Spotkanie Konspektu 

 

Następny artykuł

Strona tytułowa

Poprzedni artykuł


Philippe Lejeune, międzynarodowy autorytet w dziedzinie autobiografii, profesor Uniwersytetu Paris XII, autor wielu prac poświęconych literaturze autobiograficznej, m.in.: L'Autobiographie en France (1971), Le Pacte autobiographique (1975), Je est un autre. L'autobiographie de la littérature aux médias (1980), Moi aussi (1986), La Pratique du journal personnel (1990), Pour l'autobiographie (1998). Ostatnio pod redakcją prof. Reginy Lubas-Bartoszyńskiej ukazała się antologia tekstów tego autora, zatytułowana Wariacje na temat pewnego paktu. O autobiografii (Universitas, Kraków 2001).

 

Skazany na autobiografię

Z profesorem Philippe'em Lejeune'em rozmawiają pracownicy Katedry Literatur Zachodnioeuropejskich Instytutu Neofilologii AP
 

Prof. P. Lejemme

Stanisław Jasionowicz:
W artykule zatytułowanym "Czy można zdefiniować autobiografię?" i zamieszczonym w antologii Pańskich tekstów, która ukazała się właśnie w Polsce, opisał Pan swoje "przygody", związane z zapotrzebowaniem na definicję przedmiotu Pańskich badań. Proszę powiedzieć, jakie elementy tej definicji uznaje Pan po latach za niewzruszone, a w jakim stopniu Pańska koncepcja autobiografii ewoluowała?

Philippe Lejeune:
- Moim celem nie było "wymyślenie" definicji, ale raczej uznanie autobiografii za pewien fakt. Definicja, którą zaproponowałem w książce Autobiographie en France (Autobiografia we Francji, 1971) wynika z pewnego konsensusu leksykograficznego, bliskiego ujęciom, jakie można znaleźć choćby w słownikach Larousse'a, z pewnymi udoskonaleniami i dodatkowymi szczegółami. Na przykład w słowniku mówi się, że autobiografia jest opowiadaniem, w którym rzeczywista osoba przedstawia swoje życie, natomiast ja to uściślam dodając, że osoba ta kładzie nacisk na dzieje swej osobowości. Pozwoliło mi to zacieśnić pole moich badań i wyeliminować literaturę wspomnieniową oraz "teksty-świadectwa" (littérature de témoignage), by móc skupić uwagę na mniejszym obszarze. Dopiero wtedy mogłem określić zespół tekstów, który stał się przedmiotem moich zainteresowań. Niepokojące w każdej próbie definiowania czegokolwiek jest to, że fakty jawią się innym zbyt często jako sądy wartościujące. Oznacza to na przykład, że jeśli pracuje się nad autobiografią i w ramach jej definicji wyklucza się z pola zainteresowań pewne teksty, niektórzy ludzie uznają, że ktoś, kto z tych tekstów rezygnuje, tym samym ocenia je, a może nawet potępia. Zbyt często badacz, który decyduje się na użycie jakiejś definicji jest natychmiast traktowany jak "sekciarz", prawie jak rasista. Gwoli uczciwości muszę jednak stwierdzić, że jest w tym odrobina prawdy, gdyż każdy z nas posiada choć trochę osobistego stosunku do przedmiotu swoich badań i fakt skupienia uwagi na takich czy innych tekstach wynika do pewnego stopnia z emocjonalnego zaangażowania w takie właśnie, a nie inne teksty. Ponieważ zadane mi pytanie ma charakter retrospektywny, muszę się odnieść do przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Tak więc kiedy czytałem ostatnio ponownie moją Autobiographie en France z okazji jej reedycji po trzydziestu latach, stwierdziłem, że sam byłem niegdyś trochę "sekciarski", zbyt łatwo oceniając i potępiając pewne teksty, a w szczególności uprzywilejowując autobiografie wielkich pisarzy i traktując je jako teksty modelowe. Wiązało się to oczywiście z lekceważeniem utworów "zwyczajnych" oraz z założeniem, że ktoś, kto nie jest pisarzem, nie byłby zdolny do napisania "prawdziwej" autobiografii. W ukończonym dwa lata później Pakcie autbiograficznym (Le Pacte autobiographique, 1975) moja postawa jest już zupełnie inna. Przede wszystkim uwalniam się tam od pokusy stworzenia zamkniętego zespołu tekstów jako przedmiotu badań. Definicja autobiografii przestaje więc być instrumentem, ale odzwierciedla pewien historyczny i językowy fakt. Tak więc, począwszy od Paktu aż do dnia dzisiejszego, pytanie o definicję przestaje być istotne, gdyż nie jest już ona "wyznaniem wiary".

S. J.: Pański "Pakt autobiograficzny" ukazał się w roku 1975. A lata siedemdziesiąte to przecież czas szczególny dla francuskiej humanistyki. Myślę tu przede wszystkim o apogeum tendencji strukturalistycznych i "lingwocentrycznych" oraz o ich wpływie na klimat intelektualny Francji, w tym również na obraz literaturoznawstwa w tym okresie. Co mógłby Pan powiedzieć o roli, jaką strukturalizm odegrał w kształtowaniu się Pańskiej metody badawczej?

- To dobre i ważne pytanie. Jak może państwu wiadomo, mój ojciec był językoznawcą, specjalistą od języków dawnych. Wychowywałem się więc w środowisku lingwistycznym, osadzonym w tradycyjnym językoznawstwie. Mój ojciec przyjaźnił się na przykład z Emilem Benvenistem. Tak naprawdę językoznawstwo pojawiło się jednak w moim życiu dopiero, kiedy ukończyłem studia. Jak znaczna część mojego pokolenia we Francji mogę się więc uznać za samouka w dziedzinie językoznawstwa i strukturalizmu. Odkryłem wtedy pewne rzeczy, które wydawały się być przeciwko pewnej, zbyt ciasnej tradycji filologicznej czy "gramatycznej", którą mi przekazano. Jak niemal wszystko, co odkrywa się samemu, w pewnym sensie przeciwko uniwersytetowi, jest wtedy przedmiotem dumy. Paradoksem historycznej sytuacji, o którą Pan pyta, jest to, że o okresie, w którym zaczynałem się zajmować autobiografią, to znaczy pod koniec lat sześćdziesiątych, prawie dosłownie w maju '68, należałoby mówić o czasie wyjątkowo niesprzyjającym autobiografii - ludzie w rodzaju Barthesa czy Foucaulta ogłaszają przecież "śmierć autora", rozprawiają się z "iluzjami biografii" i tak dalej. Ja jednak zawsze wierzyłem w możliwość swojego rodzaju aktu autobiograficznego. W tym sensie idę pod prąd tej tendencji. Jednak z drugiej strony, zastosowany przeze mnie naukowy model ma swoje źródło w językoznawstwie. W jakim językoznawstwie? Powiem o książkach - nie było ich tak wiele - które ogromnie mnie zainspirowały. A więc najpierw Emile Benveniste i jego Kurs językoznawstwa ogólnego, wydany w roku 1966. Widzi Pan, to kolejny paradoks francuskiego życia intelektualnego: teksty Benveniste'a na temat wypowiedzi, osoby, czasu etc. w różnych rozwiniętych językach, powstały w przeciągu poprzedniego dwudziestolecia i, publikowane w specjalistycznych wydawnictwach, były znane tylko wąskiemu kręgowi badaczy. Zebrane i opublikowane w wydawnictwie Gallimard w roku 1966, niemal natychmiast stały się biblią dla wielu ludzi, którzy zdawali się nigdy wcześniej nawet nie słyszeć o językoznawstwie. Tak więc w jednym z rozdziałów mojego Paktu autobiograficznego ja sam, żółtodziób, nie tylko powołuję się na Benveniste'a, ale nawet go pouczam. Był więc Benveniste. Był też ktoś chyba jeszcze ważniejszy - Gérard Genette. Wielki wpływ miały na mnie jego Figures III z roku 1982. Do dziś zresztą uważam się za zagorzałego stronnika tego badacza. Uwielbiam typ umysłowości, który reprezentuje. W ogóle lubię teorie o podbudowie empirycznej, które trzymają się faktów. Dlatego wrażenie zrobił na mnie na przykład Harald Weinrich, szczególnie jego praca na temat czasu. Poza tym Jakobson, rosyjscy formaliści, przetłumaczeni na francuski przez Todorova. Także Tynianow...

Spotkanie z prof. P. Lejemmem

S. J.: A inne inspiracje? Jakie są Pana związki z psychoanalizą? Freud? Lacan? Jung?

- Będąc zupełnym ignorantem w tej dziedzinie jeszcze w czasie studiów, z psychoanalizą zetknąłem się praktycznie wówczas, kiedy pomiędzy dwudziestym pierwszym a dwudziestym trzecim rokiem życia poddałem się terapii psychoanalitycznej. Poznawałem więc psychoanalizę nie z powodu intelektualnej ciekawości czy z potrzeby eksperymentowania, ale ze względów praktycznych - miałem trudności w kontaktach z ludźmi. Nie wchodząc w szczegóły, było to doświadczenie raczej bolesne, dosyć gwałtowne i nie zakończone sukcesem terapeutycznym. Później, około trzydziestki, zacząłem czytać Freuda i czytałem go z nie mniejszą pasją, niż wcześniej Genette'a czy Benveniste'a. I z takim samym nastawieniem: z ołówkiem w ręku, podkreślając, krytykując, zastanawiając się nad tym, co się zgadza, a co nie. Tak samo jak u tamtych badaczy, u Freuda lubiłem narracyjną stronę jego tekstów. Choćby to, że opowiada on o swoich błędach, ślepych zaułkach... Wyciągnąłem wnioski z tego, co zrozumiałem zarówno z własnego doświadczenia, jak i z lektury Freuda i zastosowałem to wszystko do niektórych tekstów autobiograficznych. Z psychoanalitycznych narzędzi korzystałem w pracy nad tekstami Rousseau i Michela Leirisa, w obu tych przypadkach próbując uniknąć jednak pułapek interpretacji, a w szczególności nie usiłować przekonać kogokolwiek, że posiadam klucz do nieświadomości Rousseau czy Leirisa. Moja znajomość Freuda była wystarczająca, by stwierdzić, że jeśli zdawało mi się, że odkryłem coś w podświadomości któregokolwiek z tych autorów, to najprawdopodobniej jest to moja własna projekcja. Jednak chcąc zinterpretować jakiś tekst, trzeba przecież coś o nim powiedzieć, zaproponować jakieś hipotezy. Postawiłem więc wobec tekstów Rousseau i Leirisa pewne hipotezy, które stanowiły swego rodzaju szkielet, niezbędny do osiągnięcia mojego zasadniczego celu, jakim w obu przypadkach była analiza poziomu wypowiedzi w tych tekstach. Chodziło o odpowiedź na pytanie: jak autorzy ci "pertraktowali" z własną podświadomością, w jaki sposób próbowali ją oswajać na poziomie dyskursu, jakie stosowali wybiegi w ramach swych relacji z podświadomością. Moja ciekawość była podyktowana tym, że to ja sam chciałem się zmierzyć z moją własną podświadomością.

Internet to wielki powrót do pisma, do pisania. Wiem, są tam obrazy, są dźwięki, ale internet to przede wszystkim teksty

S. J.: Jaka jest więc geneza Pańskiego zainteresowania autobiografią? Chciałbym, żeby nie traktował Pan tego pytania jako zachęty do autopsychoanalizy, jednak proszę powiedzieć coś o początkach...

- Widzę, że namawia mnie pan do dyskursu autobiograficznego!

S. J.: No cóż, odgadł Pan moje intencje...

- A więc to proste. Po pierwsze, był to pociąg do pisania. To proste i banalne: jak wiele dzieci, lubiłem pisać. Kiedy byłem małym chłopczykiem, pisałem wiersze. Zacząłem w wieku dziewięciu lat. To było rozkoszne doświadczenie, poczucie panowania nad słowem. Później, jako piętnastolatkowi wydało mi się, że ta forma jest zbyt ciasna dla wyrażenia tego wszystkiego, co mam do powiedzenia i ... zająłem się prozą. Tą prozą był dziennik. Tak więc moje zainteresowanie autobiografią to po pierwsze rezultat osobistej praktyki. Prowadziłem swoje dzienniki od piętnastego roku życia. Kiedy mówię "moje dzienniki", muszę zauważyć, że "pisanie dziennika" odbiera się jako pewną ciągłość, ma się wrażenie, jak gdyby pisało się jeden, jedyny i nieprzerwany dziennik, co zwykle nie jest prawdą. Moje własne dzienniki pisałem z rozmaitą intensywnością od wczesnej młodości i piszę je do dziś. Może więc znajdzie się w nich także to, co przeżywamy tu obecnie.

Czyli po pierwsze praktyka. Chciałem pisać, pisać o sobie jako o pisarzu. Model, na którym chciałem się opierać, nie był modelem autobiograficznym, moim ideałem było napisanie dzieła Marcela Prousta. Zrobił on to jednak przede mną. Z drugiej strony, i ma to związek z wcześniejszym pytaniem na temat definicji autobiografii, pisząc mój dziennik w wieku dojrzewania szybko zrozumiałem, że jestem niezdolny do napisania choćby jednej linijki fikcji. W pewnym sensie byłem więc skazany na autobiografię. Byłem mocno zawiedziony własnym dziennikiem, który prowadziłem między piętnastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Wprawdzie zawierał on ciekawe psychologicznie intuicje, ale literacko był do niczego. Moja decyzja, by badać autobiografię była swego rodzaju reakcją przeciwko gatunkowi, jakim jest dziennik. Zdecydowałem się właściwie na studiowanie wielkich autobiografów dlatego, żeby poznać sposób na napisanie własnej przekonującej autobiografii, to znaczy tekstu, w którym życie byłoby nieco lepiej zrozumiane, "objęte" niż w dzienniku, i którego forma miałaby większą siłę oddziaływania na czytelnika.

S. J.: Czy zechciałby Pan jeszcze powiedzieć coś o swoich doświadczeniach z internetem? Czy to medium jest nową szansą, czy zagrożeniem dla dyskursu autobiograficznego?

- Zawsze istnieje złudzenie, że nowe media zmienią świat. Możliwe, mogą one dać do myślenia, przesunąć akcenty, ale jedno jest pewne: internet to wielki powrót do pisma, do pisania. Wiem, są tam obrazy, są dźwięki, ale internet to przede wszystkim teksty. Na pytanie odpowiem najpierw ogólnie, potem nawiążę bezpośrednio do internetu. Otóż w pewnym okresie mojej pracy zainteresowałem się funkcjonowaniem dyskursu autobiograficznego w innych, niż te tradycyjnie związane z pismem, mediach. W szczególności zainteresował mnie problem możliwości pogodzenia dyskursu w pierwszej osobie z obrazem, innymi słowy, odpowiedź na pytanie, czy przy pomocy obrazu można wyrazić "ja". Oczywiście, według mnie, odpowiedź brzmi: nie. Świadczą o tym liczne przykłady sztuk plastycznych, w których na przykład portret, jeżeli nie jest podpisany na dole: "autoportret", jest niemożliwy do identyfikacji jako portret autora. To samo dotyczy tak zwanego "kina autobiograficznego", które opiera się na słowie, głosie spoza kadru etc. Podobnie jest z autobiograficznym komiksem, także tam obraz jest trudny do pogodzenia z dyskursem w pierwszej osobie. Z internetem jest inaczej. Od samego początku był on mocno związany ze słowem, a tym co zadziwia w nim ludzi nie jest fakt, że umożliwia on wyrażanie własnego ja, ale to, że w nowy sposób stawia problem intymności. Moim problemem jest więc możliwość "literatury osobistej" w sytuacji, gdy internet zmusza, by "otworzyć swe serce przed pięcioma kontynentami". Zainteresowałem się internetem początkowo jakby ubocznie, w konsekwencji prowadzenia mojego własnego dziennika komputerowego. Z czasem, było to w roku 1997, ciekawość popchnęła mnie ku lekturze dzienników publikowanych w internecie. Pierwsze doświadczenia były zniechęcające. Kiedy dziennik "Libération" poprosił mnie o współpracę w związku z dużym artykułem na temat internetu, przeczytawszy pewną ilość takich dzienników stwierdziłem, że były one... wręcz beznadziejne. Nieszczere, poddane maksymalnej autocenzurze, po prostu bezsensowny bełkot. Dopiero po dwóch latach od tego doświadczenia przemogłem się i sam nie wiem czemu, pełen najgorszych obaw, zajrzałem tam ponownie. I zdarzył się cud! Po tygodniu byłem już nawrócony. Były dwa powody tego niemal religijnego nawrócenia: po pierwsze, przedmiot moich zainteresowań zmienił się całkowicie - w roku 1997 był on we Francji w powijakach, w sieci było może piętnaście dzienników, prawie wszystkie pochodziły zresztą z Quebecu. W 1999 było ich już 60-70. Zachwyciło mnie poza tym coś, czego nie doznałem dwa lata wcześniej. Wtedy spędziłem nad tymi dziennikami dwie doby i nie miałem wrażenia, że żyję razem z nimi. W 1999 r. poświęciłem im cały miesiąc, doświadczając raz po raz czegoś wspaniałego: czytam na przykład dziś stronę dziennika, którą ktoś napisał wczoraj i nie wiem, co ten ktoś przeżyje dzisiaj i co zapisze wieczorem, a co ja przeczytam jutro. Ktoś, kto czyta tylko "punktowo", nie rozumie tego mechanizmu. Kiedy żyje się tym tekstem w czasie, mocno odczuwa się uczestnictwo. Jest to silne i nowe doświadczenie.

S. J.: A więc jednak byłoby to doświadczenie znacząco odmienne od sposobu recepcji "tradycyjnego" dziennika...

- Tak. Po raz pierwszy można przeżywać lekturę dziennika w sposób, w jaki kiedyś przeżywało się korespondencję. Jednak tu chodzi o osoby, których osobiście nie znamy, a którym w życiu towarzyszymy, w pewnym sensie wręcz w tym życiu uczestniczymy. Dzielimy z tymi ludźmi ich oczekiwania, niespodziewane zdarzenia… Sam mam wrażenie posiadania bardzo osobistych relacji z autorami niektórych takich dzienników.

Z internetem jest inaczej. Od samego początku był on mocno związany ze słowem, a tym, co zadziwia w nim ludzi nie jest fakt, że umożliwia on wyrażanie własnego ja, ale to, że w nowy sposób stawia problem intymności. Moim problemem jest więc możliwość "literatury osobistej" w sytuacji, gdy internet zmusza, by "otworzyć swe serce przed pięcioma kontynentami"

Regina Lubas-Batoszyńska:
Śledząc te dzienniki w internecie, w którymś momencie Pan sam włączył się w internetowy "obieg"...

- Moją pracę na temat dzienników internetowych przedstawiłem także w postaci dziennika, opublikowanego w formie książki, zatytułowanej "Drogi ekranie" ("Cher écran...". Journal personnel, ordinateur, Internet, Seuil, Paryż 2000 - przyp. S.J.). Dziennik ten prowadziłem od października 1999 do maja 2000. Książka ukazała się w październiku 2000 roku. Od tej chwili wróciłem do dziennika, sprawdzając, co dzieje się w tym samym czasie w internecie i obserwując oddźwięk, jaki publikacja ta wywołała w badanym przeze mnie środowisku. W środowisku, które po raz pierwszy zdało sobie sprawę z tego, że było przeze mnie obserwowane. Dziennik ten prowadziłem w komputerze przez dwa miesiące - nadal znajduje się na stronie internetowej i można go przeczytać - zapowiadając, że wrócę do niego w październiku roku 2001. Nie zrobiłem tego jednak... Miałem po prostu wrażenie, że już wcześniej powiedziałem wszystko, co miałem na ten temat do powiedzenia. Myślę jednak o tym, by dopisać temu doświadczeniu rodzaj konkluzji w formie anegdoty i opowiedzieć parę zdarzeń, które miały od tej pory miejsce, gdyż przydarzyło mi się w związku z tą publikacją parę dość niezwykłych rzeczy. Otóż konsekwencje mojego internetowego wystąpienia były zaskakujące. Okazało się, że wpłynąłem na bieg życia co najmniej kilku osób! Podam jeden przykład. Śledziłem dziennik pewnego trzydziestoletniego artysty malarza, który postanowił pisać w internecie, gdyż był zakłopotany propozycją swojej żony, sugerującej mu nową koncepcję ich związku, mającego się odtąd opierać na zasadach całkowitej wolności oraz absolutnej szczerości. Człowiek ten, korzystając z propozycji żony związał się z inną kobietą, opisując wszystko - zgodnie z zasadą szczerości - w internetowym dzienniku, o którego istnieniu żona początkowo nie wiedziała. Jednak pewnego dnia…

S. J.: Jak widać, pojawiają się tu poważne problemy etyczne, a może nawet prawne...

- Niewątpliwie. Człowiek ten skłamał potem, przekonując żonę, która dowiedziała się o istnieniu dziennika, że był w trakcie pisania powieści. Ja sam, jako czytelnik tego dziennika skomentowałem to wszystko podobnie jak Pan przed chwilą, pisząc w moim internetowym dzienniku on-line na temat problemów obyczajowo-etycznych, jakie implikowała cała ta sytuacja. Oczywiście ów mężczyzna przeczytał z kolei to, co ja napisałem na jego temat i był przerażony: po raz pierwszy uświadomił sobie, że jego dziennik był od samego początku własnością publiczną. Zdecydował się zaprzestać pisania w tej formie i postanowił kontynuować dziennik pod innym pseudonimem i jako dostępny tylko znanym mu osobom.

Teresa Kwaśna:
Tego rodzaju problemy dotyczą chyba jednak nie tylko internetu, tak dzieje się przecież także w przypadku tekstów "tradycyjnych". Przecież ktoś, kto decyduje się na pisanie tekstu autobiograficznego, musi mieć świadomość, że zostanie on kiedyś przez kogoś przeczytany.

- Przez kogoś na pewno. Ale najpierw i przede wszystkim przeczytany i ponownie odczytany przez samego autora. Należy zwrócić uwagę na fakt, że ogromna ilość dzienników jest niszczona przez ich autorów. Przypadek naszego artysty jest nieco odmienny przez to, że autor ten wprowadził swój dziennik w system międzyludzkiej komunikacji. Przecież przez cały ten czas otrzymywał listy od swoich czytelników, którzy go podnosili na duchu, udzielali mu rad i tak dalej. Tego rodzaju teksty sugerują wręcz kontakt z autorem. Przecież taka strona zawiera zwykle adres poczty elektronicznej, na który można napisać. Chodzi jednak o to, że bohater naszej anegdoty miał wrażenie, że czym innym jest korespondencja ze znanymi mu osobami na temat jego własnego życia, a czym innym komentowanie przez obce osoby upublicznionej przez siebie opowieści o własnym życiu. To trochę tak, jakby ktoś zapisał coś w zeszycie i schował go do szuflady, a następnie kupiwszy w kiosku gazetę przeczytał czyjś komentarz do tych zapisków. Jest to problem istnienia dwóch obiegów informacji: krótszego, podzielonego na małe obszary odbiorcze i innego, wielkiego obiegu publicznego, który tak przeraził naszego autora. Być może tak samo jak żałuję, że nie studiowałem systematycznie językoznawstwa, powinienem teraz żałować braku wykształcenia w dziedzinie prawa.

S. J.: Nasuwają się kolejne pytania... Szkoda, że w takiej chwili musimy kończyć naszą rozmowę. Dziękuję, że zechciał Pan być naszym gościem.

Tłumaczenie i opracowanie
Stanisław Jasionowicz

 
Rozmiar: 4333 bajtów

Początek strony

Copyright © zespół "Konspektu" Kraków, kwiecień 2002
Statystyka