Książka, którą czytam |
| |
Janusz A. MajcherekHistoryczna gawęda Sokrata
Bawiąc niegdyś na konferencji zorganizowanej w dziesięciolecie Wspólnoty Kulturowej "Borussia" zyskałem sposobność osobistego poznania Sokrata Janowicza, najbardziej bodaj znanego i cenionego polskiego Białorusina. Okazałem żywe i szczere zainteresowanie prowadzoną przez niego w Krynkach działalnością kulturalną, co zapewne sprawiło, że wkrótce po tym spotkaniu otrzymałem od niego przesyłkę z wydawnictwami białoruskimi, a wśród nich książkę Nasze tysiąc lat, będącą opowieścią Janowicza o dziejach jego własnego narodu. Zabrałem się do lektury z pewnym opóźnieniem i byłem akurat w jej trakcie, gdy zadzwonił do mnie Bogusław Gryszkiewicz, z zapytaniem, czy nie napisałbym do "Konspektu" o książce, którą czytam... Jest ciekawe, a zwłaszcza pouczające, poznawanie własnej historii, oglądanej i opowiadanej oczami obserwatora utożsamiającego się z innymi jej uczestnikami i przyjmującego inny punkt widzenia na te same wydarzenia, procesy, postacie. Czasami daje to rezultaty szokujące, bo oto dowiadujemy się, że nasi bohaterowie są dla kogoś złoczyńcami, nasze dni chwały dla innych są dziejową klęską, nasze tragedie nikogo nie poruszają albo jawią się jako wydarzenia komiczne zgoła. Polska historia jest zmistyfikowana i zmitologizowana przez polonocentryzm, odbierający jej walor uniwersalności i czyniący ją w istocie marną nauczycielką życia. Może to stąd wzięło się powodzenie książek Normana Daviesa, pisanych z perspektywy zewnętrznej, ale przez życzliwego obserwatora, pozwalającego nam uświadomić sobie, co jest dla innych w polskich dziejach frapujące i ważne. Okazuje się, że nie Grunwald i cud nad Wisłą, lecz wiślany handel zbożowy i powstanie chasydyzmu. Niekiedy, oczywiście, ten zewnętrzny sposób patrzenia może być nieobiektywny i tendencyjny, czasami wręcz bardziej niż polski. Istnieją opracowania litewskie, w których ignoruje się Jagiellonów (bo niektórzy Litwini uważają ich za renegatów), czy ukraińskie, w których nie pojawia się wzmianka o języku i kulturze, dominujących we Lwowie przez kilkaset lat. Szok, jaki przeżywamy, zapoznając się z inną oceną i interpretacją znanych nam procesów historycznych, nie zawsze jest więc inspirujący i ożywczy. Ale to nie dotyczy opowieści Janowicza. Przede wszystkim to wspaniała gawęda, potoczysta i barwnym językiem prowadzona, przeplatająca patos z rubasznością, liryzm z ironią, tragizm z kąśliwym dowcipem. Od strony formalnej to długa rozmowa, w konwencji wywiadu-rzeki, zatem będąca zapisem prawdziwej ustnej opowieści (rozmówcą jest Jerzy Chmielewski, białoruski dziennikarz z Białostocczyzny). W opowieści Janowicza nie ma cienia apologetyki i śladu mitologii narodowej. Przeciwnie: niekiedy jest aż do bólu demaskatorski i dosadny, bezceremonialnie rozprawiając się z formułami podsuwanymi mu przez rozmówcę, a zapewne - jak się możemy domyślać - rozpowszechnionymi wśród Białorusinów nie mniej, niż polskie stereotypy o bohaterstwie czy tolerancyjności dawnych Polaków. Jeśli Janowicz coś koloryzuje, to jedynie dla ożywienia narracji, a nie retuszowania kontrowersyjnego tematu. Ma się więc wrażenie nie tylko atrakcyjności, ale i rzetelności. Zapewne nie wszyscy Białorusini przyjmują z uznaniem takie podejście, podobnie jak Polacy odrzucają opracowania demistyfikujące ich własne wyobrażenia o swojej historii (Janowicz wskazuje, z jakimi reakcjami spotkały się dokonywane przez Różewicza próby odbrązowienia tradycji AK-owskiej). Białorusini, jak Polacy, mieli swoich zdrajców i kolaborantów, na terenie Białostocczyzny historia bywała pogmatwana, gmatwając i ludzkie losy, splatające się niekiedy w ponure tragedie. Nie oszczędzając "swoich", Janowicz nie podlizuje się też i "obcym", a tymi najczęściej są Polacy. To właśnie te fragmenty, w których pojawia się białoruski punkt widzenia na Polaków, Polskę i polskość, są dla polskiego czytelnika szczególnie pouczające, bo pokazują jego rodaków w rolach, których on sam im raczej nie przypisywał. To nie zawsze i tylko "polskie pany", przeciwstawione białoruskiemu "chaziajstwu". A jednocześnie Janowicz z sentymentem, a nawet wzruszeniem rekonstruuje tę narodowościową i kulturową mozaikę, jaką było dawne Wielkie Księstwo Litewskie, prawdziwa ojczyzna Białorusinów (bo to oni, nie Litwini, byli w nim grupą długo dominującą językowo i kulturowo). Dla Żydów, Tatarów, a także dawnych Jaćwingów ma Janowicz wiele serdeczności. Mnie osobiście bardzo odpowiada także pewna teza historiozoficzna Janowicza, śmiało uwypuklająca rolę cywilizacyjnych różnic, przewag i zapóźnień w procesach historycznych. Stanowczo zbyt rzadko dostrzegamy, że uczestnicy dziejów lgnęli do wyższego standardu cywilizacyjnego i tym ich dążeniem można wiele ich działań wyjaśnić, bez wdawania się w jałowe spory o rolę jednostek i mas w historii. Nie bez znaczenia dla mojego zainteresowania opowieścią Janowicza o białoruskich dziejach jest i to, że opowieść o nich mogłem konfrontować ze wspomnieniami współczesnej Białorusi, odwiedzonej cztery lata temu, wraz z grupą polonistów i bibliotekoznawców z obecnej Akademii Pedagogicznej (ówczesnej WSP), w trakcie wyprawy śladami Mickiewicza i Orzeszkowej. Ta konfrontacja jeszcze bardziej uwypukliła barwy literackiej gawędy Janowicza o kraju tak dziś (a przynajmniej przed czterema laty) ponurym, po sowiecku szarym i zapuszczonym. Na szczęście jest też ten skrawek Białorusi i tych kilkaset tysięcy Białorusinów w Polsce, wraz z którą dołączą do Europy i ożywią ją swoim własnym kolorytem. PS Wiem o istnieniu poważnych, naukowych opracowań historii Białorusi (ostatnio wydana choćby w zasłużonym lubelskim Instytucie Europy Środkowo-Wschodniej dwutomowa Historia Białorusi Hienadzia Sahanowicza i Zachara Szybieki). Opowieść Janowicza polecam ze względów literackich co najmniej w równym stopniu, jak poznawczych. Janusz A. Majcherek Sokrat Janowicz, Nasze tysiąc lat, Stowarzyszenie Dziennikarzy Białoruskich, Białystok 2000. | ![]() | ||
Copyright © zespół "Konspektu"
Kraków, lipiec 2002 | ||||