Gość Konspektu 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


Prof. dr hab. inż. Zbigniew Ślipek (ur. w 1948 r. w Nowym Sączu), jest absolwentem krakowskiej Akademii Rolniczej. Obecnie kieruje Katedrą Podstaw Budowy Maszyn, a przez dwie ostatnie kadencje pełnił funkcję dziekana Wydziału Techniki i Energetyki Rolnictwa. Autor prac naukowych z zakresu agrofizyki, modelowania procesów, prognozowania w technice rolniczej. Najważniejsze publikacje: Kurpaska S., Ślipek Z., Mathematical Model of Heat and Mass Exchange in a Garden Subsoil during Warm-air Heating; Frączek J., Ślipek Z., Influence of moisture content and number of mechanical impacts, upon the energy and sprouting capacity of wheat grains; Frączek J., Kaczorowski J., Ślipek Z., Interaction of individual surface microrodges in the course of friction between construction walls and plant material; Kurpaska S., Ślipek Z., Optimization of Greenhouse Substrate Heating; Frączek J., Kaczorowski J., Ślipek Z., Measurement of grain surface roughness.

 

Kształcenie kadr dla rolnictwa

Rozmowa z prof. Zbigniewem Ślipkiem,
rektorem Akademii Rolniczej w Krakowie
 

W naszych murach kształci się ponad sześć tysięcy młodzieży na studiach dziennych i około czterech na studiach zaocznych lub innego typu, np. podyplomowych. Ponad sześciuset wysokokwalifikowanych pracowników, stu czternastu profesorów tytularnych stanowi zgrany i, do czego ciągle dążę, współpracujący ze sobą zespół — mówi profesor Zbigniew Ślipek, rektor Akademii Rolniczej w Krakowie

Prof. Z. Ślipek
Prof. Zbigniew Ślipek

Klaudia B. Sosin:
Historia Uczelni, w której murach się znajdujemy sięga roku 1890, kiedy utworzono Studium Rolnicze przy Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Losy Uczelni były w niemałym stopniu uzależnione nie tylko od przemian w zakresie szeroko pojmowanego szkolnictwa, ale i przemian społeczno-politycznych, by przypomnieć, że właśnie w czasie II wojny światowej, największe straty spośród wszystkich Wydziałów UJ zanotowano właśnie na Wydziale Rolniczym. Jak dziś, z perspektywy gabinetu rektorskiego w Collegium Agronomicum patrzy Pan na swoją Uczelnię? Jaka jest pozycja Akademii Rolniczej na mapie krakowskiego szkolnictwa wyższego?

Zbigniew Ślipek:
- Jak każdy rektor zmuszony jestem patrzeć na swoją Uczelnię całościowo, bo tylko takie spojrzenie pozwala zarządzać nią w sposób właściwy. Z szacunkiem odnoszę się do jej dziejów - by przywołać naszego patrona Hugona Kołłątaja, który już w 1776 r. postulował utworzenie katedry rolnictwa - i do zasług jej rektorów i reformatorów. Taka refleksja jest potrzebna, choć przyznaję, że dla mnie cezurę między tym, co przeszłe, a współczesnością wyznacza rok 1989. Wówczas to nie tylko Akademia Rolnicza, ale wszystkie uczelnie rolnicze i w ogóle technologiczne musiały się zrestrukturyzować, by nadążać za szybkimi zmianami w całym szkolnictwie. Niepodjęcie działań reformatorskich groziło upadkiem danej jednostki. Aby temu przeciwdziałać zwiększyliśmy i uatrakcyjniliśmy ofertę kształcenia, obniżając przy tym jego koszty. W ostatnich latach sukcesywnie wprowadzaliśmy różne mechanizmy, które miały racjonalizować ogromne wydatki, bo jest oczywiste, że uczelnia, która generuje bardzo wysokie koszty, nie ma rzeczywistej autonomii. Deficyt uniemożliwiłby rozszerzanie oferty kształcenia, a co za tym idzie - uczelnia przestałaby cieszyć się należną sobie estymą. W trakcie mojej kadencji zdecentralizowaliśmy zarządzanie finansami, co inne uczelnie zrobiły wcześniej. Już dziś jednak widoczne są pozytywne skutki tych działań i mogę ze spokojem mówić o sytuacji finansowej Uczelni.

Piotr Cymanow:
Jak wygląda to w skali poszczególnych wydziałów - czy konieczny jest transfer środków z jednych wydziałów na rzecz innych, niedochodowych, a nawet deficytowych?

-Niestety, istnieje takie zróżnicowanie. Niektóre wydziały nie są w stanie same pokryć zbyt dużych kosztów swojego funkcjonowania. Związane jest to między innymi z przerostami w zatrudnieniu. Konieczne stało się zweryfikowanie pewnych podstawowych parametrów, takich jak choćby liczba godzin przypadających na jednego nauczyciela akademickiego, czy liczba godzin dydaktycznych na danym kierunku. Z naszej analizy wynikało, że trudna sytuacja finansowa i poważne zagrożenie deficytem spowodowane było m.in. niewłaściwą polityką personalną - ok. 80% kosztów utrzymania wydziału to przecież wynagrodzenia wraz z kosztami pochodnymi. Tu postanowiliśmy szukać oszczędności.

Wiedząc o powszechnym bezrobociu, także w sektorze rolniczym, gdzie kapitał jest szczególnie rozdrobniony, stawiamy sobie jako cel kształcenie nie tylko producentów-rolników, ale przede wszystkim tych, którzy tym rolnictwem będą zarządzać

K.B.S.: Jakimi kryteriami posługiwano się przy ocenie poszczególnych wydziałów? Czy zawsze "stopień zamożności" szedł w parze z atrakcyjnością kierunku oraz jakością kadry naukowej i dydaktycznej?

- Ze względu na specyfikę naszej uczelni ta ocena nie jest prosta. Niesprawiedliwe byłoby twierdzenie o bezpośrednim związku między atrakcyjnością danego kierunku a jego sytuacją finansową. W Akademii mamy przecież takie, które z natury cechują się wyższą niż inne kosztochłonnością. Myślę o Wydziałach Hodowli i Biologii Zwierząt oraz Ogrodniczym. Oba prowadzą swoje stacje doświadczalne. W pierwszej hoduje się zwierzęta, które trzeba utrzymywać nie tylko przez okres prowadzenia zajęć dydaktycznych, ale również w czasie wakacji. Drugi ze wspomnianych wydziałów dysponuje laboratoriami, szklarniami, chłodniami, które służą dydaktyce, i o które trzeba stale dbać. Inaczej sprawy przedstawiają się na naszych kierunkach ekonomicznych: agroekonomii, marketingu i zarządzaniu, których funkcjonowanie nie jest tak kosztowne, bo nie potrzebują specjalistycznej bazy, zajęcia prowadzone są przy komputerach, nauczanie ma charakter po części "wirtualny". Mając tego świadomość, staram się w sposób sprawiedliwy dysponować "rezerwą rektora", czyli funduszami, którymi w sposób proporcjonalny do kosztów obdzielam poszczególne wydziały. Oczywiście to, czym dysponuję, ma charakter zaledwie dopłaty, którą można porównać z... dopłatami bezpośrednimi dla rolnictwa z funduszy europejskich. Uważam bowiem, że tylko przez częściowe, a nie całkowite, dofinansowanie, można zaktywizować potencjalnego "biorcę". Myślę w tym momencie również o polskim rolniku - jeśli otrzyma on 100% z funduszy unijnych, nie będzie miał motywacji do podejmowania reform.

K.B.S.: Jestem pewna, że do spraw związanych z problemem naszej integracji z krajami UE jeszcze w naszej rozmowie powrócimy. Tymczasem, kiedy rozważamy problemy finansowe Uczelni, wydaje się, że pewnym rozwiązaniem jest przenoszenie miejsca realizacji procesu dydaktycznego poza Kraków. Dla wielu młodych ludzi koszty utrzymania w wielkim ośrodku akademickim są zbyt wysokie. Czy Akademia Rolnicza tworzy filie i oddziały zamiejscowe?

- Pozostając w zgodzie z poprzednią Ustawą o Szkolnictwie Wyższym nie mogliśmy tworzyć tego typu ośrodków dydaktycznych, i dlatego powoływaliśmy tzw. grupy zamiejscowe. Wydział Rolniczo-Ekonomiczny ma swoje placówki w Radoczy i Czernichowie, Wydział Inżynierii Środowiska i Geodezji w Trzcianie, koło Rzeszowa, a Wydział Techniki i Energetyki Rolnictwa w Milówce na Żywiecczyźnie. W ten sposób wychodzimy z naszą ofertą na zewnątrz. Inwestując, zdajemy sobie jednocześnie sprawę z tego, że niebawem nadejdzie niż demograficzny i, przy malejący dotacjach budżetowych, trzeba będzie się liczyć mniejszym popytem na studia dzienne i zaoczne.

P.C.: Mówi się, że jakość kształcenia na studiach zaocznych jest niższa, niż na studiach dziennych. Jaka zatem jest proporcja pomiędzy liczbą studentów na tych obu typach kształcenia w Akademii Rolniczej?

- W naszych murach kształci się ponad sześć tysięcy młodzieży na studiach dziennych i około czterech na studiach zaocznych lub innego typu, np. podyplomowych.

P.C.: Domyślam się, że poza Krakowem prowadzone są, generalnie, studia zaoczne.

- Dotychczas nie organizowaliśmy poza granicami naszego miasta studiów dziennych. Jeżeli widzimy zapotrzebowanie na uzupełniające studia magisterskie dla naszych absolwentów z tytułem inżyniera lub licencjatem, umożliwiamy im kontynuację nauki w Krakowie.

K.B.S.: Utrzymywanie grup zamiejscowych wymaga od kadry mobilności i, jeszcze większego, niż tu na miejscu, poświęcenia.

P.C.: Czy w parze z jakościowym postępem i rzeczywistym rozwojem poszczególnych kierunków idzie także ciągłe doskonalenie kadry?

- Pracowników naukowo-dydaktycznych AR cenię bardzo wysoko. Ponad sześciuset wysokokwalifikowanych pracowników, w tym stu czternastu profesorów tytularnych, stanowi zgrany i, do czego ciągle dążę, współpracujący ze sobą zespół. Pytacie państwo o ich mobilność. Jest ona, obok kwalifikacji i pracowitości, nieodzownym elementem pracy w wyższej uczelni. Problem nie w tym, że trzeba dotrzeć do poszczególnych miejscowości. Rzecz w tym, że opłacalna grupa zamiejscowa musi liczyć minimum sześćdziesiąt osób. Na razie jest to standard, ale kiedy rynek się nasyci, nie wiadomo czy znajdziemy chętnych na te studia. Nadchodzi niż demograficzny, coraz silniejsza jest konkurencja szkół prywatnych.

K.B.S.: Jakie perspektywy widzi Pan Rektor przed najmłodszymi? Myślę o słuchaczach i absolwentach studiów doktoranckich?

- Chcemy ich kształcić z myślą o potrzebach przemysłu i rolnictwa. Tylko najlepsi znajdą swoje miejsce na Uczelni. Każdego roku prowadzimy ostrą selekcję, czego dowodem jest choćby fakt, że od kilku już lat nie zwiększyliśmy limitu zatrudniania. Chcemy odbudowywać kadrę, mimo że zmniejsza się liczba studentów. Podobnie, jak ma to miejsce na innych krakowskich uczelniach, sporadycznie przyjmujemy doktorantów, tych rzeczywiście wybitnych, do pracy na stanowisko - początkowo asystenta (na okres do trzech lat), a dopiero potem adiunkta. Rocznie dopuszczamy do podjęcia studiów doktoranckich zaledwie trzydzieści pięć, ale za to najlepszych, osób z Uczelni. Każdy z naszych doktorantów otrzymuje stypendium uczelniane, może również korzystać z funduszy i stypendiów zewnętrznych.

P.C.: Czy w Uczelni prowadzi się badania karier zawodowych osób, które kończą studia inżynierskie, bądź pełne magisterskie? Przynajmniej część z nich powinna trafiać na wieś. Jak to jest w rzeczywistości?

- Oczywiście, prowadzimy takie analizy na każdym wydziale. Na ostatnim posiedzeniu Senatu powołaliśmy Biuro Promocji Zawodowej, które będzie zajmowało się pośrednictwem pracy i analizą sytuacji absolwentów na rynku pracy. W ten sposób uzyskamy jeszcze dokładniejsze dane, które, po wyciągnięciu odpowiednich wniosków, pozwolą nam doskonalić kształcenie i lepiej przygotowywać młodego człowieka do wykonywania zawodu. Wiem, że wielu absolwentów pracuje w urzędach obsługujących tereny niezurbanizowane, przede wszystkim w gminach i starostwach. Ci, którzy ukończyli Wydział Leśny znajdują zatrudnienie w parkach narodowych i Lasach Państwowych. Kształcimy młodzież do zawodów tzw. okołorolniczych i usługowych. Obecnie otwierają się możliwości ich zatrudniania w systemie IACS, pomocnym w zarządzaniu rolnictwem. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa prowadzi nabór na te stanowiska. Zresztą każdy absolwent, który dysponuje odpowiednią wiedzą i sprzętem komputerowym, mógłby samodzielnie założyć takie biuro pośrednictwa w zakresie programów unijnych.

Wydział Rolniczo-Ekonomiczny ma swoje placówki w Radoczy i Czernichowie, Wydział Inżynierii Środowiska i Geodezji w Trzcianie, koło Rzeszowa, a Wydział Techniki i Energetyki Rolnictwa w Milówce na Żywiecczyźnie. W ten sposób wychodzimy z naszą ofertą na zewnątrz. Inwestując, zdajemy sobie jednocześnie sprawę z tego, że niebawem nadejdzie niż demograficzny i, przy malejący dotacjach budżetowych, trzeba będzie się liczyć mniejszym popytem na studia dzienne i zaoczne

P.C.: To rodzaj inicjatywy prywatnej. Wiadomo, że w najbliższej przyszłości ten sektor będzie się rozrastał o wiele prężniej, niż publiczny. Czy AR wystarczająco dobrze przygotowuje młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy, do podjęcia własnej działalności gospodarczej? Czy ten aspekt uwzględniany jest w programach studiów?

- Chcemy tak kształcić, by absolwent, podejmując pracę w sektorze usługowym był samodzielny i aktywny. Jednak o wiele lepiej radzą sobie absolwenci studiów podyplomowych; być może jest to związane z ich większym doświadczeniem. Jestem pod wrażeniem zainaugurowanych studiów podyplomowych zawiązanych z Unią Europejską, na których będziemy uczyć zarządzania środkami unijnymi, m.in. sporządzania wniosków i prawidłowego wypełnianie aplikacji. Otwarcie takiego kierunku spotkało się z ogromnym zainteresowaniem. Przyjęliśmy pięćdziesiąt osób, a wiem, że już czekają kandydaci do następnej edycji. Oni z pewnością znajdą zatrudnienie.

K.B.S.: Nasza rozmowa nieuchronnie zmierzała w kierunku debaty na temat przyszłości Polski w strukturach unijnych lub poza nimi. Jest Pan przecież najbardziej kompetentnym w środowisku akademickim adresatem pytań z tego zakresu. Media podają często sprzeczne informacje o stanie negocjacji związanych z dotacjami czy subwencjami dla rolnictwa. Czy wśród kadry i samych studentów, którym nieobca jest przecież kwestia integracji, nie rodzi się poczucie niezadowolenia, sceptycyzmu a może nawet wrogości w stosunku do UE?

P.C.: Z jaką oceną środowiska akademickiego spotykają się działania zmierzające do integracji w momencie, kiedy obiecywane uprzednio kwoty są ciągle zaniżane, gdy wydaje się, że otrzymamy mniej, niż zakładano na początku?

- Uważam, że dotacje na poziomie 25% - czy nawet nieco wyższe, jak ostatnio podają media - które proponuje UE, oraz ich sukcesywne zwiększanie, mogą mieć zastosowanie do 2006 roku. Potem trzeba ustalić nowy budżet i powinniśmy otrzymać dopłaty stuprocentowe. Nie rozumiem stanowiska negocjatorów, którzy godzą się na taki stan rzeczy aż do 2013 roku. Sądzę, że przez kolejnych pięć lat polskie rolnictwo jest w stanie zreformować się. Negocjatorzy zaś mówią o niebezpieczeństwie stagnacji przy zbyt dużych dopłatach. Obawiają się także, że dochody rolników wzrosłyby na tyle, iż mogłoby dojść do zaburzeń na rynku a nawet niepokojów społecznych. Są to skrajne opinie i przewidywania. Dziś musimy się przede wszystkim zatroszczyć o to, byśmy mogli odzyskać przynajmniej środki, które sami wpłacimy. Pochwalam natomiast wprowadzenie systemu tzw. dopłat do hektara i produkcji zwierzęcej. Jestem przekonany, że gdybyśmy weszli do Unii zgodnie z obowiązującym w niej systemem zarządzania IACS - nie poradzilibyśmy sobie. Polski rolnik nie jest przygotowany do tego, by prowadzić rejestr każdego zwierzęcia czy kawałka ziemi.

P.C.: Czy nie uważa Pan, że należałoby zastanowić się nad lepszym rozdysponowaniem środków, które możemy pozyskać? Kto wie, czy nie wartościowsze byłoby przesunięcie dopłat bezpośrednich na przykład na usprawnienie infrastruktury wiejskiej?

- Wiem, że są ogromne dotacje na rozwój obszarów wiejskich. Jakkolwiek rozdysponujemy te środki, będą zarówno szczęśliwcy, jak i poszkodowani. Uważam, że najwięcej stracić mogą rolnicy, którzy dużo produkują. Jeśli dopłaty dla nich będą niskie, plony preferencyjne ustalone na niskim poziomie - a co za tym idzie, dopłaty tylko do wysokości tych plonów - mogą oni mieć duże straty. Myślę, że w tym przypadku konieczna będzie interwencja państwa, które mogłoby uruchomić system kolejnych dopłat. To poważne problemy, ale nie wolno zapominać, że nasze rolnictwo wcale nie jest gorsze od unijnego.

K.B.S.: Gdy mówimy o rolnictwie naszego regionu, trzeba jednak pamiętać o jego specyfice.

- Tak, myśli Pani o średnio trzyhektarowym gospodarstwie na tle odpowiednio prawie dwudziestohektarowego w krajach UE? Taka dysproporcja kwalifikuje nasze do grupy rozdrobnionych i przez to niedochodowych.

P.C.: Czy podobnie, jak w Grecji, wprowadzenie tego systemu nie spowoduje wzrostu cen żywności?

- Mogą one wzrosnąć w Polsce o 15, a nawet 20% .

Uważam, że dotacje na poziomie 25% - czy nawet nieco wyższe, jak ostatnio podają media - które proponuje UE, oraz ich sukcesywne zwiększanie, mogą mieć zastosowanie do 2006 roku. Potem trzeba ustalić nowy budżet i powinniśmy otrzymać dopłaty stuprocentowe. Nie rozumiem stanowiska negocjatorów, którzy godzą się na taki stan rzeczy aż do 2013 roku. Sądzę, że przez kolejnych pięć lat polskie rolnictwo jest w stanie zreformować się. Dziś musimy się przede wszystkim zatroszczyć o to, byśmy mogli odzyskać przynajmniej środki, które sami wpłacimy

K.B.S.: - Spróbujmy spojrzeć na to zagadnienie z nieco szerszej perspektywy. Jaką opinię wydałby Pan polskiemu rolnictwu, gdyby zechciał Pan, na użytek naszej rozmowy, wcielić się w rolę doradcy ds. unijnych? W jakim kierunku zmierzałoby Pana prognozowanie?

- Zmiany w rolnictwie na wszystkich jego szczeblach są nie tylko potrzebne, ale wręcz konieczne, ale wchodząc do UE, powinniśmy żądać równorzędnego traktowania rolnictwa polskiego. Są opinie, że trzeba brać to, co UE nam zaoferuje i zgodzić się na wszystko, a więc na dopłaty w wysokości 25 lub, jak ostatnio, 40%. Ale czy to jest właściwe? - wątpię. Poza tym, należy odpowiedzieć sobie na pytanie: jeśli nie Unia, to co? Proszę zauważyć, że dziś podczas wielu wizyt, nawet na szczeblu prezydenckim, przewija się na czołowym miejscu temat rolnictwa. Cieszę się z tego, bo w końcu rozumiemy, że to gałąź, która ma znaczenie strategiczne.

K.B.S.: Jak Pan ocenia argumenty tych, którzy alternatywy dla polskiego rolnictwa i innych dziedzin gospodarki, szukają na rynkach wschodnich?

- Jest to jakaś alternatywa, ale ten rynek jest już w znacznym stopniu opanowany przez Unię. My, niestety, w którymś momencie zostaliśmy z tych obszarów wyrugowani. Powrót jest możliwy, a nawet wskazany, ale nie będzie on następował w takim tempie, jakiego byśmy sobie życzyli i jaki jest konieczny do dalszego rozwoju.

P.C.: Wspomniał Pan, że Unia daje szansę młodym absolwentom i będą oni zatrudniani, szczególnie w tym pierwszym okresie, jako pośrednicy między tymi, którzy oferują dotacje a polskimi rolnikami i przedsiębiorcami. Najbardziej interesuje mnie jednak problem możliwości rozwoju najaktywniejszych, młodych i samodzielnych ludzi. W jakiej branży przemysłu rolno-spożywczego chciałby Pan rozpocząć działalność, gdyby kończył Pan dziś studia?

- Pyta Pan o możliwości działania w małym biznesie w Małopolsce?

P.C.: Tak, ale z możliwością ekspansji.

- W Polsce mamy trzy systemy zarządzania rolnictwem, które w dużej mierze pokrywają się z dawnymi granicami zaborów. Historyczne losy Polski wyznaczyły nam mapę rolniczą i lokalizację dzisiejszego przemysłu rolno-spożywczego. W środkowej Polsce postawiłbym na produkcję bądź pośrednictwo zawiązane z uprawą zbóż, produkcją mleka i ich przetwórstwem, zaś w Małopolsce na produkcję i przetwórstwo owoców miękkich. Ważną sprawa jest organizacja grup producentów. Nie ryzykowałbym, w obecnej sytuacji, działalności samodzielnej. Tworzenie grup ma wiele zalet. Przede wszystkim mogą one dyktować pewne warunki i wysokość cen. Niestety, mamy dziś wiele przykładów nieumiejętnego zarządzania produkcją. Rolnicy sami są sobie winni, na przykład, gdy sprzedają truskawki po cenach dumpingowych i konkurują między sobą. Kiedy mowa o truskawkach, to nie nadprodukcja powinna być problemem, lecz sposoby zwiększenia eksportu, np. do Niemiec, gdzie te owoce są potrzebne do poprawy walorów smakowych wielu produktów. Gdyby w Polsce istniał lepiej funkcjonujący rynek pośrednictwa i zbytu, wówczas mielibyśmy większe zyski z eksportu. Są też inne możliwości. Warto np. zainteresować się także produkcją serów. W Małopolsce Francuzi zainwestowali w nowoczesną mleczarnię i na bazie swoich tradycyjnych receptur wytwarzają słynne francuskie sery pleśniowe. Świadczy to o wysokiej jakości naszego mleka, o tym, że dysponujemy już oborami, spełniającymi wszystkie wymogi sanitarne na poziomie unijnym.

I znowu doszliśmy do spraw unijnych. Ważne jest, by Polska, tak jak inne kraje, miała swoją specyfikę w produkcji rolnej. Wiemy, że Francuzi chlubią się swoimi serami, Skandynawowie - mlekiem. Klimat nie pozwala nam uprawiać owoców cytrusowych... Produkujemy raczej to, co i inne kraje UE, i w ten sposób nieuchronnie wpadamy w tryby europejskich limitów produkcyjnych. Jeśli wyprodukujemy za dużo mleka, trzeba będzie płacić wysoką karę za nadprodukcję. Uważam, że polską szansą jest produkcja żywności ekologicznej, nie zanieczyszczonej używaniem środków chemicznych.

P.C.: Nie tylko na Zachodzie, ale i u nas obserwujemy pozytywnie rozumianą modę na produkty ekologiczne. Klient, który ma pewność, że nabędzie zdrowy produkt, zapłaci o wiele więcej.

K.B.S.: Wiemy, że Akademia stara się przygotować młodego człowieka do podjęcia działalności gospodarczej. Pracodawcy oczekują od absolwenta dobrego wyższego wykształcenia, pełnej dyspozycyjności i co najważniejsze - praktyki.

- Rozumiem te oczekiwania pracodawców. W ich interesie jest, by przyszły pracownik mógł szybko i bezproblemowo wdrożyć się do wykonywania konkretnych zadań. Dzięki czemu nasi absolwenci dają sobie radę? Wiedząc o powszechnym bezrobociu, także w sektorze rolniczym, gdzie kapitał jest szczególnie rozdrobniony, stawiamy sobie jako cel kształcenie nie tylko producentów-rolników, ale przede wszystkim tych, którzy tym rolnictwem będą zarządzać.

K.B.S.: A co ze współpracą międzynarodową? Wiemy, jak dobrze widziane są w CV informacje o takich praktykach czy stażach w ośrodkach zagranicznych.

- Cieszę się, że Pani o tym wspomniała. Na tym polu rzeczywiście mamy duże osiągnięcia. Studenci wyjeżdżają i co najważniejsze wymiany takie przynoszą nie tylko osobiste korzyści - studenci są zadowoleni, a w przyszłości mają łatwość w znalezieniu pracy, podnosi to również rangę Uczelni. Niedawno spotkaliśmy się z zarzutami ze strony niektórych mediów, że nasza uczelnia nie uczestniczy w programie Socrates. Jednak dziennikarz, podający tę informację, nie wspomniał, że w trakcie praktyk czy stypendiów, w których biorą udział studenci AR, mogą oni jeszcze dodatkowo podjąć pracę zarobkową. Z tego co wiem, studentom, którzy uczestniczą w tego typu programach, jak Socrates, brakuje środków na utrzymanie się w obcym kraju. AR prowadzi bardzo interesującą wymianę z uczelniami amerykańskimi. Corocznie przyjmujemy i wysyłamy łącznie 16 studentów. Nasi przyjaciele z USA są do tego stopnia hojni, że pokrywają koszty związane z wyjazdem, ubezpieczeniem, a nawet wyposażeniem naszych studentów w najnowsze podręczniki. Wymiar materialny jest istotny, ale nie najważniejszy. W czasie pobytu w USA nasi studenci, mają okazję poznać rozwinięty tam bardzo dobrze system kształcenia i doradztwa rolniczego. Studiujący u nas Amerykanie wynoszą dostatecznie wiele z zajęć, prowadzonych w języku angielskim, bo, jak sami relacjonują, gdy starają się o ciekawą pracę u siebie, znajomość rynków Europy Środkowo-Wschodniej jest silnym atutem.

P.C.: Uczelnia, która prowadzi tak ożywioną wymianę, musi dbać o wysoki poziom kształcenia. Jaka opinię wydała Komisja Akredytacyjna, która ostatnio oceniała działalność poszczególnych jednostek waszej Uczelni?

- Od niedawna każdy kierunek w naszej uczelni ma akceptację środowiskowej, czyli wewnętrznej komisji akredytacyjnej. Natomiast komisja państwowa wizytowała marketing i zarządzanie i, choć nie mamy jeszcze oficjalnej opinii, to z protokołu wynika, iż jest ona bardzo pozytywna. Miejmy nadzieję, że PKA da nam coś w rodzaju "prawa jazdy" do prowadzenia kierunku, z którego jesteśmy dumni.

AR prowadzi bardzo interesującą wymianę z uczelniami amerykańskimi. Corocznie przyjmujemy i wysyłamy łącznie 16 studentów. W czasie pobytu w USA nasi studenci, mają okazję poznać rozwinięty tam bardzo dobrze system kształcenia i doradztwa rolniczego. Studiujący u nas Amerykanie wynoszą dostatecznie wiele z zajęć, prowadzonych w języku angielskim, bo, jak sami relacjonują, gdy starają się o ciekawą pracę u siebie, znajomość rynków Europy Środkowo-Wschodniej jest silnym atutem

B.K.S.: Świetnie orientuje się Pan w tym, co aktualnie dzieje na Uczelni. Czy liczne obowiązki Rektora nie kolidują z Pana planami badawczymi i zajęciami w macierzystej katedrze.

- Cały czas prowadzę wykłady ze studentami, bo zdaję sobie sprawę, że rektorem się bywa, i tylko nieustanny kontakt z wiedzą i jej odbiorcami - samymi studentami, pozwoli mi w przyszłości kontynuować pracę naukową i dydaktyczną. Przyznam szczerze, że zajęcia ze studentami, to najprzyjemniejsze godziny w całym tygodniu. Zapominam wówczas o finansowych i administracyjnych problemach Uczelni. Dzięki sprawowaniu funkcji rektora mogę poznać Uczelnię z tej drugiej strony, o której nie miałem dotąd pojęcia.

K.B.S.: Są jednak zapewne sprawy, z których jest Pan szczególnie dumny...

- Mam się chwalić?! Być może to, co powiem, nie będzie aż tak spektakularne, ale pragnę jeszcze raz podkreślić, że ustabilizowanie sytuacji finansowej Uczelni uchroniło nas od ogromnego kryzysu. Dziś pracujemy już w systemie, w którym to społeczność akademicka decyduje o rozdysponowaniu środków, a taka atmosfera sprzyja całej Uczelni. To nie są tylko działania o charakterze administracyjnym, ale coś znacznie ważniejszego - następuje bowiem zmiana w mentalności wielu pracowników. Kiedy ma się wpływ na życie uczelni, wówczas towarzyszy nam świadomość, że nie jesteśmy bezsilni, że jednak nie wszystko dzieje się "obok" nas. W czasie mojej kadencji rozwinęliśmy studia zamiejscowe, stworzyliśmy nowe specjalności dostosowane do warunków gospodarki rynkowej. Ponadto wspólnie z rektorami innych uczelni rolniczych chcemy wprowadzić program międzyuczelnianej wymiany studentów. Jeśli ktoś z SGGW zapragnie studiować w AR lub odwrotnie, to dzięki "Mostarowi", bo tak nazwaliśmy ów program podczas konferencji rektorów odbywającej się we Wrocławiu, będzie mógł to pragnienie urzeczywistnić. W ciągu dwóch lub trzech lat chcemy doprowadzić do wymiany międzynarodowej studentów w ramach UE, zatem już dziś musimy się do tego przygotowywać. Wprowadzamy system punktowy, aby student mógł bez problemu kontynuować naukę w innym mieście. Początkowo, z licznymi zarzutami spotkał się system wewnętrznej oceny jakości kształcenia przez studentów. Nawet wśród kadry były liczne opory, jak się okazało nieuzasadnione. Wyniki były zaskakujące, gdyż studenci poważnie podeszli do tej kwestii. Wbrew obawom, nawet najbardziej wymagający profesorowie otrzymali pozytywne oceny. Z uznaniem myślę także o społecznej działalności samorządu studenckiego. Jest on bardzo aktywny. Młodzi uczestniczą m.in. w programie Uczelnie wolne od narkotyków. W zeszłym roku w Bochni zorganizowali konferencję, na której gościli m.in. Barbara Labuda i, nieżyjący już, Marek Kotański oraz studenci z całej Polski. Brali też udział w zbiórce na rzecz dzieci chorych na muskowiscydozę, sadzili żonkile na "Polach Nadziei".

Kiedy już będę odchodził, chciałbym, żeby Uczelnia była w pełni skomputeryzowana, i żeby działał system "dziekanat". Chcemy uruchomić specjalne terminale, dzięki którym student będzie mógł przesłać swoje dane do dziekanatu albo uzyskać tą drogą wszystkie potrzebne mu informacje. Chciałbym, żeby w każdym pokoju akademickim był dostęp do internetu. Wierzę, że to się uda. Mam także nadzieję, że przy pomocy internetu zapewnimy sobie stały kontakt z wszystkimi obiektami AR. Widzę również potrzebę tworzenia dużych jednostek, zespołów badawczych, skoncentrowanych na realizacji konkretnych zadań. Może nawet uda się wrócić do znanej nam, a dziś u nas zanikłej, tradycji instytutów.

K.B.S.: Serdecznie dziękujemy Panu za rozmowę.

Rozmawiali Piotr Cymanow i Klaudia B. Sosin  

 

Do góry strony

Copyright © "Konspekt" Kraków, grudzień 2002
Statystyka