MODA NA WOLONTARIAT STUDENCKI
Jeśli masz wolny czas, jesteś otwarty na
ludzi i nowe wyzwania, umiesz współpracować z
innymi, a przede wszystkim chcesz bezinteresownie
podzielić się swoją wiedzą i pasją to program
"Studenci z klasą" jest właśnie dla
Ciebie - na dzień dzisiejszy 149 szkół czeka na
wolontariuszy i aż 109 grup studenckich jest
gotowych do poprowadzenia zajęć.
W tym artykule chciałabym Wam
szerzej powiedzieć o akcji, której ideę przedstawiliśmy w
numerze 8. naszego pisma. Korzystając z
informacji zaczerpniętych podczas konferencji
prasowej programu " Wolontariat studencki -
Studenci z klasą" (Warszawa, 2 kwietnia
2004, siedziba Gazety Wyborczej), w której
uczestniczyła redakcja @Pisma, opowiem o tym, jak
funkcjonuje działający już program wolontariatu
w praktyce.
Program wolontariatu studenckiego
"Studenci z klasą" powstał równolegle
w Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności,
Centrum Edukacji Obywatelskiej, Centrum
Wolontariatu, Gazecie Wyborczej oraz Portalu
Gazeta.pl. Już druga edycja tego programu ruszyła
z dniem 16 stycznia 2004 roku. Oferta skierowana
jest do szkół podstawowych, gimnazjów oraz
studentów, grup i organizacji studenckich, kadry
akademickiej i kół naukowych. A przede wszystkim
do tych, którzy chcą podzielić się swoją pasją,
zrobić coś pożytecznego dla innych. W pierwszym
roku akcji (2002/2003) uczestniczyło w programie
ponad 4500 szkół podstawowych i gimnazjów, w
drugiej edycji (2003/2004) zostały zaproszone także
szkoły ponadgimnazjalne - ponad 1500. Nie są to
tylko szkoły elitarne, mające wysoki poziom, ale
również te z małych miasteczek i wsi, z prawie
każdego zakątka Polski. To bardzo istotne biorąc
pod uwagę wyniki badań mówiące, że prawie 1
dzieci to funkcjonalni analfabeci bądź półanalfabeci.
Już szesnaście polskich uczelni wspiera program.
Warto dodać, iż celem organizatorów nie jest
tylko stworzenie jednorazowej akcji - chcą oni
stworzyć specyficzną modę wśród studentów.
Modę na bycie wolontariuszem, na pomaganie
dzieciom i młodzieży szkolnej w ich zmaganiach z
edukacją - ponieważ studenci mogą łatwiej nawiązać
kontakt z uczniami niż nauczyciele, poza tym ich
głowy kipią od pomysłów które można
wykorzystać w nauczaniu.
Studenci zgłaszają się w grupach liczących
od dwóch do czterech osób. Aby się przyłączyć
należy posiadać rekomendacje z uczelni.
Regulamin programu przewiduje możliwość
utworzenia kilku zespołów realizujących ten sam
projekt i współpracujących ze sobą. Do wyboru
jest kilka wariantów dotyczących prowadzenia zajęć.
Mogą to być zajęcia w ciągu roku: popołudniowe-cykliczne,
weekendowe oraz jednorazowe w wakacje: tygodniowe
i dwutygodniowe. Studenci sami decydują o
tematyce spotkań, które prowadzą. A może być
ona różnorodna. Do tej pory zgłaszane były
min.: warsztaty poetyckie, kółka teatralne, kółka
plastyczne, muzyczne i inne, kursy szybkiego
czytania, Unia Europejska, uczniowskie
graffiti-pomysł Łukasza Białonoga, studenta
wrocławskiej Wyższej Szkoły Zarządzania i
Finansów. Graffiti przyciąga dzieciaków. Chciałbym
im pokazać, co jest w tym dozwolone, a gdzie
zaczyna się niszczenie mienia - mówi Łukasz.
Bardzo ciekawym i będącym na czasie tematem jest
"dziecko w sieci"- wieloma interesującymi
pomysłami można przedstawić zagrożenia wynikające
z korzystania z Internetu przez najmłodszych.
Warto przedstawiać dzieciom swoje, czasem
niecodzienne pasje. Np. Anna Góra i Julia
Granosik, studentki łódzkiej Wyższej Szkoły
Pedagogicznej, zaopatrzone w swój sprzęt,
poprowadziły lekcje na temat swojego hobby-
wspinaczki wysokogórskiej. W razie braku pomysłów
istnieje również możliwość skorzystania z
projektów opracowanych przez szkołę. Wszyscy
studenci zostają ubezpieczeni od następstw
nieszczęśliwych wypadków oraz od odpowiedzialności
cywilnej przez TuiR WARTA. Mało tego, mogą również
liczyć na dofinansowanie kosztów związanych z
realizacją projektów, głównie chodzi o niezbędne
materiały potrzebne do realizacji projektów oraz
pokrycie kosztów dojazdu do wybranej szkoły -do
150 km-jeśli chodzi o projekty realizowane w ciągu
roku szkolnego, natomiast bez limitu w przypadku
projektów wakacyjnych.
Należy pamiętać, że po realizacji projektu
student ma prawo dostać od organizatorów zaświadczenie
wraz z opinią o pracy. Jeżeli zdecydowaliście
się na udział w programie "Studenci z klasą"
koniecznie wejdźcie na stronę internetową
www.wolontariat.edu.pl lub www.gazeta.pl/studencizklasa.
Znajdziecie tam szczegółowe informacje, bądź
też pod numerem bezpłatnej infolinii 0 800 444
131.
Zobacz także: oferta
wolontariatu studenckiego na wakacje
Aneta Pietroniec
ŻYCIE STUDENTA – EPIZOD
I
SEZON NA GRILLA
- I skąd ta chmura dymu? – myślą kierowcy
przejeżdżający ulicami okalającymi Miasteczko
Studenckie.- Ech, pewnie „mondży” studenci podpalili
znowu jakiś kosz – dodają w myślach.Tylko wtajemniczeni studenci wiedzą, co się
święci – wędzi. Sporo tych wtajemniczonych. W
końcu od października do czerwca stanowimy pokaźną
część społeczności Krakowa, a siwa chmura
unosząca się nad akademikami to żaden śmierdzący
dym. To obłoczek symbolizujący dobrą zabawę.
Jak co roku najwytrwalsi i najbardziej
zdesperowani uprawiacze grillowania odkurzyli
swoje grille gdy tylko temperatura w dzień
przekroczyła 10 stopni. Nawet przymrozki nocne
nie były przeszkodą.
Początków pieczenia różności nad ogniem możemy
się za pewne doszukiwać dawno, dawno temu, w
czasach człowieka pierwotnego, dla którego ogień
był nie tylko ochroną przed drapieżnikami, ale
także kuchnią. Wyobraźmy sobie odzianego w
zwierzęce skóry osobnika przy ognisku. W ręku
patyk z nadzianym jedzonkiem. Możemy go uznać za
protoplastę grillującego studenta.
 |
SPRZĘT Dziś wśród braci studenckiej nie ma już
ognisk i patyków. Poza tym na Miasteczku obowiązuje
zakaz palenia otwartego ognia. Duch cywilizacji
stworzył nam lekkie, przenośne i ładne grille.
Ceny nie są wygórowane. Na model podstawowy
(wychudzone nóżki, pojemnik na węgiel i ruszt)
wystarczy ok. 10 zł. Do tego worek węgla
drzewnego – od 5 zł (wystarczy na kilka spotkań),
zapałki (podpałka), coś na ruszt, coś
zapobiegawczego, by w gardle nie wyschło i…
znajomi. Wiadomo – student – stworzenie stadne
sam jeść nie lubi. Grillowanie więc staje się
kolejną okazją do spotkania ze znajomymi i
poznania nowych ludzi. Bogatszą wersją grilla
jest model z pokrywą, kółeczkami i rożnem.
Gdyby w sąsiedztwie Miasteczka znajdowały się
gospodarstwa rolne, to z nadejściem sezonu na
grilla
|
|
gospodarze zauważyliby zmniejszającą się
liczebność stad prosiąt i kur. Jeśli ktoś nie ma własnego sprzętu z pewnością
zostanie przygarnięty przez posiadaczy owego
dobra. Wystarczy tylko własny prowiant (a często
i ten zostaje podarowany przez grillujących) i uśmiech.
|
COŚ NA RUSZT Wydawać by się mogło, że student wybrednym
nie jest i faktycznie wśród grillowych dań
przeważają kiełbaski (ku radości okolicznych
sklepów spożywczych). Do rzadszych należą
skrzydełka czy udka kurczaka. Za to najlepiej
smakują podpieczone (podwędzone)… kromki
chleba. I tu wersja dla bardzo oszczędnych:
otwieramy szeroko okno, siadamy na parapecie i
przegryzamy unoszący się zapach grillowanych kiełbasek
chlebem. Dla wybrednych kilka prostych przepisów.
Skrzydełka lub filety kurczaka
SKŁADNIKI: skrzydełka lub filety kurczakaząbek czosnku
sypka przyprawa do potraw
2 łyżki oleju
imbir i inne przyprawy według smaku
Skrzydełka opłukać pod bieżącą wodą,
osuszyć. Czosnek rozdrobnić, wymieszać z olejem
i resztą składników. Skrzydełka posmarować
zaprawą (lub po prostu wrzucić je do jakiegoś
naczynia i wymieszać tak, by zaprawa dobrze je
pokryła). Odstawić do lodówki na 1-2 godziny.
Grillować około 25 minut.
Stek z grilla
Zaprawa jak wyżej, tylko skrzydełka zastępujemy
stekami wołowymi, marynujemy dłużej i dłużej
grillujemy („na rumiano”).
Pieczone ziemniaki
Wyszorowane ziemniaki zawijamy w folię
aluminiową i wkładami w żar. Upieczone
doskonale smakują z dipami (można kupić gotowe)
lub przyprawionym białym serkiem.
Szaszłyki
Wyglądają i smakują wspaniale i są
dziecinnie proste w przygotowaniu. Dowolne składniki
(mięso – do wyboru – można je zamarynować
podobnie jak skrzydełka, jarzyny, owoce) nabijamy
na patyczki szaszłykowi, posypujemy przyprawami i
kładziemy na ruszt.
„REZERWACJA OD 16-EJ DO BÓLU” Choć miejsc na grillową imprezę mamy na
Miasteczku sporo, to zdarzają się dni, podczas
których trudno gdzieś wścibić coś tak małego
jak przenośny grill. Mowa tu oczywiście o
Juwenaliach – rządach studentów w mieście
podwawelskim. Wtedy to sezon grillowy sięga
szczytu. Wspomnę tylko jeden osobliwy przypadek.
Otóż w ubiegłym roku jedna z grupek wbiła w
ziemię kilka kijków, rozciągnęła między nimi
taśmę i umieściła na niej kartkę z napisem:
„Rezerwacja od 16-ej do bólu”.
Śmiechy, śpiewy, dźwięki gitary, dobre
humory, pachnący dymek – od świtu do świtu. Wśród
wielu wspomnień z czasów studiów warto znaleźć
miejsce na to o spotkaniach przy grillowanych
smakołykach, bo grill stał się już nieodłącznym
wyposażeniem studentów. Gdyby mógł, to pewnie
stałby na półce pomiędzy książkami. Tak więc
sezon grillowy 2004 uważamy za otwarty.
CIEKAWOSTKA - GRILL NA ŚWIECIE Argentyna – parilladas Australia – barbie (skrót od
barbecue)Bliski Wschód, Północna Afryka – meshwi Francja - barbecue Grecja – souvlakia Południowa Afryka - brai
PS. Autorem zdjęć jest wspaniały kolega -
Andrzej Binkiewicz, któremu serdecznie dziękuję
za ich udostępnienie.
Agnieszka Fluda-Krokos
Czwarta władza
Chyba nikt z nas nie wyobraża sobie w obecnych
czasach życia bez mediów. Informacje przez nie niesione są
konieczne do „bycia na bieżąco". Takie wymagania
stawia obecny, mobilny świat, kultura, w której funkcjonujemy. Czasami
jednak pozostaje zazdrościć golaskom biegającym w
nieprzebytej dżungli, którzy nigdy nie oglądali TV, bądź
nie mieli w rękach gazety. Na pewno żyją sobie spokojniej. Wyobraźmy
sobie, że zaczynają czytać o tym co dzieje się w naszym
kraju... gwarantuję, że odechciałoby się im „cywilizacji" i robiliby wszystko, aby
pozostać w stanie
pierwotnym.
Jednak takich „głuchych oaz" jest już
niestety niewiele.
Trochę to może smutne, może nie, ale informacja
zapuszcza swoje
macki niemal w każdy zakątek naszej „globalnej wioski" głównie
dzięki temu, że stała się doskonałym,
dochodowym towarem.
Wielkie koncerny medialne, zajmujące się
rozpowszechnianiem newsów starają się za wszelką cenę przyciągnąć
widzów czy
czytelników. Skutkuje to tym, że coraz większe
nakłady
finansowe są przeznaczane na reklamę,
uatrakcyjnienie treści,
wyszukiwanie sensacji, przyciągającą uwagę
grafikę czy dodatki
w postaci płyt z piosenkami, filmami zwiększające
atrakcyjność
gazety bądź czasopisma (tutaj nasze @Pismo ma
ograniczone pole do
popisu).
Taką rywalizację o odbiorcę można doskonale
zaobserwować
przy okazji pierwszej wielkiej wojny XXI wieku
czyli
interwencji w Iraku. Wojna zaczęła się dużo wcześniej.
Koncerny
medialne inwestowały w nowiutki sprzęt, floty
nowych samochodów
transmisyjnych, byleby być lepszym, szybszym, dokładniejszym
niż konkurencja. Walczono o miejsca w hotelach w
centrum
Bagdadu z jak najlepszymi widokami na ewentualne
miejsca
potyczek. Tak więc wszystko było gotowe na
amerykański atak.
Zaowocowało to tym, że mieliśmy pierwsze w świecie
wojenne
reality show, ukazujące konflikt od środka.
Dziennikarze,
ryzykując życiem (a często je poświęcając) jeździli
z
żołnierzami na patrole, posuwali się tuż za
pierwszą linią
frontu. Wszystko w imię większej oglądalności
i
zainteresowania.
A właśnie te dwa ostatnie przyciągają firmy,
które chcą
zareklamować swoje produkty jak największej
liczbie ludzi i tu
tkwi cały sens tego ładnie zamykającego się kółeczka.
Bo co tu dużo mówić - środki przekazu wiadomości
działają na
opinię publiczną jak ręce garncarza na mokrą
glinę, czyli po
prostu ją urabiają, żeby nie powiedzieć -
tworzą.
To właśnie
dzięki mediom mogły zaistnieć takie polityczne „osobistości"
jak: Stan Tymiński, Sebastian Florek (poseł SLD,
który głosy zbił
w Big Brother, a teraz ma w sejmie tyle kwestii do
poruszenia, że chyba
nie wie od czego zacząć i pewnie dlatego nie
zabiera
głosu), Krzysztof Rutkowski (odszedł z Samoobrony,
bo go
Przewodniczący ograniczał i teraz może się już
pojawiać gdzie
chce i robić co chce... a pojawia się zawsze tam,
gdzie jest coś,
ktoś do znalezienia, odbicia. Niestety dopadli
Saddama i trochę
mu kasy koło nosa przeleciało, ale wciąż jest
Osama... no i może
pomoże Black Eyed Peas odpowiedzieć na
pytanie: „Where is the
love?"... zapomniałem, że pan tylko po
niemiecku) czy np. Andrzej Lepper (tu nie będę pisać komentarza, bo jeszcze
ktoś nazwie
mnie złodziejem lub bandytą).
Jak widać media mogą wiele. Szmelc staje się
skarbem,
kłamstwo prawdą i odwrotnie, dobro złem, głupcy
mężami
opatrznościowymi. Egzamplifikacji można by mnożyć
bez liku.
Taki modelujący wpływ mediów na rzeczywistość
można
doskonale zaobserwować szczególnie w społeczeństwie
polskim -
społeczeństwie o niskiej kulturze politycznej, płynnych
poglądach, niskim czytelnictwie książek i
prasy. W naszym kraju
literackie hasło „szkiełka i oka"
nabiera nowego znaczenia.
Telewizja stała się praktycznie głównym „zaspokajaczem"
naturalnego głodu wiedzy. Jednak właśnie te
potrzeby przeszły z
poziomu nacisku na edukację na poziom rozrywki. I
to znajduje
swoje odbicie w zawartości programów i w profilu
jakim
telewizja dociera do odbiorcy. Nie wspomnę nawet
o Internecie,
który jest w stanie dostarczyć takiej informacji,
jakiej tylko
dusza zapragnie - od wiadomości po zdjęcia...
(takie
nakreślenie
rozpiętości treści dostarczanej przez sieć
jest oczywiście
celowe).
Ktoś kto czyta ten tekst, może dojść do
wniosku, że media
potępiam, krytykuję, wyzywam od czci i wiary.
Jako że ciężko
znaleźć coś idealnego, to zawsze się można do
czegoś przyczepić.
Jednak by być obiektywnym trzeba podkreślić, że
mają one
również wiele pozytywnych i korzystnych dla nas
funkcji.
Zatrzymam się na funkcji, która jest
charakterystyczna dla
warunków polskich, a mianowicie mediów jako
tropicieli i
pogromców afer, korupcji, skandali. Doszło do
tego, że to
właśnie środki masowego przekazu dają cynk
policji, a często
mają lepsze informacje niż np. Agencja Bezpieczeństwa
Wewnętrznego. Z jednej strony wydaje to
jednoznaczną ocenę dla
tych, którzy mają stać na straży praworządności
i porządku w
kraju, z drugiej ukazuje potęgę dziennikarstwa śledczego
(właśnie w tle leci radio... jedna z dwóch największych
komercyjnych stacji informuje, że dzięki materiałom
przez nią
zgromadzonym prokuratura wszczęła śledztwo...).Gdyby
nie media
pewnie nie dowiedzielibyśmy się o korupcyjnej
propozycji Lwa R. (nota bene cała sprawa wokół nich się
ogniskuje), machlojkach w
Orlenie czy „dyskotece" w MSZ. Gdyby nie
media politycy
uprawialiby samowolkę, w której punktem
centralnym byłby egoistyczny interes.
Wybitny amerykański politolog i
socjolog - Robert
Dahl,
słusznie jako jeden z głównych czynników niezbędnych
do
funkcjonowania demokracji wypunktował dostęp do
informacji,
pisząc: "Mają oni (obywatele - przyp. red.)
dostęp
do wszelkich źródeł
informacji, które nie mogą podlegać monopolowi
rządu, bądź
jakiejkolwiek partykularnej grupy" (trzymającej
władzę ciśnie
się na usta). Właśnie dzięki temu działanie
wolnego obiegu
informacji może wpływać na kształtowanie
polityki, preferencji
wyborczych. Wyborcy cedują bowiem swe
demokratyczne uprawnienia
do rządów na dane siły polityczne, a środki
masowego przekazu
pozwalają śledzić działania danej formacji i
ich efektywność.
Pozwalają po części rozliczać partie, ludzi z
powierzonego im
zaufania, głosu wyborczego. Skutkuje to
oczyszczaniem życia
publicznego z nieudolnych ministrów (czasem całych
rządów),
procedurami impeachmentu (usuwaniem panującej głowy pańtwa
-
świeży przykład z Litwy), korektami kursów
politycznych itd.
Tak więc określenie „czwarta władza"
nie
jest pustosłowiem.
Media funkcjonują obok legislatywy, egzekutywy i
władzy
sądowniczej, kontrolując ich działania i mając
na nie w jakimś
stopniu wpływ. Potęga środków masowego
przekazu rodzi pokusę
uszczknięcia choć kawałka na rzecz rządu. W
takich sytuacjach
przeważnie odzywają się głosy o łamaniu prawa
wolności słowa
czy mediów. Ale te mają jedną potężną broń
- INFORMACJĘ,
a ta
dociera każdego dnia do milionów odbiorców, którzy
są
jednocześnie wyborcami. Stąd politycy są bardzo
ostrożni...
Jaka jest przyszłość mediów?
Trudno powiedzieć,
patrząc na
błyskawiczny postęp jaki ma miejsce w tym
segmencie
rzeczywistości. Zapewne będą to zmiany
ukierunkowane na jak
największą dostępność, przebojowość i
satysfakcję klienta. Miejmy tylko nadzieję, że przyszłość
trochę zmieni
nagłówki polskich informacji i powieje
pozytywnym, świeżym „niusem".
Rafał Pęczek
Z KRAJU : korespondentka z Uniwersytetu Wrocławskiego
Tu, gdzie obcym jest jak w domu
Adres: ulica Piastowska 1-13, Wrocław,
niedaleko od centrum, dość ruchliwa okolica,
jedno z największych i najbardziej zakorkowanych
skrzyżowań w mieście. Budynek, który się tu
mieści nie posiada jakiegoś wyjątkowego uroku
architektonicznego, jest jednym z tych, jakie
okres socjalistyczny zdążył nam podarować
przed swoim głośnym upadkiem. Wielka płyta ma
tutaj dość szerokie zastosowanie i właściwie
niewiele subtelności. Tysiąc czterdzieści trzy
miejsca czekają na chłonne wiedzy umysły. Do
dyspozycji 203 pokoje trzy i dwu osobowe oraz 28
jedno osobowych. Zabudowa modułowa. Akademik
jakich w Polsce wiele, a mimo to ma w sobie coś
niezwykłego.
Już od wejścia można czuć się tu trochę
inaczej. Inaczej to znaczy tak, jakby za granicą.
Wsiadasz do windy, a tam wschodni akcent języka,
który zazwyczaj nie jest rosyjskim. To właśnie
wyjątkowy klimat Dwudziestolatki, jednego z domów
studenckich Wrocławskiego Uniwersytetu. Jest
tutaj dość dużo studentów- obcokrajowców. I
mimo, że nie są oni w przerażającej większości,
to nadają temu miejscu specyficzny,
niepowtarzalny charakter. Na korytarzach da się
usłyszeć rozmowy ludzi pochodzących z Ukrainy,
czy Kazachstanu, wieczorami rosyjskie piosenki,
czy po prostu muzykę. W kuchni unosi się zapach
smażonej marchewki i barszczyku po rosyjsku.
Wschodni klimat przylega do ścian, zadomawia się
w uszach i mile kołysze serce. Wszystko wskazuje
na to, że nasi przyjaciele, z zagranicy czują się
tu jak w domu.
Może dlatego, że Wrocław od dawien dawna stał
otworem dla ludzi szukających swojego miejsca pod
słońcem, a może dlatego, że przyciąga swoim
urokiem i niecodziennością, jest on miejscem, w
którym tak wielu cudzoziemców zdecydowało się
podjąć studia. Rozmawiam z Lubą i Andrzejem
oboje ciepło mówią o Polsce i o Wrocławiu.
Andrzej przyjechał z Lwowa w Polsce jest od 1997
roku, studiuje politologię. Ma pochodzenie
polskie, zarówno ze strony matki jak i ojca. Mówi
z charakterystycznym lwowskim akcentem. Ze względu
na polskie pochodzenie ubiegał się o polskie
obywatelstwo i dziś może się już nim pochwalić.
- Od nas ze Lwowa wiele osób tu studiuje. Tu
tzn. w Polsce. Chodziłem we Lwowie do polskiej
szkoły potem wystarczyło zdać egzamin i piętnastu
najlepszych mogło pojechać do Polski. Wśród
nich w 97 roku wyjechałem ja. Na początek
takiego wyjazdu trzeba przejść dziesięciomiesięczny
kurs, podczas którego poznaje się język,
historie i kulturę Polski.
Andrzej nie musiał. Zna dobrze polski i mimo
specyficznego akcentu po polsku mówi bardzo płynnie
i zrozumiale. Wielu ludzi z tamtych stronach wciąż
kultywuje tradycje czysto polskie. W domach słychać
nasz język, działa wiele klubów polonijnych.
Andrzej śmieje się, że tam robił o wiele więcej
polskich rzeczy niż teraz, kiedy jest w Polsce.
Tam Polacy spotykają się, wspólnie rozmawiają,
czy oglądają polską telewizję, żywo przezywają
polskie wydarzenia polityczne, sukcesy sportowe i
kulturalne. Mimo ogromnej odległości, ci ludzie
czują się Polakami. Piętnastu najlepszych, o których
mówił Andrzej, to tylko kropla w morzu studentów
obcokrajowców pochodzenia polskiego, których
dotuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. Wymogiem
nie jest ukończenie polskiej szkoły, a raczej
polskie pochodzenie. Tym samym nie zamyka to drogi
Polakom, którzy do takiej szkoły nie mają dostępu.
-Kiedy przyjechałam do Polski prawie nie znałam
języka. U nas nie było polskiej szkoły, nie
wiedziałam czy sobie poradzę. Najpierw ten
roczny kurs w Szczytnie, potem trzyletnia
pedagogika również w tym miejscu. Teraz jestem
tutaj, tzn. we Wrocławiu, na studiach
doktoranckich, wcześniej obroniłam tu magistra.
Szczytno to małe miasteczko, tam rzucało się w
oczy to, że nie jestem Polką- poprzez chociażby
mój akcent, a ja przecież, tak naprawdę jestem
nią. Moja mama i ojciec są Polakami, więc ja
mam czysto polskie pochodzenie. We Wrocławiu
doskonale to rozumieją i nie musze nikomu
specjalnie tego tłumaczyć. Tutaj czuje się jak
u siebie, prawie jak w domu.– mówi Luba.
Prawie, bo Luba przyjechała z Kazachstanu.
Teraz podobnie jak Andrzej ma polskie
obywatelstwo, ale tam została jej najbliższa
rodzina. Teraz, kiedy już jest pełnoprawną
obywatelką Polski, żeby ich odwiedzić
potrzebuje wizy do Kazachstanu. Gdy pytam ją o
to, gdzie jest jej dom, uśmiech się i mówi:
tutaj, pokazując na ciasny pokój w akademiku.
Studenci
cudzoziemcy studiujący na Uniwersytecie Wrocławskim:

Według oficjalnych danych na Uniwersytecie
Wrocławskim studiuje 216 obcokrajowców, a ich
liczba z roku na rok się powiększa. Najwięcej,
bo aż 55-ciu jest z Kazachstanu, zaraz potem
plasuje się Ukraina- 54, Białoruś- 28, Rosja-
18. Najbardziej oblegane wydziały to Wydział
Prawa, Administracji i Ekonomii oraz Filologiczny,
nie mniej popularne są Wydział Nauk
historycznych i Pedagogicznych, a także Nauk Społecznych.
Jak da się zauważyć czołówkę w tych
rankingach zajmują państwa byłego ZSSR. Dla
nich Polska to już „zachód”, ten upragniony
i wyśniony, to lepsza sytuacja materialna i
znacznie szersze perspektywy na przyszłość.
Liczba 216 to tylko abstrakcja, w rzeczywistości
studentów ze wschodu jest znacznie więcej, ale w
związku z tym, ze mają pochodzenie polskie, maja
prawo szybko ubiegać się o zmianę obywatelstwa
po to, by tu zostać i zaczynać normalne życie.
Kiedy któregoś z nich zapytuje o rasizm, o to
czy się z nim spotkali na uczelni, w akademiku,
czy w życiu prywatnym odpowiadają: „We Wrocławiu?
Nie nigdy. Tutaj przecież jest jak w domu”
Agnieszka Kowalczyk studentka
pedagogiki na Uniwersytecie Wrocławskim
|