Rozmowa Konspektu |
|
Orkiestra Klubu Pomocnych SercZ Jerzym Owsiakiem rozmawia Marzena Stawczyk
Marzena Stawczyk:
Jerzy Owsiak:
Sztuka, ekonomia, psychologia, media... Jak ma się do tego ogromne przedsięwzięcie, jakim jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? Jakie drogi przywiodły Cię do Fundacji? - Swoisty fenomen Wielkiej Orkiestry ma chyba coś ze wszystkich dziedzin, jakimi zajmowałem się wcześniej, może dlatego działamy tak prężnie, skutecznie i radośnie. Co przyprowadziło mnie do Fundacji? Ogólnie mówiąc - Wojsko Polskie. Brzmi to może dosyć dziwnie, ale jestem absolutnie wdzięczny polskiej armii, tej z czasów socjalizmu, bo dzięki różnym zbiegom okoliczności związanym z moją niechęcią do służby wojskowej poznałem wielu wspaniałych ludzi, takich jak Jacek Santorski, Wojciech Eichelberger, Tomasz Praszkier, Jan Kelus. To dzięki przypadkowi spotkałem ludzi, od których wiele się nauczyłem. Kogoś poznałem, ktoś mnie z kimś poznał, i dlatego robię właśnie to, co robię.
Mówisz o wojsku, a mnie ciekawi to, co było dalej, jak to się zaczęło? Jednym z większych wydarzeń medialnych, bezpośrednio poprzedzających finały Wielkiej Orkiestry, były programy "Róbta co Chceta". Czy tutaj tkwią korzenie przedsięwzięcia? - Nie do końca. Jak wspomniałem wcześniej, dzięki wojsku poznałem wielu ludzi, którzy mieli wpływ na to, czym zajmuję się od dziesięciu lat. Ale droga do Orkiestry nie jest związana tylko z wojskiem. Moja droga medialna zaczęła się od Rozgłośni Harcerskiej, gdzie Janek Tomczak zaproponował mi prowadzenie programu. To były takie bardzo spontaniczne audycje, trochę poza powszechnie przyjętym nurtem radia grzecznego. To się podobało młodym ludziom. W tym czasie zorganizowałem też mój pierwszy koncert Letnia Zadyma w środku Zimy. Prowadziłem również program w radiowej "Trójce". Audycja Róbta co Chceta była już pewnego rodzaju przedsionkiem dla Orkiestry. Nakręciliśmy w sumie ponad sto dwadzieścia programów, ale o powstaniu Wielkiej Orkiestry zadecydowało już pierwsze siedem odcinków. Przypadek sprawił, że obejrzałem program Alicji Resich-Modlińskiej, w którym ona rozmawiała z lekarzami z Centrum Zdrowia Dziecka. I właśnie wtedy coś zaiskrzyło. Mówili o tym, żeby przysyłać pieniądze dla dzieci chorych na serce, że oni chcą coś zrobić. Pomyślałem wtedy, że dobrze byłoby pomóc tym facetom. Powiedziałem do słuchaczy "Trójki": "Widziałem w TV młodych kardiochirurgów z Centrum Zdrowia Dziecka, fajnie mówili, przyślijcie pieniądze dla chorych dzieci, to ja im je dam". Spotkało się to z dużym odzewem, wszystkie pieniądze przekazywałem do Centrum Zdrowia. Gdy te pieniądze przychodziły i przychodziły, to zaprosiłem tych lekarzy: Bohdana Maruszewskiego i Piotra Burczyńskiego do "Trójki", by opowiedzieli trochę więcej o celu zbierania pieniędzy. Byliśmy naprawdę zachwyceni oddźwiękiem, z jakim spotkała się nasza akcja. I wtedy pojawiła się też telewizja. W Róbta co Chceta powiedziałem o zbieraniu pieniędzy dla chorych dzieciaków i tak to się zaczęło na dobre. Czy planowałeś kiedykolwiek działalność charytatywną? - Nie, nigdy, i muszę podkreślić, że Orkiestra była od początku pomysłem medialnym. To miała być zabawa, hucpa, połączona z naszą muzyką. Nie powiedziałem sobie: "Od dzisiaj zajmuję się dobroczynnością". Pierwszy finał odbył się w 1992 roku, rok potem powstała Fundacja, która założyliśmy wspólnie z moja żoną Lidią, Bohdanem Maruszewskim, Piotrem Burczyńskim i Pawłem Januszewiczem. Jak zrobiliśmy pierwszy Finał, to pomyśleliśmy: "Dlaczego nie następny?" I były kolejne. Dzisiaj Fundacja działa bardzo prężnie i profesjonalnie i gdyby powiedzieć ludziom, żeby już nie przysyłali pieniędzy, że kończymy działalność, to zamknięcie wszystkiego zajęłoby nam chyba dobry rok. Tak więc nie miałem w planach dobroczynności na szeroka skalę, ale tak się stało i teraz to jest żelazna konsekwencja, która przynosi innym i mnie sporo dobra i radości. Skąd wzięła się nazwa: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? - Gdy rozkręcaliśmy zbieranie pieniędzy dla dzieciaków, pomyślałem sobie, że dobrze byłoby napisać jakąś muzykę, która kojarzyłaby się z nasza akcją. Poszedłem do Wojtka Waglewskiego, a on wymyślił utwór Karnawał, ze znanym refrenem "Woo bi ja bi je". Potem musieliśmy pójść do ZAIKS-u, by go zarejestrować. Zbliżał się właśnie grudzień i zaproponowałem tytuł Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Był trochę długi, ale tak już zostało. Podobała mi się ta nazwa, nie było tam haseł w stylu "Fundacja na rzecz dzieci chorych na serce", to byłoby smutne, a ludzie mają dość swoich trosk. My w ogóle mamy fart do wymyślania haseł, np. "Oj, będzie się działo, Gramy do końca świata i jeden dzień dłużej, Sie ma". One działają na ludzi, wstrząsają, wywołują dreszcze. Tak ma być.
Jednym z takich "porażajacych" sloganów jest dla niektórych "Róbta co Chceta". Ludzie odbierają to jako manifest filozofii nicnierobienia, samowoli obyczajowej. - Są ludzie, którzy dorabiają do wszystkiego zbędną ideologię. Rzeczywiście spotkałem się z takimi odczytaniami naszego hasła. Róbta co Chceta to po prostu zabawa, tytuł programu, muzyka. To hasło koresponduje w pewien sposób z moim podejściem do życia, mianowicie: "Rób to, co jest zgodne z Tobą i nikomu nie szkodzi, bądź przyjazny dla innych". Co to jest Światełko do Nieba? - W trakcie każdego finału o godzinie 20 zawsze zapalamy jakiś ogień, świece, lampki. To ogień dobrych aniołów. Chciałem, by nasz ruch był widoczny i znowu się udało. Z Księżyca widać Chiński Mur, dlaczego nie miałoby widać dobrych ogni Orkiestry? Magia Orkiestry polega chyba na tym, że połączyliśmy zwyczajność z abstrakcją. To działa na wyobraźnię, porusza, zastanawia, bawi. Budzimy przeróżne emocje i dlatego ludzie to kupują. Co powiedziałbyś komuś, kto zupełnie nie wie, czym jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? - Bardzo trudno wytłumaczyć zupełnemu laikowi, czym jest Orkiestra. Może po prostu puściłbym tej osobie kasetę z nagraniem z jakiegoś Finału, często tak robimy. Ogólnie, finały to całodzienne zbieranie pieniędzy przez osoby posiadające "orkiestrowe" identyfikatory. Cała akcja jest bardzo medialna, telewizja transmituje finały na żywo cały dzień, sztaby Orkiestry znajdują się w całej Polsce, a finałom towarzyszą zawsze koncerty zespołów, zapraszanych przez nas. Ale wydaje mi się, że to byłoby za mało powiedziane. Lubię abstrakcję, więc takiemu "Marsjaninowi" powiedziałbym, że nasza Orkiestra, to tak jakby na Marsie wszyscy o jednej godzinie zebrali się w jednym miejscu, włączyli ulubioną muzykę i mimo że mogłoby im się to wydawać niemożliwe, zbudowali drabinę do Ziemi, bo każdy dałby od siebie jeden szczebel. Orkiestra to coś trochę nierealnego, ale bardzo wesołego i pozytywnego. Wielu ludzi ze świata dziwi się jednak, że Orkiestra to nie tylko dobra zabawa, ale przede wszystkim profesjonalna akcja. Dobrze się bawimy, ale wybija godzina zero i każdy wie, co ma robić, sztaby prężnie działają, reżyserka i operatorzy skupieni. Po każdym Finale skrupulatnie się rozliczamy. Taka właśnie jest Orkiestra.
Dzięki profesjonalnym urządzeniom medycznym, jakie Orkiestra zakupiła dla około 440 szpitali w kraju, wydając na ten sprzęt 31 milionów dolarów, uratowaliście wiele ludzkich istnień. Ratujecie dzieci chore na serce, nowotwory, nerki. A jednak słyszy się głosy krytyczne wobec tej działalności, że to pomoc jednorazowa, jednodniowy zryw. Mówi się też o dziwaczności. - Tak, to jest jednorazowe przedsięwzięcie, ale przynoszące tak ogromny efekt. Chcę jednak podkreślić, że to jednorazowe przedsięwzięcie potrzebuje ponad trzystu dni w roku, by tak dobrze mogło funkcjonować i przynosić korzyści. By to sprawnie prowadzić, potrzebna jest Fundacja. Musimy księgować, rozliczać, negocjować. Zebrane pieniądze trzeba wydawać w określonym systemie. Komuś może się wydawać, że ta dobroczynność to jeden dzień zabawy, ale tak naprawdę ona trwa cały rok, codziennie podejmowane są decyzje o tym, gdzie wysłać dodatkowy sprzęt, jak to wszystko organizować. Życzyłbym sobie, by było więcej takich "jednorazowych zrywów", pewnie wtedy lepiej wyglądałby nasz świat. A jeśli chodzi o jakąś dziwaczność? Rozumiem, że nasze działania mogą wydać się komuś niekonwencjonalne, mówi się nawet o odmiennej obyczajowości. Wielka Orkiestra jest swoistym obyczajowym fenomenem, ale nie popadajmy w przesadę. Wielka Orkiestra skupia wokół siebie grono przyjaciół i zwolenników. Przeważnie są to ludzie młodzi, licealiści, którzy dopiero szukają swojego sposobu na życie. Czy widzisz w sobie duchowego przewodnika, autorytet? - W ogóle nie myślę o tym w taki sposób. Uciekam od określeń: guru, osobowość charyzmatyczna. Czuję się bardziej ich przyjacielem i lubię, gdy oni tak mnie traktują. Jestem dumny z tego, że ludzie nas szanują, traktują poważnie. Nie jestem ich idolem, ani żadnym gwiazdorem. My trafiamy do ludzi czymś prostym, zwykłym. Jeżeli przyniesiesz spragnionym na pustyni wodę, to będą cię uważać za wybawcę. Tą "wodą" Wielkiej Orkiestry jest normalność, to że jesteśmy dotykalni, dostępni. Dajemy im nasza przyjaźń, zaufanie i tylko od nich zależy, co z tym zrobią. To uczy samodzielności, odpowiedzialności za swoje czyny. Oni chcą czuć, że są traktowani poważnie. Mówimy do młodych zwykłym językiem, mówimy o życiu: trzeba skończyć szkołę, utrzymać się, a jeżeli nie żyjesz "na skróty", czyli jeśli żyjesz uczciwie, to czasem to życie jest ciężkie, ale trzeba być po prostu w porządku. Tego uczy ich Orkiestra. Oni piszą: "Czekam od Finału do Przystanku, od Przystanku do Finału, ładuję akumulatory i dalej sobie żyję". Finały, Przystanek Woodstock dają im siłę i pozytywne uczucia. Wielka Orkiestra to nie tylko coroczne Finały. To także Przystanek Woodstock. W jakim celu organizujecie tą olbrzymią imprezę? - Przystanek Woodstock to bardzo istotna część naszego przedsięwzięcia. Wcale nie musimy tego organizować, nie czerpiemy z tego żadnych profitów. Przystanek jest podziękowaniem dla tych, którzy udzielali się w Finałach. Nie jest to zlot branży muzycznej, jeżdżą tam zespoły mało znane, takie, które nam się podobają. Byli u nas Hey, Maanam, Houk, ale przyjeżdżają i takie, jak Kuśka Brothers. Przystanek Woodstock jest imprezą bezpłatną. Większość ludzi mówi potem: "Świetnie się tam czułem, to była dobra, profesjonalnie zrobiona impreza". Ludzie czują się odpowiedzialni za samych siebie. Impreza narzuca pewien styl zachowania, i ci młodzi rzeczywiście się tam dobrze zachowują. Przystanek ich tego uczy. Bardzo ważny jest Pokojowy Patrol, w skład którego wchodzą często pokolenia: dzieci i rodzice. Zgłaszają się też nauczyciele. Pokojowy Patrol wyrasta z tradycji Woodstock 1994. Patrolowcy udzielają pomocy, sprzątają, opiekują się kimś, gdy zajdzie taka potrzeba. By być w Patrolu, trzeba przejść specjalne szkolenia. Organizujemy je każdego roku razem z PCK, uczymy ich udzielania pierwszej pomocy, survivalu. Taki kurs trwa trzy dni i jest wielką przygodą. W Patrolu są ludzie z całej Polski: słabsi, silniejsi, ładni, grubi... Taka styczność z wielką liczbą ludzi jest dla wielu z nich swoistą formą psychoterapii. Muszą przełamywać bariery swoich kompleksów, barierę strachu, czy podołają wymaganiom, czy zostaną zaakceptowani przez pozostałych. W Patrolu mamy około 600 osób każdego roku. Nie wynajmujemy na Woodstock agencji ochrony. Patrolowcy są skuteczni, ale przede wszystkim ludzie naprawdę dobrze się zachowują.
Czy poza Finałami i Woodstockiem organizujecie jeszcze jakieś imprezy w ciągu roku? - Jednym z większych wydarzeń jest Koncert Bożonarodzeniowy, który odbywa się od dwóch lat w Operze Narodowej. Jest to z kolei podziękowanie dla tych, którzy ruszają do Finału. W tym koncercie "żenimy wodę z ogniem", ponieważ grają ludzie od nas, czyli przeważnie polskie zespoły rockowe, na przemian z Chórem i Orkiestrą Opery Narodowej. Zapraszamy gości z różnych stron świata, z Hiszpanii, Katalonii. Ostatnio gwiazdą był zespół "In Muvrini" z Korsyki. Przedstawiamy muzykę z różnych stron świata, muzykę etniczną na przemian z muzyka symfoniczną, reegae i folklorem. Gościliśmy Mazowsze, Małgorzatę Walewską. W tak eleganckim miejscu, jakim jest Opera Narodowa, czuć klimat Orkiestry. Ludzie machają flagami, słuchają Iry i Verdiego. Dla niektórych to pierwsza lekcja wysokiej kultury. Młodzi często po raz pierwszy przebywają w takim miejscu. Orkiestra pomaga także GOPR-owi, kupiliśmy dla nich sporo sprzętu, zrealizowaliśmy program TV. Zrobiliśmy też akcję rozdawania światełek odblaskowych dla małych dzieci. Rozdaliśmy ich kilka tysięcy. Zajmujemy się też narodowym powszechnym programem badań słuchu u noworodków. Przez ten i najbliższy rok będziemy go realizować. Słuchając Twoich opowiadań odnosi się wrażenie, że zrobiliście już wszystko, co może zrobić Wielki Dyrygent i jego Orkiestra. Na jaką nutę chcecie jeszcze zagrać? - Takie imprezy rodzą się zawsze ni stąd ni zowąd. Jesteśmy bardzo otwarci na rzeczywistość, pomagamy ludziom, gdy tego naprawdę potrzebują. Udzieliliśmy pomocy powodzianom, reagujemy żywo na to, co się dzieje. W kalendarzu najbliższych wydarzeń mamy spotkanie w Teatrze Buffo, by podziękować wszystkim sztabom i wręczyć im nasze medale, nagrody dla tych, którzy bardzo się zasłużyli dla Orkiestry. Medale na dziesięciolecie będą ze srebra. Potem przygotowujemy się na Przystanek Woodstock. W tym roku mamy też zamiar kupić dwieście pomp insulinowych. Działamy według jakiegoś planu, ale w każdej chwili możemy zareagować na to, co dzieje się aktualnie. Czy działalność w Wielkiej Orkiestrze koresponduje jakoś z Twoją filozofią życia? - Orkiestra to moje życie, moja codzienność. W Fundacji jestem od 9 do 16, a czasem i dłużej, prowadzę Finały, jestem na Przystanku Woodstock, na Koncertach Noworocznych. Orkiestra jest odpowiedzią na zło tego świata, na brutalność, chamstwo. Mam swoje wartości, którym pozostaję wierny od młodych lat, to: dobro, szczerość, otwartość, przyjaźń dla całego świata, tolerancja. Myślę, że to wszystko można znaleźć w Orkiestrze. Nigdy nie chciałem wchodzić innym z butami w życie. Uważam, że każdy powinien robić to, co uważa za słuszne. Ludzie pytają, czy mam jakieś autorytety. W młodości były one oparte na muzyce. Podziwiałem Led Zeppelin, Johna Lennona, Jimmiego Hendrixa. Dużym szacunkiem darzyłem zawsze moich rodziców i kilku przyjaciół. Staram się nie zaprzątać tym głowy. Po prostu robię to, co jest dobre i nie przeszkadza innym. Jesteś postrzegany jako osoba dosyć kontrowersyjna. Mężczyzna w średnim wieku ubrany w czerwone sztruksy, zabawne okularki, oryginalne koszule to widok raczej rzadki. Czy myślałeś kiedykolwiek o zmianie stylu? - Zmiana image'u to dobre dla gwiazdora, a ja się za takiego nigdy nie uważałem. Po prostu lubię się tak właśnie ubierać. Nigdy nie przywiązywałem do stroju większej wagi, nawet nie wiem, czy lubię garnitury, bo jakoś nigdy nie było okazji, bym je nosił. Nawet mój ślub z Dzidzią został odroczony na pół roku, bo nie chciałem wystąpić w garniturze. Jestem zdania, że każdy powinien ubierać się tak, jak lubi. Nie mam nic przeciwko elegancji w ubieraniu, gdy komuś to odpowiada. Ja nigdy nie miałem okazji, by nosić garnitury i może tylko dlatego ich nie ubieram. W ogóle nie oceniam ludzi ze względu na ich strój. Nie lubię tylko dresiarzy, ale to dlatego, że u nas w kraju kojarzą się ze złodziejstwem. Fundacja zajmuje Ci tak wiele czasu. Czy Jerzy Owsiak znajduje czas na rodzinę, spotkania z przyjaciółmi? - Moje życie prywatne wygląda bardzo podobnie do życia innych Polaków. Poza Orkiestrą prowadzę z żoną Przedsiębiorstwo Produkcji Programów Telewizyjnych Mrówka Cała. Stanowi to moje źródło utrzymania. Z żoną przebywamy całymi dniami, ponieważ razem pracujemy w Fundacji. To nam bardzo dużo daje. W domu oglądamy telewizję. Uwielbiam Discovery. Porównuję często, jak inni robią programy, bo sam się tym zajmuję. W wolnych chwilach odpoczywamy, spotykamy się z przyjaciółmi. Mieszkamy na Kabatach i bardzo lubimy nasz dom. Nie bywamy raczej na bankietach, bo nie przepadamy za medialnymi spędami. Mamy dwójkę dzieci, młodsza Ola ma trzynaście lat i chodzi do szkoły społecznej. Starsza Ewa studiuje nauki filmowe w Stanach Zjednoczonych. Nasz dom jest całkiem normalny. Moje dzieci nigdy nie powoływały się na to, że mają tatę Jurka Owsiaka. Nie jestem też dla nich dzięki Orkiestrze kimś więcej, niż tylko, a może aż tatą. Dzieci biorą udział w Finałach. Młodsza jest w tym wszystkim, otwiera Przystanek Woodstock. Mamy bardzo partnerskie kontakty. Czasem pożyczam od córki płyty, a ona ode mnie koszule. Nie jestem surowym ojcem. Nie jestem z dziećmi na ty, ale mamy ciepły, przyjacielski kontakt. Mówisz przyjaźnie o młodych ludziach, o swoich dzieciach. Dookoła jednak obserwuje się coś innego. Wszyscy narzekają na "dzisiejszą młodzież". Jak oceniasz dzisiejsze pokolenie? - Jestem bacznym obserwatorem i wprost mogę powiedzieć jedno: Młodzież jest obecnie gorsza, bardziej agresywna, co widać na osiedlach, meczach piłki nożnej. Prawda jest taka, że o młodzieży zawsze mówiono źle. Uważam, iż w młodych ludziach tkwi to, co najlepsze i najgorsze. Oni dopiero tworzą siebie, szukają swoich dróg. Młodzież jest wspaniała, gdy jej coś proponujemy, gdy potrafimy z nią rozmawiać. Wydaje mi się, że Wielka Orkiestra daje im poczucie bycia potrzebnym, zaangażowanym. Czy Jurek Owsiak ma osobiste marzenia? - Oczywiście, tak jak każdy. Wiele z nich się spełnia, dlatego tych bardziej osobistych nie będę zdradzał. Tak w ogóle to marzy mi się wielka Muzyka. Chciałbym, by dla Orkiestry zagrali U2, czy Pink Floyd. By nam wszystkim żyło się spokojnie, szczęśliwie i zdrowo. Takie zwykłe marzenia, a gdy się każdemu spełnią, to będzie dobrze. Życzę Ci tego gorąco i bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Marzena Stawczyk Tytuł wywiadu zaczerpnięty z książki Bartłomieja Dobroczyńskiego i Jerzego Owsiaka Orkiestra Klubu Pomocnych Serc czyli Monolog-wodospad Jurka Owsiaka, Kraków 1999 | ![]() | |||||||
Copyright © zespół "Konspektu"
Kraków, lipiec 2002 | |||||||||