@Pismo 8 (1/2004)

 

 

 
 

 

***

 

Czekam na niego. Nie wraca od wczoraj. Pewnie leży gdzieś zapity. Ale gdzie? W nocy mróz – 15. Zawsze boję się, że zamarznie. Kilka lat temu zasnął przecież w śniegu i gdyby nie Grzesiek pewnie leżałby już pod lipami, jak zwykła mawiać moja chemiczka z podstawówki. To u niego normalne, że nie wraca na noc. Nie uprzedza nigdy. Telefon.

- Tak, słucham.

- Dzień dobry, mówi Kaśka. Czy zastałam Kubę?

- Nie, nie ma go. Spróbuj wieczorem.

Wydzwania od tygodnia a on? Każe mówić, że go nie ma, albo faktycznie jest nieobecny. Głos miły. Pewnie fajna jakaś. Za nim oglądają się same fajne dziewczyny. To już któraś z kolei usilnie stara się z nim skontaktować. Na próżno. Koledzy śmieją się z niego:

- Wydzwania do ciebie taka i owaka.

Koledzy? Żaden nie miał czasu, żeby przyjechać na jego przysięgę. Dwie godziny drogi. Kumple. Jest wypłata jest picie jest towarzystwo. Zarabia dobrze. Oni? Lokalny margines. Pasożyty. Jemu trudno odmówić. Jest hojny. Kiedyś dał mi 150 złotych.

- Kup mi papierosy, dwa piwa i reszta dla ciebie.

Stacza się albo już sięgnął dna. Wojsko przez rok. Zmieni się, odizoluje od kolesi i etykietki „co złe to ja”. Pudło, wraca i jest jeszcze gorzej. Lipiec. W piątek wziął wypłatę, dzwoni Kolo północy.

- Jedziemy na imprezę. Jest tu Andrzej, chcesz z nim rozmawiać? Ten element prześladuje mnie od podstawówki. Zaczepiał, kupował prezenty, romantyczne kartki i liściki w stylu „jak się ze mną nie umówisz to się powieszę”. Pamiętam jak śmiałyśmy się z Moniką. „Powiesi się czy nie?” Tak się feralnie składa, że Andrzej to jego kompan, chyba największy. Pojechali. Sobota 16 godzina, telefon.

- …miał wypadek…

Czy matce pęknie serce? Wypadł z drogi, stromo w dół, gesty las. Wrak samochodu, jego nie ma. Karol znajduje łańcuszek. Las jest ogromny, leśne jeżyny ponad kolana, tworzą szczelną ścianę chroniąc podszycie. Nie ma go szukamy do 22. Jest już całkiem ciemno i nic już nie widać. W myśli mam jeden obraz: martw ciao trochę krwi. Co zostało? Modlitwa. Skutkuje. Bóg daje wiele szans. Wraca sam, koło północy. Poobijany, podrapany. Nie pamięta co się stało, jak tylko się ocknął przyszedł. Podobno pijani zawsze wychodzą cało z wypadku. Słyszałam to nie raz.

Konkluzja: to dało mu do myślenia. Zmieni się. Jest jeszcze gorzej. Patrzę jak mama siwieje, zbliża się do tej cieniutkiej granicy, którą przekracza się tylko raz…Chyba go to nie wzrusza. Kupuje czekoladki, przeprasza. Nie wiem czy słodycz czekolady zdoła zagłuszyć ból serca. Trzask drzwiami. Przyszedł zawiany, poznaję po kroku i sposobie w jaki trzyma się barierki.

Ponoć w człowieka nie można zwątpić do ostatniej chwili. Tak bym tego chciała, bo to… mój brat.

 

Kinga Wolińska

 

  góra strony 

| Ustaw stronę jako startową
Copyright: @Pismo 2002-2004 Webmastering&Design: