|
 |
Stanisław Jasionowicz
O słowach
O wyobraźni słów
Przestrzeń ze słów
"Słowo pies nie gryzie" - lubią do dziś mawiać niektórzy językoznawcy sugerując, że pomiędzy znakami języka a ich desygnatami otwiera się przepaść. Jednym z najbardziej charakterystycznych rytów nowoczesności w kulturze Zachodu stało się podważenie przez wielu artystów, myślicieli i pisarzy starej koncepcji języka jako najpewniejszego, niezawodnego łącznika pomiędzy umysłem a światem. Można odnieść wrażenie, że pisarzom stopniowo przestawało zależeć na tym, by "odpowiednie dać rzeczy - słowo". Co ciekawe, ta zmiana postawy zbiegła się w początku dwudziestego stulecia z rozkwitem językoznawstwa jako
jednej z dziedzin "nauk pozytywnych", kolejnej dyscypliny wiedzy karmiącej się mitem obiektywności.
Nauka od dawna poszukiwała języka doskonałego, zdolnego opisać doświadczenie rzeczywistości wraz ze wszystkimi jej odcieniami. Tymczasem niezależnie od tych obiektywistycznych obsesji wciąż wiemy, że "słowem można zabić" lub nieodwracalnie wpłynąć na ludzkie życie, tak samo, jak niegdyś, gdy klątwa uśmiercała łamiącego tabu a słowa wyroczni odmieniały bieg czyjegoś losu. O sile języka przekonali się "konsumenci" faszystowskiej i komunistycznej propagandy, mocy słowa doświadczyli niedoszli samobójcy odwiedzeni od swych zamiarów i klienci nakłonieni do zakupu zupełnie niepotrzebnych im przedmiotów. Ostatnie stulecie uświadomiło nam dobitnie, że siłą języka jest nie tyle adekwatność słów wobec rzeczy, ale efekt, jaki można za pomocą języka wywołać. To język tworzy najmocniejsze wizje, a każda mocna wizja domaga się, by być wyrażona w języku. Nierzadko przekonujemy się, że o sile słowa nie stanowi fakt, że naśladuje ono rzeczywistość, ale to, że tworzy rzeczywistość, która "działa".
Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że wraz z rozwojem technicznych mediów następuje gwałtowna dewaluacja słów, a moc pojedynczego słowa zdaje się słabnąć we współczesnym, zmediatyzowanym świecie. Słowo nieczęsto już kojarzy się ze świętymi formułami religii czy magii (a zwrot "dać komuś słowo" coraz częściej znaczy tyle, co: "powiedzieć do kogoś cokolwiek"). Dzieje się tak choćby dlatego, że "mocne" słowo, by zachować swoją moc, musi być wyjątkowe, rzadkie, "uroczyste", a wiadomo, jak trudno o wyjątkowość w czasach masowej konsumpcji słów. Można zapytać: czy w tej sytuacji ilość może przejść kiedykolwiek w jakość? Okazuje się, że z różnych stron płyną sygnały, świadczące o tym, że jakość tę można osiągnąć poprzez spojrzenie na mnogość słów przez pryzmat wyobraźni.
Już na początku lat siedemdziesiątych w środowiskach inspirowanych językoznawstwem i semiologią można było usłyszeć charakterystyczne wypowiedzi znużonych wizją obiektywnego języka badaczy. Francuski semiolog i teoretyk kultury Roland Barthes pisze wtedy: "W swojej masie, język jest porównywalny z niebem, płaskim i głębokim zarazem, gładkim, bez krańców i punktów odniesienia". Co robi Barthes, wypowiadając te słowa? Otóż w y o b r a ż a o n s o b i e d z i a ł a n i e j ę z y k a, i "rozkoszuje się" postrzeganiem go w jakiejś innej roli, niż jego wypreparowana "funkcja semantyczna" czy "komunikacyjna". Opiewanie wyobrażeniowej "rozkoszy tekstu" to być może wyraz tej samej, pomieszanej z fascynacją bezradności wobec mnogości i "nieostateczności" jego znaczeń, które od dawna wyrażali poeci, pisarze, artyści.
Kiedy Barthes mówi o "nieskończonym intersensie, rozciągającym się pomiędzy językiem a rzeczywistością" a Jacques Derrida kreuje wizję "przestrzeni między znakami a światem", to być może oznacza to coś więcej, niż potrzebę odnowienia wrażliwości na wyobrażenie mnogiego potencjału języka (poza jego pojęciowym wymiarem). Stwierdzenie Derridy, że "nie ma nic poza tekstem" odzwierciedla paradoksalną tęsknotę do Jedni. Mnogość, obfitość znaków, słów, tekstów nie musi być widziana w kategoriach chaosu, gdyż towarzyszy jej wizja "przestrzeni języka" jako Miejsca, w którym byłoby możliwe pogodzenie nieskończonej mnogości świata i nieustannej cyrkulacji znaczeń.
W połowie lat 80., w swoich esejach na temat przyszłości literatury, Italo Calvino sugerował wizję pisania jako "metafory utkanej z drobin substancji świata". W świecie tym litery są jak pozostające w ciągłym ruchu atomy, "których permutacje tworzą najróżniejsze słowa i dźwięki". I dalej: "kartki gęsto pokryte znakami niczym ziarenkami piasku sprowadzają różnobarwne widowisko świata do powierzchni wciąż tej samej i wciąż odmiennej, niczym wydmy przesuwane pustynnym wiatrem". Nie sposób przytoczyć wszystkich przykładów "fantazmatu języka - mrowia", książki - nieskończonej encyklopedii, świata - nieskończonej (i wiecznie niedokończonej) budowli ze słów, jakie powstały w ostatnich dekadach. Fantazmat ten wyobrażany jest znacząco często przy pomocy mitu wieży Babel, by wspomnieć Jorge Borgesa i jego Bibliotekę Babel i cytowanego wcześniej Rolanda Barthesa, który pisał już przed ćwierćwieczem: "stary biblijny mit ulega odwróceniu, pomieszanie języków nie jest już karą, podmiot osiąga rozkosz dzięki współistnieniu języków pracujących "ramię w ramię": tekst rozkoszy to szczęśliwa wieża Babel" (Przyjemność tekstu). Chodzi więc o literaturę mnogą, rozczłonkowaną i nieskończoną jednocześnie, umożliwiającą rozpłynięcie się pisarza i odbiorcy w "przestrzeni języka". Umberto Eco zwraca zresztą uwagę na fakt, że postmodernistyczna idea "wiecznej nieuchwytności znaczenia" znana jest w starej tradycji hermetycznej, poszukującej Pełni w doświadczeniu mnogości.
Tak więc zarówno wyobraźnia naukowa, jak i literacka karmią się tu analogiczną wizją: fantazmatem języka - przestrzeni, w której "słowa i rzeczy krążą między sobą z łatwością, jak jednostki tego samego dyskursu, jak cząsteczki jednej materii" (Barthes). Przestrzeni, w której znika podział na to, co fizyczne i to, co psychiczne, na to, co subiektywne i to, co obiektywne. Jest to wizja nieskończonej całości, dla której jedynym spoiwem są moce wyobraźni.
Słowa. Czasem postrzegane jako pewniejsze, niż inne kształty znaczenia, kiedy indziej znów jako odcięte od rzeczywistości, łudzące (niemożliwą do spełnienia) obietnicą adekwatności twory. Współczesne wyobrażenia mnogiego, nieskończonego języka niespodziewanie sugerują możliwość przekroczenia tej aporii. Wprawdzie słowa będą coraz bardziej niedookreślone i coraz mniej ostateczne, jednak myślę, że możemy zaufać nawet i takim słowom, bo pochodzą one z wyobraźni i wracają do niej. A wyobraźnia jest po to, by nadawać aktualną postać ludzkiej tęsknocie do Jedni.
Stanisław Jasionowicz
|
 |
 |