 |
Do Kathmandu zdecydowaliśmy się polecieć samolotem Indian Airlains. Po przejeździe autobusem z Khajuraho nic już nie mogło nas zmusić do całodobowej podróży autobusem. Kilkugodzinny lot z Varanasi przeniósł nas w inny świat. Znaleźliśmy się w Nepalu - miejscu, w którym nawet w marzeniach się nie widzieliśmy. Magicznym dla każdego geografa "dachu świata"... |
 |
Kontrast życia Kathmandu w porównaniu z Indiami uderzył nas już w chwilę po wyjściu z lotniska. Naganiacze proponujący przejazd taksówką z parkingu to jeszcze norma, do której przywykliśmy w Indiach. Postanowiliśmy skorzystać z miejskiego autobusu, aby dotrzeć do Thamelu - dzielnicy pełnej hotelików dla turystów. Zrobiliśmy jednak błąd nie wymieniając dolarów na nepalskie rupie na lotnisku. Minęliśmy posterunki wojskowe stojące na drodze do lotniska i stanęliśmy na przystanku autobusowym nie posiadając ani paisa. Po chwili jednak dotarło do naszej świadomości, że nie musimy niczym jechać i możemy spokojnie iść. W odróżnieniu od miast indyjskich, w Kathmandu nie ciągnął się za nami wianuszek rikszarzy, nie podjeżdżali co chwilę autorikszarze. Nikt specjalnie nas nie nagabywał i nie oferował przewodnictwa czy okazjonalnych zakupów. W końcu rozkoszując się nowymi widokami i lżejszym powietrzem (25 stopni Celsjusza na wysokości 1300 m n.p.m.) - ruszyliśmy przez całe Kathmandu w poszukiwaniu kantoru i noclegu. |
 |
Nepal jest królestwem i jednym z najbiedniejszych państw na świecie. Nie dziwiła więc nas słona opłata za wizę (30 USD), ale już opłata odlotowa (11 USD przy wylocie do Indii) niemile zaskoczyła. Według międzynarodowych statystyk kraj ten liczy około 26,5 mln mieszkańców, niestety śmiertelność niemowląt osiąga ponad 70 promil, ponad 70% kobiet nie potrafi czytać i pisać, 72% mieszkańców nie ma dostępu do odpowiedniej kanalizacji. Te liczby nie znajdują odzwierciedlenia w obrazie życia mieszkańców regionu stołecznego. Podobnie jak wszędzie na świecie, a szczególnie w krajach rozwijających się i w Nepalu stolica jest wyraźnie bogatsza od reszty kraju. |
 |
W Thamelu, dzielnicy gdzie koncentrują się hotele i sklepy dla zagranicznych turystów, poczuliśmy się jak w Europie. Ilość zagranicznych turystów mówiących po angielsku, niemiecku, japońsku, czesku i polsku wręcz nas przytłoczyła. Na ulicach i w sklepach, w kawiarniach internetowych i placach - wszędzie turyści. Po Indiach, gdzie całymi dniami nie widzieliśmy żadnego zagranicznego turysty to również była dla nas wielka odmiana. Wybraliśmy znajdujący się w zaułku hotel. Mieszkali w nim Nepalczycy przybyli do stolicy w poszukiwaniu pracy więc na pewno nie należał do drogich. Były to w ogóle najtańsze nasze noclegi w czasie całej podróży do Indii i Nepalu. Za jeden dzień płaciliśmy w przeliczeniu mniej niż dolara od osoby. |
 |
Okres, w którym byliśmy w Nepalu jest bardzo ważny dla Nepalczyków i niezwykle atrakcyjny dla turystów. Przełom września i października to czas najważniejszego święta - Dasain (zwane też Durga Pudźa). To upamiętnienie zwycięstwa bogini Durgi nad siłami zła. W pierwszych dniach we wsaich stawia się huśtawki, w domach sieje się ziarno jęczmienia. Kiełkujący w czasie świąt jęczmień wróży domowi pomyślność. Składany jest pod koniec świąt przed wejściem do domu. W kulminacyjnych dwóch dniach obchodów nawet przedstawicielstwa linii lotniczych, sklepy i restauracje obsługujące turystów w Thamelu są zamknięte. Wtedy to w ofierze zabijanych jest w całym państwie tysiące zwierząt (głównie kóz), ich krwią spryskuje się pojazdy (głównie koła) aby zapewnić pomyślność i bezpieczeństwo podróżnych przez cały rok. Wszystkie samochody jeżdżą później ozdobione wstążkami i czerwonymi plamami na kołach. Tego dnia głównym daniem wielu wieczerzy są pieczone koźlęta. Wszyscy Nepalczycy, a szczególnie dzieci, pod koniec świąt umieszczają na czole znak "tika" i mają też często wplecione we włosy młode pędy jęczmienia co dopełnia kolorytu świąt. |
 |
Atmosferę Kathamndu tworzą też pełne energii dzieci, które w każdej niemal uliczce, podwórku czy tarasie puszczają latawce. Niebo nad Kathmandu codziennie pełne jest powiewających wesoło kolorowych latawców, a setki tych, które zaplątały się w kable i druty wisi smutno płowiejąc na słońcu. W mieście jest wiele sklepów obleganych przez młodych chłopców przymierzających się do kupna różnorodnych linek i materiałów do sklejania samych latawców. Godzinami można spoglądać w niebo śledząc lot latawców, ale dużo większą atrakcją było dla nas oglądanie dzieci z pełnym zaangażowaniem puszczających latawce. |
 |
Podobnie jak w Varanasi i z Kathmandu chcieliśmy wysłać pocztówki. Niestety, trwające niemal bez przerwy święta opóźniły wywołanie zdjęć do wysłania. Urzędy pocztowe również były zamknięte. Dopiero w ostatni dzień, już w drodze na lotnisko, doszliśmy do głównej poczty. Tym razem nie udało nam się kupić kopert. Urzędnicy pocztowi tłumaczyli, że po świętach nie zdążyli jeszcze zaopatrzyć się w koperty, ale polecili udać się przed bramę wejściową. Po chwili kluczenia w kompleksie budynków pocztowych, minąłem żołnierza pełniącego straż przy głównej bramie i stanąłem twarzą w twarz z kobietą, która na chodniku miała ustawione pudła z bardzo dużym wyborem wszystkiego, co może być potrzebne na poczcie. Papier, długopisy, koperty, klej - co tylko dusza zapragnie. Nauczony doświadczeniem z Varanasi kupiłem koperty i od razu również klej do papieru (made in India). Ale tu Nepal nas zaskoczył, klej akurat był w budynku pocztowym. W odróżnieniu od poczty w Varanasi, tu nie byliśmy jedynymi klientami. Jeszcze kilku zagranicznych turystów oraz Nepalczyków kupowało znaczki i wysyłało sterty listów. Podobnie jak w Indiach, poprosiliśmy o ostemplowanie listów w naszej obecności (wszystkie dotarły, niektóre "nadeszły z zagranicy uszkodzone") i udaliśmy się na lotnisko. Czynna poczta znajdowała się również na lotnisku, ale nie smuciliśmy się, bo ta na lotnisku była mało klimatyczna... |