Gość Konspektu 

 

Następny artykuł

Strona tytułowa

Poprzedni artykuł


 

Akademickość i zawodowość

Rozmowa z profesorem Michałem Śliwą, rektorem Akademii Pedagogicznej w Krakowie
 

Musimy połączyć troskę o akademickość, o najlepszą dydaktykę i jakość kształcenia nauczycieli z myśleniem o problemach obecnego stanu kadrowego - mówi profesor Michał Śliwa

Bogusław Gryszkiewicz:
Panie Rektorze, w wywiadzie do pierwszego numeru "Konspektu" stwierdził Pan "Dostrzegam potrzebę gruntownej i rzeczywistej zmiany charakteru Uczelni - dotychczasowa formuła WSP już się wyczerpała". Czy po prawie 3 latach Pańskiej kadencji możemy już mówić o zarysach nowej formuły?

Prof. M. Śliwa

Michał Śliwa:
- Na pewno nie. Jest to plan długoterminowy. Na obecny stan naszej uczelni pracowały dwa pokolenia. Modelu, który miałem na myśli, nie da się wypracować w ciągu kilku lat. Nasza Akademia prezentuje poziom uniwersytecki, a czytelnym tego wyrazem jest fakt, że zatrudniamy ponad 50 profesorów z tytułem, a połowa rad wydziałów ma uprawnienia habilitacyjne. Dążymy konsekwentnie do statusu w pełni autonomicznej uczelni o charakterze uniwersyteckim, ale równocześnie kładziemy silny nacisk na funkcje zawodowe. Kształcimy nauczyciela-profesjonalistę, odpowiednio przygotowanego pod względem pedagogicznym, psychologicznym, z umiejętnościami praktycznymi. Staramy się więc łączyć akademickość z zawodowością. W kształceniu nauczycieli nie należy bowiem pomniejszać w żadnym stopniu ani przygotowania merytorycznego, ani zawodowego. To, nawiasem mówiąc, nienowy problem - harmonijnego zestrojenia tych dwu składników wykształcenia. Jak wykształcić dobrego nauczyciela polonistę, żeby miał świetne przygotowanie merytoryczne, a z drugiej strony - by zdobył wiedzę pedagogiczno-psychologiczną oraz niezbędne umiejętności praktyczne. Myślę, że te założenia są w naszej uczelni spełniane. Uniwersyteckość to cel naszej aktywności w najbliższych kilku latach, i nie wątpię, że ten cel, bez względu na to, jak się nasza uczelnia będzie nazywać, osiągniemy. Dotychczasowa formuła wyższych szkół pedagogicznych w Polsce, w której większy nacisk kładziono na dydaktykę niż na badania naukowe czy uzyskiwanie awansu naukowego, już się przeżyła. W obecnych warunkach, kiedy obok nas intensywnie rozwijają się środowiska akademickie, nie da się jej utrzymać.

Dążymy konsekwentnie do statusu w pełni autonomicznej uczelni o charakterze uniwersyteckim, ale równocześnie kładziemy silny nacisk na funkcje zawodowe

Jak ocenia Pan dynamikę prowadzonych w Uczelni badań naukowych?

- Pamiętam słowa prof. Wincentego Danka, który uczył nas, że nie ma dobrej dydaktyki bez badań naukowych. I na tym nam szczególnie zależy. W latach 80. osłabła nieco aktywność badawcza, co zaznaczyło się mniejszą ilością awansów naukowych: habilitacji i profesór. Kiedy zostałem prorektorem, rocznie habilitowały się 1-2 osoby, natomiast w ubiegłym roku ogłosiliśmy drukiem 10 rozpraw habilitacyjnych. Jest to namacalny dowód wzrostu aktywności badawczej, a zarazem gwarancja dobrej kondycji naszej uczelni w najbliższych latach. Pamiętajmy, że niemal połowę naszej samodzielnej kadry naukowo-dydaktycznej stanowią profesorowie i doktorzy habilitowani urodzeni w latach trzydziestych, a z tej grupy na emeryturę odchodzi 8-10 osób. Gdybyśmy nie odtwarzali kadry, w najbliższych 10 latach zniklibyśmy z mapy szkolnictwa wyższego w Polsce. Musimy połączyć troskę o akademickość, o najlepszą dydaktykę i jakość kształcenia nauczycieli z myśleniem o problemach obecnego stanu kadrowego. Mówiąc o perspektywach uzyskania statusu uniwersyteckiego trzeba wspomnieć, że nie tylko przyspieszyliśmy awanse znacznej części młodszych kolegów, ale zatrudniamy też coraz więcej osób z zewnątrz, profesorów i doktorów habilitowanych, którzy przychodzą do nas nie ze względów materialnych, ale zachęceni rangą naszej uczelni. Widzą w niej atrakcyjny ośrodek pracy badawczej i dydaktycznej. Ostatnio nowi pracownicy pojawili się m.in. w Instytutach Neofilologii i Politologii, a także na Wydziale Pedagogicznym. Z jednej strony poprawia się więc stan naszej własnej kadry, z drugiej wzmacniają ją osoby przychodzące z zewnątrz. Obecnie zatrudniamy 53 profesorów z tytułem. I chociaż kilku z nich przejdzie wkrótce na emeryturę, mamy realne możliwości, by w niedługim czasie doczekać się 60 profesorów z tytułem. Ostatnio w Centralnej Komisji ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych złożony został wniosek o przyznanie praw habilitacyjnych z zakresu pedagogiki. W zasadzie nie jest to wniosek o nowe uprawnienia, bo w latach 70. nasza uczelnia, a ściślej mówiąc - Wydział Filologiczno-Historyczny je posiadał. W najbliższym czasie, jeszcze przed wakacjami, pedagodzy powinni je odzyskać. Podobnie wygląda problem uprawnień habilitacyjnych z biologii. Obecnie Instytut Biologii zatrudnia pięciu profesorów z tytułem, od października będzie ich tam co najmniej siedmiu. Sądzę więc, że w nowym roku akademickim Wydział Geograficzno-Biologiczny wystąpi z wnioskiem o odzyskanie uprawnień habilitacyjnych. Ostatnio CK ds. TN i SN jednomyślnie przyznała prawo do nadawania tytułu doktora z politologii dla Wydziału Humanistycznego. Oczekujemy też na podobne uprawnienia z fizyki.

Świadomi wagi spraw związanych z awansem naukowym naszych pracowników powinniśmy pamiętać także o autonomicznych celach działalności naukowej. Dlatego też chciałbym zapytać o te indywidualne lub zespołowe osiągnięcia badawcze ostatnich lat, które uważa Pan za znaczący wkład naszej uczelni w rozwój nauki polskiej?

- Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że nasza humanistyka jest jedną z bardziej znaczących w kraju. Możemy się pochwalić m.in. wybitnymi dokonaniami w dziedzinie historii literatury. Nasi profesorowie uczestniczą w przewodach habilitacyjnych na wszystkich uniwersytetach w Polsce. Kiedy organizujemy konferencje naukowe, polonistyczne czy pedagogiczne, przyjeżdżają do nas uczeni z całego kraju. Świadczy to o wysokiej, jeśli nie europejskiej, to na pewno krajowej randze naszej uczelni. Do mocnych dziedzin należą także: matematyka, pedagogika, astrofizyka czy nauki przyrodnicze. Szkoda tylko, że wiedza o tych osiągnięciach nie jest dostatecznie upowszechniana, również w naszym, uczelnianym środowisku. Chociaż i w tej dziedzinie obserwuję korzystne zmiany, których przykładem może być reprezentowane przez Pana pismo. Warto też wspomnieć o dydaktykach przedmiotowych. Dumą Uczelni jest Błękitna matematyka czy seria To lubię!. Myślę, że nie musimy wstydzić się poziomu naszych badań naukowych. To niesłychanie ważne, zwłaszcza jeśli pamiętamy, że jesteśmy częścią naukowego środowiska Krakowa, a to do czegoś zobowiązuje.

Mówi się coraz częściej, że w związku z nadchodzącym niżem demograficznym nabór na studia odbywać się będzie w warunkach ostrej konkurencji miedzy uczelniami. Co według Pana powinno decydować o atrakcyjności oferty, z którą wystąpimy do potencjalnych kandydatów na naszą uczelnię?

- Poglądy na temat skutków niżu demograficznego dla szkolnictwa wyższego nie są jednolite. Dominuje przekonanie, że ów niż rozwiąże wiele problemów szkolnictwa wyższego, m.in. problemy szkół niepublicznych czy jakości kształcenia. Trzeba również przywołać opinię, że szkolnictwo skutków niżu nie odczuje, ponieważ w nadchodzących latach będzie gwałtownie wzrastać stopień skolaryzacji polskiego społeczeństwa. W tej chwili z różnych form kształcenia korzysta ok. 42% populacji. Zdaniem optymistów, może on osiągnąć poziom 70%. Można zatem przewidywać, że w najbliższej przyszłości liczba kandydatów na studia znacząco się nie zmieni. Niezależnie od tych prognoz i poglądów nasza uczelnia poszukuje nowych ofert edukacyjnych. Pojawiają się nowe kierunki studiów, np. filozofia czy germanistyka. Planowane jest otwarcie nowego kierunku artystycznego - grafiki. Na każdym kierunku studiów, od dwu-trzech lat, kreuje się nowe specjalności, które zachęcają do studiowania w naszej uczelni. Instytut Filologii Rosyjskiej zaproponował np. specjalizację łemkowską i germańską, które przyciągają wielu studentów. Kiedy Instytut Biologii otworzył ochronę środowiska i chemię, liczba kandydatów gwałtownie wzrosła. Myślę, że Uczelnia zrobiła w tej dziedzinie bardzo wiele. Równocześnie obserwuję silną tendencję zmierzającą do modernizacji procesu dydaktycznego. Przede wszystkim wprowadziliśmy Europejski System Transferu Punktów. Przejście na system punktów kredytowych uznać trzeba za przełomowy moment w reformowaniu naszej dydaktyki. Musimy skorzystać z doświadczeń innych uczelni i wybrać taki model nauczania, który sprawdziłby się jak najlepiej na studiach nauczycielskich. Zrobiliśmy poważny krok w dziedzinie modernizacji dydaktyki, w każdym instytucie np. zorganizowano pracownię komputerową. Część procesu dydaktycznego jest więc już realizowana przy pomocy tych nowoczesnych nośników informacji i internetu.

Czy rację należy przyznać tym, którzy przyszłość dydaktyki uniwersyteckiej łączą z technologią informacyjną i internetem?

- W naszej uczelni dopiero zaczyna rozwijać się kształcenie na odległość, zadanie to realizują Pracownia Technologii Nauczania oraz Instytut Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej. Cieszyłbym się, gdyby prace te były bardziej zaawansowane, jak np. na niektórych kierunkach AGH. Trzeba jednak konsekwentnie zmierzać w tym kierunku, wykorzystując nowoczesne technologie we wszystkich możliwych dziedzinach działalności dydaktycznej.

Jak wygląda nasze techniczne przygotowanie do tego rodzaju działań?

- Jeśli chodzi o infrastrukturę jestem optymistą, obecnie mamy 600 komputerów stacjonarnych i osobistych, można powiedzieć, że co drugi pracownik, wliczając pracownika administracji i obsługi, dysponuje komputerem.

A studenci?

- W każdym instytucie jest pracownia komputerowa, ale trudno mi w tej chwili dokładnie określić, ilu studentów i jak często korzysta np. z internetu czy multimediów, a także w jakim zakresie wykorzystuje się sprzęt komputerowy w procesie dydaktycznym. Na pewno w pracowniach komputerowych realizuje się znaczną część dydaktyki w Instytutach Geografii, Fizyki, Matematyki i Bibliotekoznawstwa. Jednym z naszych zadań jest również wyposażenie każdej sali dydaktycznej w czytnik pisma.

Przypominam sobie słowa prof. Jerzego Kreinera, który stwierdził przy jakiejś okazji, że powinniśmy w przyszłości zadbać o to, by nasz absolwent, oprócz wykształcenia kierunkowego, miał odpowiadające licencjatowi przygotowanie informatyczne i znajomość języka obcego. Idea wydaje się znakomita, ale czy bylibyśmy w stanie ją zrealizować?

- Byłaby to idealna sytuacja, gdyby np. fizyk znał doskonale język angielski. Realizacja takiego projektu nie byłaby jednak prosta. Wiąże się to z kwestią relacji między przygotowaniem akademickim a zawodowym. Problemem byłoby obciążenie słuchacza dodatkowymi godzinami dydaktycznymi, należy także pamiętać o względach natury finansowej. Algorytm, na podstawie którego rozdziela się dotacje z budżetu państwa, jest tak skonstruowany, że preferuje kierunek podstawowy. Na dodatkowe kształcenie dotacji już nie otrzymujemy. Niestety, ze względu na ekonomiczno-finansową sytuację kraju jest to problem nie do rozwiązania. Właśnie z tego powodu koszt kształcenia jednego studenta w naszej uczelni jest bardzo wysoki.

Około 5 tysięcy złotych...

- Jest porównywalny z kosztami kształcenia studenta Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, głównie ze względu na te dodatkowe specjalności. Nawiasem mówiąc, nie pozostaje to bez wpływu na wysokość naszych wynagrodzeń.

Ale ten poziom wynagrodzeń nie jest czymś wyjątkowym w skali innych uczelni?

- W porównaniu z uczelniami humanistycznymi nasza sytuacja nie jest najgorsza; gorzej natomiast wypada porównanie ze szkołami ekonomicznymi czy technicznymi.

Być może jedną z naszych szans byłoby szersze otwarcie się na potrzeby edukacyjne ludzi niepełnosprawnych? Zwłaszcza że w związku z coraz śmielszym wprowadzaniem kierunków nienauczycielskich całkowicie traci sens podstawowy argument, jakim szermowali do niedawna przeciwnicy takich pomysłów.

- Zdecydowanie zaniedbaliśmy kształcenie osób niepełnosprawnych. Dawna WSP w Siedlcach wiele w tej mierze zrobiła i dzięki temu uzyskała nie tylko opinię nowoczesnego, otwartego ośrodka akademickiego, ale i znaczne środki finansowe. Nie doceniliśmy tej szansy, a moglibyśmy mieć dzięki temu konkretne korzyści. Zwłaszcza że jesteśmy do tego przygotowani. Mamy np. pływalnię, sale gimnastyczne. Wcześniej jednak należałoby się zastanowić, w jaki sposób pogodzić to z kształceniem ściśle pedagogicznym, kierunkowym. Tymczasem rozważamy różne propozycje studiów podyplomowych z zakresu rehabilitacji, nie planuje się jednak jeszcze studiów magisterskich czy licencjackich bezpośrednio ukierunkowanych na ludzi niepełnosprawnych. Potrzebna jest inicjatywa osób zainteresowanych tymi problemami.

Szansą byłaby również oferta adresowana do studentów z zagranicy...

- Oczywiście. Takie szersze otwarcie się na studenta zagranicznego byłoby dla Uczelni bardzo korzystne. Na razie ograniczamy się do realizacji umów o wymianie studenckiej, ale to zdecydowanie za mało. Urzeczywistnienie tych zamierzeń zależy od gruntownej reformy naszego procesu dydaktycznego - warunkiem koniecznym jest wprowadzenie systemu punktów kredytowych, tak aby studia u nas i w ośrodku zagranicznym były porównywalne.

Sądzę, że realizacja tych zamierzeń zależy w istotnej mierze od rozwoju naszej współpracy z uczelniami zagranicznymi.

- Bezwzględnie. Realizujemy umowy o współpracy z ponad dwudziestoma uczelniami. Mamy powody do zadowolenia ze współpracy kadry naukowo-dydaktycznej. Natomiast gorzej przedstawia się współpraca studencka. Jest to przede wszystkim skutek braku uregulowań prawnych, ale też wiąże się z problemami natury finansowej. Stale bowiem brakuje nam środków na sfinansowanie szerszej wymiany studenckiej, np. miesięcznego wyjazdu kilkunastoosobowej grupy studentów polonistyki do jakiegoś ośrodka zagranicznego. I odwrotnie - brakuje pieniędzy na przyjęcie młodzieży zagranicznej. Ostatnio byłem w Uniwersytecie Pedagogicznym w Moskwie, gdzie niedawno otwarto polonistykę. Studiuje ją 12 osób pochodzących z różnych rejonów Rosji. Ci młodzi ludzie pytali mnie, jakie są szanse korzystania przez jeden semestr z naszych studiów polonistycznych. Rzecz jasna powitalibyśmy ich z wielką radością, ale istnieje przeszkoda natury finansowej - może udałoby się nam sfinansować pobyt miesięczny, ale na pewno nie stać nas na pokrycie kosztów dłuższego, a oni - łatwo się domyślić - takimi środkami nie dysponują. Wszystko więc zależy od możliwości finansowych, które w tej chwili są bardzo ograniczone. Być może jakichś szans należałoby szukać w programach międzynarodowych, np. unijnych...

Naszą słabością jako instytucji kształcenia nauczycieli był brak placówek, w których nasi słuchacze mogli doskonalić swoje praktyczne umiejętności

Niedobór środków finansowych jest naszym podstawowym problemem, ale przecież nie tylko on decyduje o naszej pozycji na rynku edukacyjnym. Trudno liczyć na to, by zdolny i trzeźwo myślący o swej przyszłości absolwent szkoły średniej, którego nie opanowała namiętność do zawodu nauczycielskiego, uznał studia pedagogiczne za szczyt swoich marzeń. Ale nawet ci ogarnięci szlachetną pasją będą długo zastanawiać się nad celowością swego wyboru, jeśli dotrą do nich echa raportu NIK, który głosi, zacytujmy komentarz "Gazety Wyborczej" - że "idą uczyć źle uczeni"? Czy podziela Pan spostrzeżenia i wnioski urzędników, którzy ten mało dla nas przyjemny dokument przygotowali?

- Brałem udział w posiedzeniu Sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, podczas którego debatowano nad wspomnianym przez Pana raportem, zawierającym wyniki analizy kształcenia nauczycieli w czternastu polskich uczelniach, tzn. we wszystkich szkołach pedagogicznych z wyjątkiem naszej, i w sześciu czy siedmiu uniwersytetach. Zabierałem tam kilkakrotnie głos i odniosłem wrażenie, że uczestnicy spotkania zgadzali się z moją tezą, że tego rodzaju raport można by sporządzić na podstawie analizy każdego typu kształcenia w Polsce. Nie tylko nauczycieli. To samo dałoby się powiedzieć o kształceniu np. inżynierów, przygotowywanych do zawodu w pracowniach, których wyposażenie nie odpowiada standardom modernizującego się przemysłu. Niemal wszędzie obserwujemy skutki niedofinansowania - świadczą o nim nie tylko budynki szkół wyższych, ale i jakość tzw. bazy techniczno-dydaktycznej. Dlatego postulowałem, aby w sposób ostrożny podchodzić do analizy NIK, ponieważ odzwierciedla ona nie tyle stan szkolnictwa pedagogicznego, ile szkolnictwa wyższego w ogóle. W przypadku kształcenia nauczycieli wskazywano przede wszystkim na brak dostatecznej troski władz uczelni o organizację procesu dydaktycznego. Mówiono m.in. o skracaniu praktyk zawodowych, o braku wystarczającego nadzoru pedagogicznego, wskazywano na marginalizację kształcenia pedagogiczno-psychologicznego, zmniejszanie liczby godzin z tych przedmiotów pozostające w sprzeczności z zaleceniami Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. Ale podkreślam, że w ten sposób ujawniają się trudności, jakie przeżywają wszystkie polskie uczelnie - przecież 3-4-krotnie zwiększyła się liczba kształconej młodzieży w uczelniach państwowych, natomiast bez zmian pozostał stan kadry i warunki materialno-techniczne. Nie zapominajmy przy tym, że pojawiły się szkoły niepubliczne, które korzystają z kadry szkół państwowych. Trudno nie dostrzec w tym właśnie przyczyn obniżania się jakości kształcenia. Miejmy nadzieję, że przynajmniej pewne problemy zostaną rozwiązane dzięki Państwowej Komisji Akredytacyjnej.

Chyba jest nas zbyt dużo jak na warunki naszej uczelni, a wszelka masowość pociąga za sobą obniżenie jakości, to jest nieuchronne

Można odnieść wrażenie, że w instytucjach odpowiedzialnych za polską oświatę uczelnie pedagogiczne nie są traktowane jako jeden z najważniejszych partnerów w dyskusji o reformie szkolnictwa, także nauczycielskiego. Jak przewodniczący Konferencji Rektorów Uczelni Pedagogicznych ocenia realny wpływ kierowanego przez siebie gremium na politykę państwa w dziedzinie edukacji?

- W pełni podzielam pańskie zdanie, że głos uczelni pedagogicznych np. w związku z reformą systemu edukacji jest może nie tyle niezauważalny, ile bardzo słaby. Dobrze wiemy, że władze państwowe przygotowujące reformę w ogóle nie korzystały z opinii szkół wyższych. Uczelnie dowiedziały się o takich czy innych rozwiązaniach jako ostatnie. Poza tym, kiedy zaczynamy rozmawiać o wpływie na politykę w dziedzinie edukacji, to trzeba przede wszystkim stwierdzić, że takiej polityki w ogóle nie ma.

Ale są decyzje, często nieprzemyślane...

- Tak, a  wpływ naszego środowiska jest na nie znikomy. Niektóre przyczyny tego zjawiska są niezależne od uczelni pedagogicznych. Kiedyż te uczelnie były po tym względem dowartościowane? Od dawna prym wiodły - zależnie od bieżącej polityki państwa - szkoły techniczne, ekonomiczne czy uniwersytety. A stosunek do uczelni pedagogicznych był pochodną nastawienia do zawodu nauczycielskiego. Stąd marginalizacja, o której rozmawiamy. W ostatnim dziesięcioleciu obserwowałem bardzo niepokojące zjawisko związane z rozdziałem dotacji - na remonty czy modernizację. Uczelnie pedagogiczne były niedostrzegane, z większości środków korzystały uczelnie silne, które powinny sobie radzić bez tych przywilejów. Z drugiej strony, szukając przyczyn tej słabości powinniśmy przyjrzeć się krytycznie samym uczelniom pedagogicznym. Otóż trzeba zauważyć, że większość tych szkół podąża w kierunku uniwersytetu. Prawie połowa z naszych 18 uniwersytetów wywodzi się ze szkół pedagogicznych, i wydaje mi się, że zanim doszło do tej transformacji, w znacznej części były one bardziej zainteresowane osiągnięciem statusu uniwersytetu, niż utrzymaniem swego nauczycielskiego charakteru, a co za tym idzie - tworzeniem jakiejś wspólnej platformy oddziaływania na resort edukacji, czy szerzej - na dotyczące szkolnictwa decyzje władz państwowych. W ostatnim roku akademickim kolejne dwie szkoły pedagogiczne przekształciły się w uniwersytety - w Rzeszowie i Zielonej Górze. Trudno więc było tworzyć wspólnie z nimi koncepcję uczelni kształcącej nauczycieli, bo ten problem w ostatnich dwóch czy trzech latach już ich w ogóle nie interesował.

Na kogo w takim razie można liczyć?

- Pozostało 6 szkół pedagogicznych, ale widać wyraźnie, że część z nich marzy o staniu się uniwersytetem. Nie zamierzam tego oceniać, ale muszę zaznaczyć, że widzę inną drogę do uniwersytetu: nie jest dla mnie ważna nazwa uczelni, ale jej uniwersytecki charakter, który uzyskać możemy przede wszystkim dzięki rozwojowi badań naukowych i kadry. To jest właściwa droga, bo przecież ze zmiany nazwy w gruncie rzeczy niewiele wynika.

Jaka jest przyszłość KRUP w sytuacji, kiedy kolejne szkoły pedagogiczne szykują się do zmiany szyldu?

- W kręgu naszych zainteresowań są państwowe wyższe szkoły zawodowe, bo przecież część z nich koncentruje się na kształceniu nauczycieli, trzeba też myśleć o współpracy z uczelniami niepublicznymi, są wśród nich bowiem szkoły na wysokim poziomie, z prawem nadawania tytułu magistra. Pamiętajmy jednak, że dzisiaj trudno dokładnie przewidzieć, jaka będzie przyszłość tej współpracy. Czeka nas przecież kolejna nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym, prowadzone są intensywne prace nad prawem o szkolnictwie wyższym, których zakończenia należy się spodziewać jesienią tego roku. A to powinno, jak sądzę, uporządkować wiele spraw.

W wystąpieniu przed Sejmową Komisją Edukacji, Nauki i Młodzieży zadeklarował Pan, że nasza uczelnia mogłaby spełniać funkcję szkoły eksperymentalnej w zakresie kształcenia i dokształcania nauczycieli. Jakie są podstawy tej deklaracji?

- Nasze dotychczasowe doświadczenia, nasz ogromny dorobek pedeutologiczny. Dorobek dwóch pokoleń naszej społeczności, który w pełni nas do pełnienia takiej roli predestynuje. To nie jest nowa rola, zważywszy na fakt, że w latach 70. sporo się na temat tego eksperymentu u nas mówiło, później zostało to zaniechane, a myślę, że do tamtych idei powinniśmy nawiązać. I wszystko wskazuje na to, że będziemy powoli do tego wracać. Mówiłem o tym podczas spotkania, które odbyło się ostatnio w Zarządzie Głównym ZNP i było poświęcone problemom szkolnictwa wyższego oraz kształcenia nauczycieli.

Co mógłby Pan powiedzieć o aktywności AP w środowisku oświatowym i formach współpracy służących podnoszeniu jakości kształcenia w szkołach wszystkich szczebli?

- W tym przypadku też warto odwołać się do naszej tradycji i naszej przeszłości, kiedy te związki były niesłychanie silne. Pomińmy kwestię obecności wielu naszych pracowników w Wojewódzkich Ośrodkach Metodycznych, zespołach ekspertów... To są sprawy powszechnie znane. Natomiast warto podkreślić, że udało nam się odtworzyć sieć szkół ćwiczeń. W minionym roku podpisaliśmy umowy z bodaj 35 placówkami oświatowymi, od przedszkola aż po ochotnicze hufce pracy.

To one jeszcze istnieją?

- Tak, i co ciekawe - okazuje się, że są potrzebne, że istnieje na nie tzw. społeczne zapotrzebowanie. Część tej młodzieży, która z różnych powodów nie może zdobyć zawodu w tradycyjnym systemie edukacji, uzyskuje go właśnie w OHP. Przedstawiciele tej instytucji zwrócili się do nas z prośbą o pomoc w doradztwie pedagogicznym, psychologicznym i organizacyjnym. W grudniu ubiegłego roku podpisaliśmy umowę z Małopolskim Hufcem Pracy, w którym zresztą nasi studenci, przede wszystkim z Wydziału Pedagogicznego, odbywają praktyki. Uważam tę formę współpracy za bardzo ważną, ponieważ naszą słabością jako instytucji kształcenia nauczycieli był brak placówek, w których nasi słuchacze mogli doskonalić swoje praktyczne umiejętności. Chyba zaniedbaliśmy tę sprawę, a nie ulega dla mnie wątpliwości, że w strukturze uczelni pedagogicznej powinno znaleźć się wzorcowe przedszkole, szkoła powszechna, gimnazjum itp. Myślę, że w przyszłości do tego dojdzie. Tymczasem podpisaliśmy umowę ze wspomnianymi 35 placówkami, w których nasi studenci odbywają praktyki pedagogiczne. Planujemy też zorganizowanie sympozjum opiekunów studentów i dydaktyków przedmiotowych służącego wymianie doświadczeń ze współpracy: uczelnia i placówka edukacyjna.

Czyli jesteśmy na właściwej drodze?

- Myślę, że tak. W raporcie NIK właśnie brak szkół ćwiczeń wskazano jako jedną ze słabości uczelni pedagogicznych.

To słuszny i poważny zarzut.

- Oczywiście. Wynikało to z faktu, że uczelnie pedagogiczne były skupione na tym, jak stać się uniwersytetem, a mniej na doskonaleniu swojej pracy. My poprzestaliśmy na Akademii Pedagogicznej, skupia-jąc się na wewnętrznym rozwoju Uczelni.

Niedawno tygodnik "Forum" przedrukował artykuł Fernanda Savatera, w którym ten znany hiszpański filozof stwierdził m.in. "Przerażenie ogarnia mnie, gdy widzę wchodzące w życie rzesze ludzi legitymujących się całkiem przyzwoitym wykształceniem, ale kompletnie nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie. Godni są oni miana Idiotów Posiadających Dyplomy". Te gorzkie słowa dotyczą realiów hiszpańskich i szerzej - zachodnioeuropejskich, ale można je chyba odnieść również do naszej rzeczywistości. Co należy robić, aby mury naszej uczelni opuszczało jak najmniej osób, które - jak pisze Savater - "nie potrafią wyrazić ani uzasadnić swoich potrzeb społecznych, nie rozumieją oczekiwań wyrażanych jasno przez innych obywateli, czytając tekst lub słuchając przemówienia nie potrafią oddzielić przekazu intelektualnego od demagogicznego bełkotu, nie mają zielonego pojęcia, jakie wartości należy podzielać, a jakim trzeba się sprzeciwić, i to nawet gwałtownie"? Czy zgodzi się Pan, że zwłaszcza system edukacji nauczycielskiej powinien być nastawiony na kształtowanie takich cech, jak: odpowiedzialność, krytycyzm, tolerancja, niezbędnych do życia w społeczeństwie demokratycznym?

- Naturalnie. Pojawia się tutaj problem związany z diagnozami różnych reprezentantów nauk społecznych, humanistycznych, prognostyków, futurologów, którzy twierdzą, że społeczeństwo i człowiek żyją w permanentnym kryzysie, który ma różnorodne wymiary, nie tylko ekonomiczny i socjalny, ale też kulturowy. A przede wszystkim, po 11 września, co dostrzegła cała ludzkość, kryzys etyczny. Zmusza to do refleksji nad wychowaniem, nad kształtowaniem osobowości człowieka. Ale, z drugiej strony, optymiści twierdzą, że rozwój człowieka i jego osobowości, a zatem społeczeństwa i ludzkości dokonuje się właśnie poprzez kryzysy. Z taką teorią zmiany społecznej możemy się zetknąć. To tak na marginesie. Mamy jednak problem wychowania w warunkach obniżania się standardów moralnych i upowszechniania negatywnych wzorców zachowań. Sądzę, że można się odwołać do tych doświadczeń intelektualnych, które wiążą się z nazwiskiem Floriana Znanieckiego. Wydawałoby się, że jego czasy są dość odległe, chodzi bowiem o okres międzywojenny, ale przecież to właśnie on wystąpił z nadal aktualną koncepcją społeczeństwa wychowującego. Jeśli ten model społeczeństwa wychowującego skorelujemy z wizją społeczeństwa obywatelskiego, to właśnie w poglądach Znanieckiego znajdziemy wiele inspiracji i odpowiedzi na pytania, które stawia sobie współczesny człowiek. Szkoła jest tylko jednym z segmentów kształtowania człowieka, jego wychowania. I naturalnie powinna odgrywać pierwszorzędną rolę w kształtowaniu tych cech, o których Pan wspomniał, a więc odpowiedzialności, krytycyzmu, tolerancji. Trzeba, jak sądzę, zastąpić tradycyjne postrzeganie nauczyciela jako osoby przekazującej wiedzę takim modelem, w którym jest on przewodnikiem po świecie wartości, w sferze spraw ludzkich, przewodnikiem w skomplikowanym i komplikującym się coraz bardziej otoczeniu społecznym. Dla nas ideałem byłby taki właśnie nauczyciel. Mówiliśmy już o tym: nie tylko wykształcenie merytoryczne, ale przygotowanie do życia, a więc przygotowanie, które dają nauki społeczne, pedagogika, psychologia. Chodzi o to, by nasz absolwent czuł się bardziej wychowawcą, doradcą młodego człowieka, przewodnikiem, niż profesorem, który ex cathedra przekazuje wiedzę o świecie. Do takiego właśnie ideału w naszej uczelni dążymy i powiem bez fałszywej skromności, że jesteśmy do tego naprawdę dobrze przygotowani. Słabość naszego kształcenia wiąże się, jak myślę, z jego umasowieniem. Bo jeśli mamy roczniki 100-150-osobowe, to trudno wymagać, by nauczyciel akademicki mógł skutecznie oddziaływać na każdego ze swoich studentów. Ale ta tradycja w Uczelni była i nadal jest żywa. Ci "nauczyciele nauczycieli", którzy są powołani do kształcenia akademickiego, nie tylko do niego się ograniczają. Dokonuje się to m.in. poprzez odpowiednią formę wykładu, ćwiczeń, poprzez indywidualne kontakty ze studentami. Sądzę, że w intencji nas jako nauczycieli zawsze to mocno tkwiło. Zależy nam oczywiście, by wykształcić dobrego polonistę czy historyka, ale sprawą istotną dla nas było zawsze, aby to był dobry nauczyciel, dobry pedagog, a przede wszystkim mądry człowiek.

Rozumiem, że pod oceną Savatera by się Pan nie podpisał, oczywiście gdybyśmy mieli ją odnieść do naszych realiów...

- To chyba przykład zbyt pesymistycznego widzenia rzeczywistości. Może nie odczuwamy jeszcze w takim nasileniu i w takiej skali problemów, z jakimi borykają się społeczeństwa zachodnie. Mamy dzisiaj problemy społeczne, z których najpoważniejszym jest bezrobocie, ale nie wiążemy ich ze zjawiskami ogólnocywilizacyjnymi, które można obserwować na Zachodzie. Łączymy to raczej z przejściowymi problemami gospodarczymi. Zakładamy, że nastąpi ożywienie gospodarki, że odtworzy się stanowiska pracy. Natomiast inaczej wygląda to na Zachodzie - te sprawy socjalne stanowią plagę społeczną i są wpisane w strukturę tamtejszej zaawansowanej cywilizacji. W Niemczech lub we Francji np. wiadomo, że dla wielu osób, które się teraz urodziły, nie będzie pracy. Przewiduje się, że w społeczeństwach wysoko rozwiniętych za lat trzydzieści 60-80% ludzi może być zbędnych i żadnej pracy nie znajdzie. W tym kryje się właśnie wielka szansa, a zarazem powinność edukacji - przygotowanie młodego człowieka do życia w takich warunkach. Chodzi o to, by rozwinąć w nim potrzeby wyższego rzędu, by sięgnął chętniej po lekturę, by nie spędzał czasu tylko przed telewizorem. Tu jest problem kształcenia na poziomie wyższym, kształcenia uniwersyteckiego, bo uniwersytety są z natury instytucjami konserwatywnymi, innymi być nie mogą. I z natury powoli dostosowują do życia.

Uważam, że instytucja nie może funkcjonować wykazując przez lata straty, bo to znaczy, że nie panuje nad procesami, które w niej przebiegają i że jakość zarządzania jest w tej instytucji niska

Przykład rewolucyjnych zmian w niektórych uniwersytetach francuskich po 1968 roku nie jest zachęcający...

- Rzadko, ale zdarza mi się rozmawiać z przedstawicielami uniwersytetów francuskich, m.in. z profesorem uniwersytetu z Grenoble, który był jednym z aktywnych młodych gniewnych w wydarzeniach 1968 roku, a teraz jest nobliwym uczonym i mówi, że to właśnie w dużym stopniu dzięki temu ruchowi zmodernizowały się społeczeństwa zachodnie, co nie jest bez pewnego "ale"...

Truizmem jest stwierdzenie, że modernizacja nie oznacza tylko tego, co dobre... Nie odbiegając zbytnio od kwestii kształtowania cnót obywatelskich zapytam o Pańską ocenę udziału naszych studentów w życiu krakowskiego środowiska akademickiego?

- Niewiele na ten temat mogę powiedzieć, a nie chciałbym naszych studentów skrzywdzić. Moja indywidualna obserwacja nie wystarcza do obiektywnej oceny. Ale gdybyśmy próbowali porównania z innymi studentami, np. studentami UJ, to sądzę, że ów udział jest raczej skromny. Dodam, że przez lata nie widzieliśmy tej naszej młodzieży wewnątrz Uczelni. Tłumaczyliśmy to sobie złymi warunkami materialnymi, powtarzając, że jest to młodzież z uboższych warstw społecznych, która boryka się w Krakowie z kłopotami materialnymi, która musi zarobić na swoje studia i ma niewiele czasu na tę aktywność. Świadomość uwarunkowań społecznych i ekonomicznych nie zwalnia nas od odpowiedzialności za ten niepokojący stan rzeczy. Fakt, że nastąpiło niewielkie ożywienie, że np. działa chór, zespoły na Wydziale Pedagogicznym, cieszy, ale jednocześnie uświadamia, jak wiele jeszcze można by pod tym względem zrobić. Może klub "Bakałarz" w większym niż dotychczas stopniu powinien spełniać funkcje integracyjne, ale trzeba przemyślenia tych spraw przez władze Uczelni, na poszczególnych wydziałach, a może nawet zwołania takiego pospolitego ruszenia, by zainteresować naszą społeczność sprawą ożywienia kulturalnego - powiedziałbym, ożywienia ideowego naszej młodzieży. Korzystałem z zaproszeń na różne imprezy organizowane przez studentów, przede wszystkim przez NZS, które w ostatnim czasie zorganizowało dwie czy trzy konferencje, m.in. na temat kształcenia nauczycieli i wychowania młodzieży. Oceniam je jako bardzo interesujące i pożyteczne wydarzenia, ale niestety jest ich zdecydowanie za mało. I nie możemy tłumaczyć się kłopotami finansowymi, bo na te cele pieniądze muszą się znaleźć.

Ale też wiele zależy, jak zwykle, od chęci do działania i umiejętności poszczególnych osób. Wspomniał Pan o chórze, a ja pomyślałem natychmiast o entuzjazmie i organizacyjnych talentach jego kierownika, profesora Adama Korzeniowskiego.

- Owszem, ale nie wszystkim podoba się, że musimy w związku z tym ponosić pewne koszty... A przecież wiadomo, że jeśli chcemy coś mieć na odpowiednim poziomie, to musimy w to inwestować. Byłoby wspaniale, gdyby nasz chór brał udział w konkursach krajowych i zagranicznych. Marzy nam się teatr studencki z prawdziwego zdarzenia, chcielibyśmy, aby w naszej uczelni działały grupy poetyckie, ale to zależy nie tylko od naszych możliwości finansowych, ale również od tego, jaka młodzież do nas przyjdzie - zdarza się przecież, że mamy kilka roczników, na których nic się nie dzieje, a zaraz po tym przychodzą inni, którzy przejawiają niebywałą aktywność kulturalną i ideową. Ale jeszcze raz powtórzę, że chyba jest nas zbyt dużo jak na warunki naszej uczelni, a wszelka masowość pociąga za sobą obniżenie jakości, to jest nieuchronne.

Jeśli środki są ograniczone, to zawsze pojawia się kwestia wyboru, a każdy wybór może budzić wątpliwości

W związku z powracającym w naszej rozmowie tematem finansów muszę zapytać, czy jest Pan zadowolony z efektów decentralizacji gospodarki i zarządzania?

- Moje spojrzenie na te sprawy może być jednostronne, bo ja ten program autoryzowałem i forsowałem, doprowadzając m.in. do decentralizacji systemu wynagrodzeń. Przyniosło to pozytywne, wymierne efekty. Mogę posłużyć się konkretnymi liczbami. Przypomnę tylko, że trafiliśmy na bardzo trudny czas pod względem ekonomiczno-finansowym. W latach 2000-2001 nie otrzymaliśmy ze skarbu państwa 6% dotacji, pomimo ustawy i planów budżetowych. To są przecież znaczne kwoty, rzędu 1600-1800 tys. zł. Pomimo to całkiem nieźle sobie radzimy. Za rok 2000 osiągnęliśmy zysk i myślę, że osiągniemy go za rok 2001. Co prawda jest to zysk na papierze, bo nie mówimy tutaj o konkretnych złotówkach, niemniej jednak przełamaliśmy tę negatywną tendencję, której przejawem był fakt, że przez sześć lat Uczelnia wykazywała straty i to straty wysokości 200-900 tys. zł. Znam takich, którzy twierdzą, że lepiej jest wykazać stratę niż zysk, bo to skłania ministerstwo do dofinansowań. Nie podzielam tego rozumowania. Uważam, że instytucja nie może funkcjonować wykazując przez lata straty, bo to znaczy, że nie panuje nad procesami, które w niej przebiegają i że jakość zarządzania jest w tej instytucji niska. Dzięki znacznej pomocy Senatu i całej naszej społeczności udało się te negatywne procesy wstrzymać i odwrócić. Kiedy zaczynałem swoją kadencję, deficyt Uczelni sięgał 1600 tys. zł. Niektóre instytuty miały nadwyżki z tytułu komercji, ale kasa uczelni była pusta, ponieważ owe nadwyżki zostały przeznaczone na potrzeby jednostek, którym pieniędzy zabrakło. Dzięki różnym rozmowom i mediacjom "bogatsi" wsparli "biedniejszych". Dzisiaj w efekcie decentralizacji powstała taka sytuacja, że to nie Uczelnia jest zadłużona u jednostek, tylko jednostki u Uczelni. A więc odwróciły się relacje. Co równie ważne - poszerzyło się grono osób odpowiedzialnych za finanse Uczelni. Do tej pory zdecentralizowany był w Uczelni jedynie proces dydaktyczny. Przydziały czynności od początku lat 90. były przygotowywane i zatwierdzane w instytutach. I słusznie. O wszystkim decydował, mówiąc w wielkim skrócie, dyrektor danej jednostki. Natomiast za środki finansowe odpowiadał rektor. Mogło dochodzić do takich sytuacji, choć - o ile mi wiadomo - na większą skalę nie dochodziło, że w instytutach rozbudowywano siatki studiów nie oglądając się na zabezpieczenie finansowe. W ten sposób utrwalała się niekorzystna relacja pomiędzy rektorem a dyrektorem instytutu. Udało nam się to zmienić, sprowadzając rzecz w granice rozsądku; obecnie dyrektor instytutu czuje się współodpowiedzialny za finanse, a to oznacza między innymi, że nie podniesie stawki wynagrodzeń, jeżeli nie ma na to wystarczających środków. Jestem z tego systemu decentralizacji bardzo zadowolony, dzięki niemu, powtórzmy, poszerzyło się grono osób odpowiedzialnych za finanse, i zauważam w drugim roku funkcjonowania systemu, że w instytutach pieniądze są dokładnie liczone. Wytworzyła się nawet - mówiąc półżartem - grupa specjalistów od spraw finansowych, którą tworzą zastępcy dyrektorów instytutów i prodziekani. Pozostają oni w stałym kontakcie z księgowością i coraz sprawniej radzą sobie ze skomplikowanymi niekiedy kwestiami finansowymi. To bardzo pozytywne zjawisko. Pamiętajmy, że do naszych pensji trzeba dopłacić co piątą złotówkę, a to stwarza bardzo niekorzystną dla Uczelni sytuację. Dobrze jest dopóki mamy te dochody, ale wyobraźmy sobie, że jeśli zaczną nam się one gwałtownie zmniejszać, co przecież nie jest wykluczone, będziemy mieli poważny problem ze znalezieniem środków na wynagrodzenia. A te uposażenia, o czym doskonale wiemy, nie są zbyt wysokie, mieszczą się w średnich krajowych. Obawiam się, że dotacji na szkolnictwo wyższe w przyszłości nie przybędzie, nawet jeśli gospodarka stanie na nogi. Oznacza to konieczność szukania jakichś rozwiązań; trzeba się zastanowić, czy iść w kierunku uczelni elitarnej, czy zmniejszać zatrudnienie. Nie mam w tej kwestii jasno sprecyzowanego poglądu.

Co Pan ma na myśli mówiąc "uczelnia elitarna"?

- Chodzi przede wszystkim o zmniejszenie liczby studiujących, a więc o to, abyśmy zamiast 150-osobowych mieli roczniki 50-osobowe, tak jak to bywało w przeszłości. Wówczas większą uwagę można by poświęcić badaniom naukowym, jakości dydaktyki, sprawom wychowawczym. A dzisiaj tracimy czas na myślenie, jak zadbać o obsadę ogromnej liczby seminariów, wykładów itp. Że nie wspomnę o niedostatecznych warunkach materialnych, braku sal wykładowych, środków dydaktycznych, bo przecież do kształcenia takiej liczby studentów nie byliśmy przygotowani.

Niczym pod tym względem nie różnimy się od innych uczelni...

- Oczywiście, bywając w różnych uczelniach doskonale to widzę, te warunki są - mówiąc ogólnie - bardzo złe. Gołym okiem dostrzec można degradację obiektów, która pogłębiła się w ostatnich dwudziestu latach. Póki co radzimy sobie dobrze - na bieżąco wypłacamy wynagrodzenia, realizujemy niezbędne inwestycje, jesteśmy przygotowani do wypłaty "trzynastki" oraz należności za godziny ponadwymiarowe, tu żadnych zagrożeń nie ma. O rok budżetowy 2002 się nie martwię.

Chwalił Pan wicedyrektorów, a ja im czasami współczuję, bo przecież w efekcie decentralizacji oni przede wszystkim zostali obarczeni wieloma dodatkowymi, wymagającymi sporej fachowości obowiązkami administracyjnymi. Warto więc chyba zastanowić się, w jaki sposób należałoby im pomóc, np. poprzez usprawnienie obiegu informacji o stanie finansów poszczególnych jednostek, bo z tym, o ile mi wiadomo, nie jest jeszcze najlepiej.

- Tak, są problemy, ponieważ proces komputeryzacji księgowości, administracji i dziekanatów nie został jeszcze zakończony, a to, co zostało zrobione, wymaga poprawek. Program firmy Simple nie jest doskonały. W ramach procedury przetargowej wybraliśmy ją, ponieważ przedstawiła najlepszą, według naszej ówczesnej wiedzy, ofertę. Brakowało nam doświadczenia, by przewidzieć, że będziemy zmuszeni ów program doskonalić. Ponadto uważam, że można by zatrudnić na poszczególnych wydziałach po jednym księgowym, świetnym specjaliście. Uczelni to się na pewno opłaci - wykreowanie kilku dodatkowych etatów, dzięki którym maksymalnie usprawnimy naszą machinę finansową.

Ale czy przyjdą oni do nas za te pieniądze, które im Pan może zaproponować?

- W dzisiejszych warunkach jest to kwota całkiem przyzwoita; nie sądzę, byśmy mieli jakieś problemy ze znalezieniem wysokiej klasy specjalisty, który w krótkim czasie mógłby poznać realia pracy w naszej uczelni. Poza tym w każdym instytucie oprócz sekretarki jest pracownik inżynieryjno-techniczny, co chyba świadczy o tym, że zdajemy sobie sprawę z obciążeń jednostek tymi dodatkowymi pracami administracyjnymi.

Rozsądek podpowiada, że zakończeniem procesu decentralizacji powinna być pełna samodzielność finansowa jednostek, tj. przyznanie im subkont?

- Ale tu nie chodzi tylko o rozwiązanie techniczne. Proszę nie zapominać, że obowiązują nas określone rozwiązania prawne: Ustawa o związkach zawodowych z 1990 roku. Nie zamierzam wdawać się w roztrząsania nad słusznością tych norm, mogę tylko powiedzieć, że wielu rzeczy nie możemy załatwić bez konsultacji ze związkami. Musimy utrzymać scentralizowane fundusze: dodatków funkcyjnych i premiowy, ponieważ taki obowiązek nakłada na nas wspomniana ustawa. I tu pojawia się pytanie, w jaki sposób zachęcić szefów związków zawodowych w naszej uczelni, by wyrazili zgodę na zmiany. Udało mi się ostatnio porozumieć z przedstawicielami związków w ważnej sprawie decentralizacji funduszu premiowego dla pracowników pływalni i pracowników hotelu "Krakowiak". To już jakiś sukces. Dzięki temu kierownicy będą przyznawali premie bezpośrednio, a nie przez dyrekcję czy księgowość. Ale nie było już zgody na decentralizację premiowania sekretarek w instytutach. Jak Pan widzi, nie jest to tylko problem natury technicznej. Gdyby tak było, to bez większych trudności udałoby nam się rzecz załatwić. Jest, powtórzę, wiele rozwiązań prawnych, które ograniczają swobodę naszych decyzji. Chciałbym, aby w ogóle wynagrodzenia były zdecentralizowane. Wiemy dobrze, że profesorowie nie są jednakowi, dlaczego więc mają być jednakowo wynagradzani? Zróżnicowane powinny być także dodatki funkcyjne, bo wiadomo, że mamy instytuty duże i małe. Ale bez porozumienia ze związkami zawodowymi nic się tu nie da zrobić. Mamy ograniczone pole manewru, bo związkowcy bronią pracowników i słusznie, wykonują w ten sposób swe statutowe obowiązki. Próbowałem zróżnicować dodatki funkcyjne, ale w tym przypadku nie udało mi się przezwyciężyć oporu związków. Nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do funduszu socjalnego, który pozostaje całkowicie w gestii związków zawodowych, fundusz dodatków funkcyjnych i premiowy stanowi niewielką część środków przeznaczonych na wynagrodzenia.

Sprawą jak zawsze żywo komentowaną i nie wolną od kontrowersji jest realizowana przez władze Uczelni polityka inwestycyjna. Wcale nierzadko słyszeć można pytanie, czy stać nas np. na kosztowną modernizację pomieszczeń sanitarnych, być może podobne wątpliwości pojawią się w związku z remontem budynku przy Karmelickiej lub budową nowoczesnego akademika przy Armii Krajowej...

- Jeśli środki są ograniczone, to zawsze pojawia się kwestia wyboru, a każdy wybór może budzić wątpliwości. Nam zależy na odpowiednim standardzie wszystkich pomieszczeń Uczelni, włącznie z sanitariatami. Mówiąc o odpowiednim standardzie mam na myśli także walory estetyczne. Natomiast jeśli chodzi o budynek przy Karmelickiej, to pamiętajmy, że jego stan był tak opłakany, że groziło to już katastrofą. Nawiasem mówiąc, tydzień po wyprowadzeniu stamtąd drukarni załamał się strop. Później słyszałem: jakie to szczęście, że stamtąd wyszliśmy, bo mogło się coś tragicznego wydarzyć. Modernizacja tego budynku przebiega zgodnie z naszymi planami, wczoraj byłem w Kancelarii Prezydenta właśnie w tych sprawach - mamy co najmniej milion złotych przyznanych ze Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, o drugi milion staramy się w naszym ministerstwie. Wspominałem już, że czekają nas kolejne remonty - ocieplenie budynku głównego, wymiana okien, wymiana systemu ogrzewania. Mamy już projekty i zgodę budowlaną, jesteśmy na etapie uruchamiania procedury przetargowej i zakładam, że z dochodów własnych przeznaczymy na modernizację tego obiektu ok. 2 milionów złotych. Prace rozpoczną się od skrzydła południowego. Efekty tych naszych działań wpłyną również na estetykę najbliższego, bronowickiego otoczenia. Czekają nas poza tym inne przedsięwzięcia remontowe. Wymaga ich m.in. budynek przy ulicy Podbrzezie. W najbliższych miesiącach definitywnie wyjaśnią się sprawy własnościowe. To oznacza, że w najbliższych latach trzeba będzie zająć się modernizacją tego obiektu, jego nadbudową, dostosowaniem do wymagań współczesności. Niezbędny jest również remont budynków przy ulicy Mazowieckiej, jeden z nich to kompletna rudera. I tu także trzeba będzie szukać niemałych środków finansowych. Prawdopodobnie jeszcze przed wakacjami otrzymamy od Skarbu Państwa, czyli od Urzędu Wojewódzkiego, budynek szkoły poaustriackiej sprzed I wojny światowej wraz z sześćdziesięcioarową działką w Zielonkach przy ulicy Jęczmiennej. Sprawa trafiła już do urzędu geodezyjnego i w niedługim czasie, jak sądzę, powinniśmy spodziewać się pozytywnej decyzji wojewody małopolskiego. W 2000 roku otrzymaliśmy zgodę na budowę domu studenckiego w okolicy hotelu "Krakowiak". Dodam, że dom studencki był jedyną inwestycją, którą gotowe było finansować ministerstwo. Taki był kierunek jego polityki - inwestowanie w tzw. bazę studencką, w budowę domów studenckich, a nie np. w sale dydaktyczne. To stworzyło korzystną dla nas sytuację. Jak wiadomo, budowa się rozpoczęła. Staramy się zebrać niezbędne środki, a są one niemałe - koszt inwestycji wynosi ponad 16 milionów złotych. Taka jest oczywiście wartość kosztorysowa, sama budowa bez wyposażenia kosztować powinna 24 miliony. Pozostaje oczywiście problem wyposażenia, ale to już zależy od skuteczności naszych dalszych starań. Uczelnia do tej pory nie zaangażowała żadnych środków własnych, poza oczywiście staraniami, mediacjami i sporymi nerwami.

Czy w projekcie tego domu pomyślano o studentach niepełnosprawnych?

- Oczywiście. I nie tylko o nich; ma to być budynek ośmiopiętrowy, na każdym z pięter znajdować się będzie sala dydaktyczna dla 45 osób, dzięki czemu będziemy tam mogli, w zależności od potrzeb, przenieść część dydaktyki. Po drugie - pozostanie do zagospodarowania cały parter. Uważam, że może on służyć celom komercyjnym - wynajmowany instytucjom świadczącym różnego rodzaju usługi, np. bankom. Nie zapominajmy jednak o tym, co najważniejsze - nasza uczelnia ma wyjątkowo trudną sytuację, jeżeli chodzi o studenckie obiekty socjalne - dysponujemy zaledwie 600 miejscami we własnych domach studenckich. A w związku z warunkami dzierżawy miejsc od AGH powiedzieć trzeba, że ich właściciel nas nie rozpieszcza. Miasteczko studenckie stało się miasteczkiem AGH. Budowa nowoczesnego domu studenckiego jest dziś dla nas po prostu koniecznością. Być może w nieodległej przyszłości rozpoczniemy rozbudowę gmachu głównego. To jednak wymagać będzie znacznych środków - według wstępnego kosztorysu - ok. 60 milionów złotych. Dzisiaj nas na to nie stać. Poza tym ewentualna decyzja o rozbudowie zależeć będzie od edukacyjnych potrzeb młodzieży, od tego, co przyniesie nam niż demograficzny, od warunków ekonomiczno-finansowych, w jakich przyjdzie funkcjonować polskim uczelniom.

Ale jest Pan optymistą?

- Raczej tak, nie dostrzegam jakichś bardzo poważnych zagrożeń. Radzimy sobie nieźle, a możemy sobie radzić sobie jeszcze lepiej. Jeżeli rozwijać się będzie kadra, jeżeli poprawimy jakość dydaktyki, to nawet przy silnej konkurencji damy sobie radę.

Dziękuję bardzo za rozmowę

Rozmawiał Bogusław Gryszkiewicz  

 
Rozmiar: 4333 bajtów

Do góry strony

Copyright © zespół "Konspektu" Kraków, kwiecień 2002
Statystyka