Dyskusje 

 

Następny artykuł

Strona tytułowa

Poprzedni artykuł


Przeczytaj także:

Niemcy-Polacy-Żydzi - wojna (1939-1945)

 
Jacek Chrobaczyński

Cezura Jedwabnego

Kilka uwag na marginesie rozmowy z profesorem J.T. Grossem
 

Z racji profesjonalnych zainteresowań staram się śledzić na bieżąco zarówno historiografię, jak i publicystykę poświęconą relacjom polsko-żydowskim, wkomponowanym w społeczno-polityczne dzieje XX-wiecznej Polski. Ze zrozumiałych zatem powodów śledziłem i śledzę tzw. sprawę Jedwabnego, wywiady prof. J.T. Grossa, odpowiedzi, polemiki itp. Wywiad dla "Konspektu", dzięki jego bohaterowi, ale w dużym stopniu także i reprezentacji pisma, która nie ograniczyła się tylko do zwyczajowego zadawania pytań, ale raczej uczestniczyła w dyskursie, jest przykładem dobrej roboty dziennikarskiej. Sporo z niego wynika refleksji cennych, wartych dalszego drążenia, stawiania pytań kolejnych, polemik itp. Zabieram głos w kilku sprawach, raczej dyskusyjnych, niż jednoznacznie pewnych, jako że podzielam pogląd śp. ks. prof. Józefa Tischnera, że prawdy mamy trzy: moją, twoją i tę rozpoczynającą się od brzydkiego słowa. Badanie procesu historycznego to nie jest - przepraszam kolegów biologów, a szczególnie jednego z Uniwersytetu Łódzkiego - beznamiętne badanie życia i zwyczajów mrówek czy muszek owocówek. To żywa materia, często emocje, a historyk nie jest beznamiętnym obserwatorem, liczykrupą. Prof. Gross, jako socjolog, wie o tym dobrze. Zapewne też wie, że ponad prawdą historyczną jest jeszcze rzetelność i sprawiedliwość historyka w analizowaniu procesu historycznego. A materia, którą się zajmuje, tego w sposób szczególny dotyczy. To nie jest przygana, bo niemal całą postawę i dorobek naukowy Grossa podzielam i szanuję. To raczej przyczynek do dyskusji szerszej; Polacy mają w zwyczaju znać się na wielu sprawach lepiej niż profesjonaliści - na leczeniu, piłce nożnej, ostatnio skokach Małysza. Również, podobno, znają się świetnie na historii. Gdzieś tutaj tkwi, obok szeregu innych przesłanek, źródło głośnych polemik wokół Jedwabnego. Bo Polacy Sąsiadami zostali autentycznie zaskoczeni. No, może nie wszyscy Polacy. Czyja to wina? I czy o winie przede wszystkim powinna być mowa?

Przytomnie, zaraz na początku rozmowy, zapytał o to Bogusław Gryszkiewicz. Odpowiedź Grossa jest jednoznaczna. Trudno zresztą się z nią nie zgodzić. Gdzież u licha byli historycy? Właśnie. Ale gwoli owej, wspomnianej wcześniej rzetelności, dopowiedzmy - jeżeli mówimy o hi-storykach, to o wszystkich niemal historykach dziejów najnowszych, krajowych i emigracyjnych, żydowskich również. Winniśmy wszyscy i nie ma się tu co za bardzo usprawiedliwiać. Ale nic z tego wyznania grzechów własnych nie wynika, bo sprawa pozostaje, pytania również.

A zatem, czy cezura Jedwabnego to przełom w polskiej historiografii, przewartościowanie, potrzeba nowej syntezy, nowych interpretacji? Czy też "wypadek przy pracy"? Myślę, że jednak zdecydowanie przełom, niezwykle ważna cezura. Każde pokolenie ma prawo do własnej historii i jej interpretacji. Każde pokolenie historyków stawia swój kwestionariusz pytań. Niestety, przez kilka dziesiątków lat, ani w kraju, ani na emigracji, ani wśród świetnych żydowskich historyków, również tych, których znam, nie padły pytania o Jedwabne, Radziłów, Wiznę. Nie padło też pytanie, ile tych jedwabińskich i radziłowskich stodół w Polsce było? Nie wszystko od razu da się w historiografii wyjaśnić. To prawda. Następcy też powinni mieć coś do zbadania, weryfikacji, reinterpretacji. To też prawda i metodologiczna oczywistość. Ale czy nie spóźniliśmy się o kilkadziesiąt co najmniej lat? Myślę, że tak. Na pocieszenie pozostaje jedynie fakt, że tak bywa w historiografii - przez takie zaniechania czy wręcz świadome zaniedbania, dyskusje, reinterpretacje przechodzili i przechodzą Niemcy, historiografia francuska, amerykańska, angielska, przed takim procesem stoją dopiero historiografie nowych postsowieckich państw. I w tym kontekście cezura Jedwabnego wpisuje się w ten nurt dyskursu.

Ale... powracam do mrówek i muszek owocówek. Historia (historiografia), to również styk z polityką, ideologią, niekiedy religią, wartościami itp. A to już rodzi problemy natury interpretacyjnej wykraczające poza historyczną metodologię. Jedwabne wpisuje się w ten spór znakomicie. Dość przypomnieć stereotypy, w które, niestety, niektórzy jeszcze nadal wierzą: "Żydzi zamordowali Pana Jezusa", tyle że nie dodają - "także Żyda", o dzieciach, krwi i macach też czasem tu i ówdzie można usłyszeć, podobnie jak o "rządach żydowskich w Polsce i na świecie" czy "żydowskim pieniądzu i geszefcie". A z drugiej strony: "Polacy z mlekiem matki wypijają antysemityzm". Zatem jedwabińska stodoła i polscy sąsiedzi jedwabińskich, radziłowskich (innych?) Żydów jest ważną, żeby nie powiedzieć - jedną z najważniejszych, przesłanek do stawiania pytań, zapewne i reinterpretacji niektórych faktów, ocen, ale czy wystarczającą już przesłanką do uogólnień? A może tylko do dalszych wnikliwszych, uważnych, rzetelnych i sprawiedliwych badań? Warto się nad tym głębiej zastanowić, gdyż odbijanie się "od ściany do ściany" interpretacyjnej procesu historycznego nie prowadzi do niczego dobrego. Stosunki polsko-żydowskie w XX wieku, to owe trzy prawdy, o których wspo-minał ks. Tischner, a trudność zasadnicza polega na tym, że badanie postaw i zachowań, świadomości historycznej, to stąpanie po polu minowym. Tłumaczę niekiedy studentom na seminarium taki przykład: władca (w tym miejscu można podstawić dowolne pojęcie, np. sekretarz, wódz) w czasie swego panowania zamordował tysiąc osób. Jeden z jego biografów fakt ten skomentował następująco: w czasie panowania X-a zginęło tylko tysiąc osób. Biograf drugi zapisał to samo słowami: tysiąc osób straciło życie. Żaden nie kłamie! Fakty się zgadzają! A prawda? A obraz panowania?

Otóż w tej materii spór trwa i, jak sądzę, będzie jeszcze długo trwał. Bo relacja Polacy - Żydzi ma swą wielosetletnią historię i swoje konteksty, niuanse o różnym stopniu wzajemnych napięć; dorobek i pogromy, haniebne wypowiedzi z obu stron i bohaterów po obu stronach, wewnętrzną dynamikę, a nad tym wszystkim politykę i ideologię, często fobie, prostactwo interpretacyjne, zapiekłość zupełnie niepotrzebną i niezrozumiałą.

J.T. Gross ma niewątpliwie trwałe miejsce w polskiej, i nie tylko, historiografii, za odwagę, za wywołanie dyskusji, za zasianie ziarna myślenia, głębokiej refleksji, namysłu, odpowiedzialności, a przede wszystkim pokory. I za prezydenckie, ważne przecież i dla Polaków, i dla Żydów, myślę, że również dla innych demokratycznych narodów, "przepraszam". Bo trzeba mieć sporo pokory i odwagi zarazem, by rzetelnie i sprawiedliwie pisać o tych stosunkach, współpracy i waśniach. Tego, co dali nam (raz jeszcze powtórzę: nie wszystkim) do myślenia Sąsiedzi, nie da się już cofnąć. Cała reszta mieści się w naukowej, publicystycznej, ideowo-politycznej retoryce, krytyce, dyskusji, boję się użyć słowa walce, choć i takie teksty również czytałem. Może nadszedł czas, by spokojnie badać, stawiać pytania, weryfikować poglądy w ostrym, ale elegancko prowadzonym, sporze. Czy Polacy to potrafią? Obawiam się, że nie. Niewiele wyciągamy, jako zbiorowość, wniosków z analizy procesu historycznego (tu na marginesie: pamiętam, że historia się nie powtarza, ale jednak coś z niej wynika). Ośmielę się powiedzieć nawet, że nie znamy rzetelnie własnej historii, a raczej jej namiastkę; jakieś daty, jakieś fakty, mity i stereotypy, także autostereotypy, zmieniających się wraz z kolejnymi rewolucjami czy quasi-rewolucjami - 1945, 1980 - bohaterów i patronów ulic (czyżby rzeczywiście tylko zwycięzcy mieli prawo pisać i interpretować w Polsce historię?), Klossa i czterech pancernych, którzy ponoć wygrali wojnę, choć Polska w rzeczywistości ją przegrała (przegrani zwycięzcy?). Wolimy romantyczne uniesienia, rocznicowe zadęcie, przegranych wodzów i przegrane powstania (proszę tylko zajrzeć do szkolnych podręczników!). Historia nie jest oczywiście nauczycielką życia. Ale czy powinna nią być? Może sami będziemy dla siebie lepszymi autorytetami i nauczycielami. Ale teraz strasznie trudno o autorytety. A może wystarczy tylko rozum. Ale praca myślowa to ciężkie i odpowiedzialne zajęcie, a nie bułka z McDonalda i pepsi cola. W kwestii stosunków polsko-żydowskich tym bardziej.

Jacek Chrobaczyński  

 
Rozmiar: 4333 bajtów

Do góry strony

Copyright © zespół "Konspektu" Kraków, kwiecień 2002
Statystyka