaniale! Tylko proszę nie pokazywać biletu konduktorowi. Dziękuję.

Na tablicy pojawił się stosowny napis. Niezrozumiały głos zapowiedział przez głośniki wyjazd chyba naszego pociągu i zewsząd wylegli podróżni. Gdzieś z oddali dobiegły odgłosu toczących się wagonów a w mroku pojawiły się nikłe światełka sunące w naszą stronę. Po chwili siedzieliśmy w wagonie. Ciasno, duszno, gorąco i osiem osób w przedziale. Każdy walczy o jak największy kawałek miejsca dla siebie.

Jedziemy, siedzimy i nawet grzeją, nie jest źle. Ale bywa lepiej. Zazwyczaj jeżdżę w jedynce, bo i miejsca więcej, i fotele wygodniejsze, i podróżnych tam mniej. Tylko jakoś dziś mało ludzi było i jeszcze ja się spóźniłem i dali. Gdzie pracuję? A to tak mała firma, na pewno Pan nie zna nic ciekawego, ale gdzieś pracować trzeba. Wyjdę zapalić.

Pod głową szyja, a jeszcze niżej tors odziany w niebieską koszulę, krawat i pamiętającą lepsze czasy marynarkę. Nogi okrywają ciemnobrązowe skórzane spodnie, a stopy - czarne buty, jakoś nic do siebie nie pasuje. Ważna jest prawa noga pana Kazimierza, to jej zawdzięcza swą legitymację. Nerwowy ruch, kolejny papieros w ustach. Pierwsza, druga, trzecia zapałka, i w końcu udało się. Mocne zaciągnięcie.

Góry? Oj tak! Pewnie, że lubię. Swego czasu to ja wszędzie bywałem. I w Tatrach, i w Pieninach, i nawet raz udało się pojechać w Alpy. Wiadomo, wyjechać na Zachód nie było łatwo. Ale jak się już tam znalazło, to trzeba było wleźć na jakieś cztery tysiące metrów. I udało się, ale tylko na trzy - na więcej brakło "pary". Ale w Polsce też jest ładnie tylko ludzie się nie znają i jeżdżą diabli wiedzą gdzie. Bo nawet gdy pojedzie taki polski - pożal się Panie Boże - turysta, to zapłaci słono, przez dwa tygodnie leży na plaży i nawet nie za bardzo wie gdzie właściwie jest. Może być 10 km od własnego domu i się nie zorientuje.

Za oknem jakaś stacja, chyba Kielce. Ludzie w przejściu wagonu ciągle przybywa. Tak będzie aż do Warszawy. Znam to. Wszyscy ciągną do stolicy, bo tam łatwiej o pracę i zarabia się więcej. Wolę wstawać wcześnie i spędzać wiele godzin w pociągach, niż pracować za byle jakie pieniądze tu na miejscu. Wiem coś o tym, sam w sumie robię tak samo. Dwa, trzy, a czasami nawet cztery dni w tygodniu spędzam w pociągu. Przede wszystkim jeżdżę. Ale lubię to nawet i żyć się z tego da, chociaż nie jest to lekki chleb.

Drzwi przedziału rozsuwają się z piskiem i ubrana na granatowo postać oznajmia: "Dobry wieczór państwu. Bileciki do kontroli, poproszę". Towarzysze podróży ślamazarnymi ruchami odszukują bilety, ale wszystko przebiega dość sprawnie. Kolej na nas. Pan Kazimierz uprzejmie, acz stanowczo prosi konduktora o wyjście na korytarz. Rozmowa przebiega, można rzec, za zamkniętymi drzwiami. Sięgnięcie do wewnętrznej kieszeni, legitymacja, gestykulacja i wskazanie w stronę przedziału. Jeszcze tylko uśmiech, lekkie kiwnięcie głowami obu panów i kontrola dobiega końca. I po wszystkim. Zawsze się udaje, ale też nigdy nie ma pewności. Dziś znowu się udało. Jedziemy.

Pan Kazimierz jest wyraźnie zadowolony, odetchnął z ulgą. Wie, że do Warszawy już nic nie może się wydarzyć. Siedzi i uśmiecha się pod wąsem, którego zresztą, nie ma, a palcami prawej dłoni stuka nerwowo po kolanie, jakby grał na niewidzialnym fortepianie.

Koszty przejazdów:
Kraków - Warszawa 50.69 zł
Warszawa - Wrocław 57.41 zł
Wrocław - Kraków 48.20 zł
SUMA: 156.30 zł


Mieszkam w Krakowie. Jakoś tak wyszło, że sam. Ale nie narzekam. Umiem zatroszczyć się o siebie. Na kogoś jednak nie zamierzam łożyć, nie opłaca się - i wiem co mówię! A pewnie, że byłem żonaty i nawet było fajnie, tyle że przez chwilę. Może faktycznie pechowo trafiłem, później już nie spróbowałem drugi raz, a teraz już nie spróbuję. A bo to mi źle? Robotę jaką taką mam, i na życie wystarcza, a poza tym i tak większość czasu spędzam w drodze. Mknę do przodu tymi pociągami, zostawiając za sobą całą przeszłość. Dla mnie istnieje tylko dzień dzisiejszy i to co będzie jutro, wczoraj nie istnieje - zostaje za plecami a ja się nie oglądam. I żyje się tak na torowisku życia. Szkoda tylko, że ludzie dziś tacy nieżyczliwi dla siebie. Ot ostatnio powybijali mi szyby w oknach i jeszcze telewizor ukradli. Wstawić kraty musiałem i teraz jak więzień w swoim domu żyję. I jeszcze ta noga, niby nic takiego a sztywna i chodzić się normalnie nie da. Fakt, że dzięki niej dorabiam całkiem sporo, ale gdyby była zdrowa, to byłoby lepiej. A może teraz jest lepiej - sam już nie wiem. W końcu przecież przestała boleć i jakoś się do niej przyzwyczaiłem, i... właściwie to dzięki niej jakoś się żyje. Wypadek? Było minęło, nie ma o czym opowiadać. Dziwne to wszystko. Chyba się przejdę.

Dochodzi 4:00. Za oknem gdzieś w oddali pojawiają się słaby światełka, by szybko zniknąć w gęstwinie drzew i w mrokach zimowej nocy. Pozostała szóstka pasażerów próbuje wykorzystać na sen chwilę nieobecności gadatliwego towarzysza podroży. Śpią w różnych pozach: na pingwina, na popielniczkę, na przyjaciela, a przy oknie na glonojada. Śpią, ale podświadomie strzegą kawałka wywalczonego dla siebie miejsca i szybko zajmują te nieopatrznie zwalniane przez sąsiadów. Typowe bagaże, normalne twarze, zwykli ludzie. Przedział pozornie śpi. Wychodzę i ja.

Całkowite niewykorzystanie biletu wypłaca kasa biletowa placówki uprawnionej do sprzedaży danego rodzaju biletu w terminie do 30 dni licząc od pierwszego dnia ważności biletu. Od zwracanej należności kasa potrąca 10% odstępnego.

Warszawa Zachodnia. Z oddali dochodzą słowa znajomej oferty sprzedaży. W końcu otwierają się drzwi także naszego przedziału. Wyłaniająca się z ciemności gadająca głowa oznajmia: "Piwo, piwko, piweczko, piwo jasne. Coś dla państwa". Brak jakiejkolwiek reakcji - gadająca głowa znika. Zawsze tu są, to ich teren. Też muszą z czegoś żyć. Dwie minuty później wita nas Warszawa Centralna, a nasza podróż dobiega końca. Wszyscy oczywiście chcą wysiadać jako pierwsi.

Cóż! Jesteśmy na miejscu. Da mi pan ten bilecik! - Trzęsące się ręce chwytają trzymany przeze mnie żółty kawałek papieru. Powodzenia - rzekł jeszcze pan Kazimierz, uścisnął mi dłoń, odwrócił się i z pełnym rutyny uśmiechem zadowolenia na ustach odszedł delikatnie utykając.

Mężczyzna miał nie więcej niż 50 lat, krótko przystrzyżone włosy, dokładnie wygoloną twarz i eleganckie ubranie na sobie. Siedział na ławce peronu warszawskiego dworca kolejowego. Na tablicy nad nim widniały informacje o odjeżdżającym o 6:25 pociągu pośpiesznym do Wrocławia. Pan jedzie do Poznania? Jedynką? Tak! To świetnie. To może ja się przysiądę. Bo to jest tak. Jadę do Poznania w delegację i... Po chwili wjechał pociąg i obaj panowie wolnym krokiem ruszyli w kierunku wagonów. Jeden z nich utykał.

Gdy znalazłem się na ulicy było już zupełnie jasno, pasał mały śnieg, a mróz szczypał w uszy. Tłum ludzi pędził we wszystkich możliwych kierunkach, witryny sklepów kusiły "okazyjnymi" towarami, a bezdomni prosili o jałmużnę. Miast powoli budziło się ze snu.

Czasy przejazdów:
Kraków - Warszawa 4 h 34 min
Warszawa - Wrocław 5 h 23 min
Wrocław - Kraków 4 h 10 min
Czas postojów 3 h 32 min
SUMA: 17 h 39 min

Pana Kazimierza spotkałem tydzień później. Była niedziela. Dworzec Główny w Krakowie, dochodziła 1:20 w nocy, kolejka posuwała się z wolna, a bezdomni okupywali swe stałe miejsca. Wszystko wyglądało niemal tak samo. Nawet mój towarzysz podróży sprzed tygodnia był ubrany identycznie jak wtedy. Na mój widok odwrócił się, odszedł i zniknął mi z oczu, najwyraźniej nie chciał ze mną rozmawiać. W krótkim spojrzeniu, które wymieniliśmy dostrzegłem jednak coś, co już kiedyś widziałem w czyichś oczach na tym dworcu: niepewność i wolność.

Pana Kazimierza spotkałem jeszcze kilka razy. Jednak zawsze omijał mnie szerokim łukiem. Później już go nie widziałem. Przestałem jeździć do Warszawy.

Rafał Kucharzyk  
Z prac studentów Studium Dziennikarskiego AP  

 

Do góry strony

Copyright © "Konspekt" Kraków, grudzień 2002
Statystyka