Czekam
na niego. Nie wraca od wczoraj. Pewnie leży
gdzieś zapity. Ale gdzie? W nocy mróz –
15. Zawsze boję się, że zamarznie. Kilka
lat temu zasnął przecież w śniegu i
gdyby nie Grzesiek pewnie leżałby już pod
lipami, jak zwykła mawiać moja chemiczka z
podstawówki. To u niego normalne, że nie
wraca na noc. Nie uprzedza nigdy. Telefon.
- Tak,
słucham.
- Dzień
dobry, mówi Kaśka. Czy zastałam Kubę?
- Nie,
nie ma go. Spróbuj wieczorem.
Wydzwania
od tygodnia a on? Każe mówić, że go nie
ma, albo faktycznie jest nieobecny. Głos miły.
Pewnie fajna jakaś. Za nim oglądają się
same fajne dziewczyny. To już któraś z
kolei usilnie stara się z nim skontaktować.
Na próżno. Koledzy śmieją się z niego:
-
Wydzwania do ciebie taka i owaka.
Koledzy?
Żaden nie miał czasu, żeby przyjechać na
jego przysięgę. Dwie godziny drogi.
Kumple. Jest wypłata jest picie jest
towarzystwo. Zarabia dobrze. Oni? Lokalny
margines. Pasożyty. Jemu trudno odmówić.
Jest hojny. Kiedyś dał mi 150 złotych.
- Kup
mi papierosy, dwa piwa i reszta dla ciebie.
Stacza
się albo już sięgnął dna. Wojsko przez
rok. Zmieni się, odizoluje od kolesi i
etykietki „co złe to ja”. Pudło, wraca
i jest jeszcze gorzej. Lipiec. W piątek wziął
wypłatę, dzwoni Kolo północy.
-
Jedziemy na imprezę. Jest tu Andrzej,
chcesz z nim rozmawiać? Ten element prześladuje
mnie od podstawówki. Zaczepiał, kupował
prezenty, romantyczne kartki i liściki w
stylu „jak się ze mną nie umówisz to się
powieszę”. Pamiętam jak śmiałyśmy się
z Moniką. „Powiesi się czy nie?” Tak
się feralnie składa, że Andrzej to jego
kompan, chyba największy. Pojechali. Sobota
16 godzina, telefon.
-
…miał wypadek…
Czy
matce pęknie serce? Wypadł z drogi, stromo
w dół, gesty las. Wrak samochodu, jego nie
ma. Karol znajduje łańcuszek. Las jest
ogromny, leśne jeżyny ponad kolana, tworzą
szczelną ścianę chroniąc podszycie. Nie
ma go szukamy do 22. Jest już całkiem
ciemno i nic już nie widać. W myśli mam
jeden obraz: martw ciao trochę krwi. Co
zostało? Modlitwa. Skutkuje. Bóg daje
wiele szans. Wraca sam, koło północy.
Poobijany, podrapany. Nie pamięta co się
stało, jak tylko się ocknął przyszedł.
Podobno pijani zawsze wychodzą cało z
wypadku. Słyszałam to nie raz.
Konkluzja:
to dało mu do myślenia. Zmieni się. Jest
jeszcze gorzej. Patrzę jak mama siwieje,
zbliża się do tej cieniutkiej granicy, którą
przekracza się tylko raz…Chyba go to nie
wzrusza. Kupuje czekoladki, przeprasza. Nie
wiem czy słodycz czekolady zdoła zagłuszyć
ból serca. Trzask drzwiami. Przyszedł
zawiany, poznaję po kroku i sposobie w jaki
trzyma się barierki.
Ponoć
w człowieka nie można zwątpić do
ostatniej chwili. Tak bym tego chciała, bo
to… mój brat.
Kinga