@Pismo 11 (1/2005)

  

 

 
Drodzy czytelnicy!

      Co prawda zima nie odeszła jeszcze w siną dal, ale proces ten powoli już się rozpoczyna. Ani się obejrzymy, a klimat wreszcie się ociepli i każdy osobnik miłujący sport (i nie tylko) wreszcie będzie mógł wyjść poza halę na świeże powietrze.
      Rusza kolejna edycja Koszykarskiej Ligi Akademii Pedagogicznej. Bój o puchar naszej uczelni rozpocznie się 12 marca 2005 r. i będzie się odbywać w każdą sobotę od godziny 10.
Kończący się sezon zimowy był bardzo udany dla studentów-sportowców reprezentujących Polskę na uniwersjadzie. Zdobyli oni osiem medali (5 złotych, 2 srebrne, 1 brązowy), zajmując w generalnej klasyfikacji 5 miejsce. Najlepsi okazali się Austriacy, przed Koręą Płd. i ekipą Rosji. Znacznie gorzej było już na zakończonych w Oberstdorfie Mistrzostwach Świata w narciarstwie klasycznym. Nasza największa gwiazda i nadzieja Adam Małysz nie trafił z formą na ten okres i niestety nie zdobył żadnego medalu. Za to rewelacyjnie wypadła pochodząca z Kasiny Wielkiej Justyna Kowalczyk - zawodniczka katowickiego AZS AWF. Co prawda nie zdobyła żadnego medalu, jednak jej dobre starty, a szczególnie 4 miejsce w biegu na 30 km, pozwalają optymistycznie patrzeć w przyszłość w tej dyscyplinie sportu. Jak wiadomo, w sportach zimowych Polacy prezentują się kiepsko. Do tej pory mogliśmy liczyć tylko na Małysza. Teraz kiedy mistrz zawiódł, swoje 5 minut ma właśnie Justyna. Miejmy nadzieję, że nie poprzestanie ona tylko na 4 miejscu!

Redakcja Sportowa


 

      Studium Wychowania Fizycznego i Sportu oraz Klub Uczelniany AZS AP zapraszają wszystkich studentów naszej uczelni do korzystania z sali gimnastycznej i siłowni na ul. Ingardena 4, w każdą sobotę od godz. 10-13.


Kaletinho & ScL

 


 Po pauzie

      Polskie zespoły nie mogą zaliczyć rundy jesiennej do udanej. Wystarczy choćby przypomnieć próbę zawojowania europejskich pucharów przez zespoły Wisły i Legii, których owe próby zakończyły się już na rundzie kwalifikacyjnej pucharu UEFA. Do tego „zaszczytnego" grona przegranych dołączyła również Amica, która próbowała ratować honor polskiej piłki. Niestety bez skutków... Szesnaście straconych goli przy zaledwie trzech strzelonych to bilans, którym może się „pochwalić" wroniecki zespół.
Okazało się, że dużym zainteresowaniem cieszyły się w ubiegły roku rozgrywki pucharu Polski. Po raz pierwszy ten turniej został rozegrany w systemie grupowym. Ta nowa formuła umożliwiła „pokazanie" się na polskiej arenie takim zespołom jak choćby Koszarawa Żywiec, która wywalczyła awans do najlepszej „szesnastki".
      Całkiem nieźle zaprezentowała się również reprezentacja Polski, która w eliminacjach do MŚ zdobyła 9 punktów, w dodatku wszystkie w meczach wyjazdowych pokonując kolejno Irlandię płn. (3:0), Austrię (3:1) i Walię (3:2). Jedynej porażki doznała w meczu rozegranym w Chorzowie przeciwko Anglii (1:2). Jednak nasuwa się pytanie czy tak długa przerwa w rozgrywkach ligowych (prawie 3 miesiące) korzystnie wpłynie na przygotowania Polskiej reprezentacji ?
      Czy może lepiej wziąć przykład z Naszych zachodnich sąsiadów, u których przerwa zimowa trwa niecały miesiąc? Dzięki temu piłkarze są w pełni przygotowani kondycyjnie i bez większych problemów wytrzymują trudy reprezentacyjnych meczów. W końcu reprezentacja Niemiec od kilku ładnych lat plasuje się w czołówce zespołów europejskich i nie opuszcza żadnych ważniejszych imprez piłkarskich.
      A może jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby zaczerpnięcie pomysłu od „Wyspiarzy", gdzie taki termin jak przerwa zimowa praktycznie nie istnieje. Angielska Premiership rozgrywa mecze w Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia a nawet w Nowy Rok. Choć wydaje mi się, że ten ostatni termin w Polsce byłby nie do przyjęcia.
     Chwilą prawdy dla polskiej piłki będzie dzień 12 października. W tym dniu na murawę nowo wybudowanego stadionu „Old Traford"" wybiegną „jedenastki" zespołu Anglii i Polski i może tak jak przed dwudziestoma dwoma laty (1973 r.) polski zespół osiągnie korzystny wynik, który da nam awans do finałów Mistrzostw Świata, które rozegrają się na boiskach w Niemczech. To właśnie na stadionie "Czerwonych Diabłów" Polska będzie miała okazję zrewanżować się Anglikom za wrześniową porażkę w Chorzowie (1:2). Miejmy nadzieję, że "Wyspiarze" nie urządzą Polakom piekła... Choć ostatnie wyniki reprezentacji Polski (pomijając lutowy mecz z Białorusią 1:3) pozwalają napawać nas optymizmem. W szczególności mecz z zespołem Azerbejdżanu (8:0) na długo utkwi kibicom w pamięci. Świetną partię rozegrał Tomasz Frankowski. Zawodnik Wisły Kraków strzelił 3 gole przeciwnikom i po raz kolejny potwierdził, że błędem było pomijanie Jego osoby przy powołaniach do reprezentacji w poprzednich eliminacjach do Mistrzostw Europy. Z bardzo dobrej strony pokazał się również Euzebiusz Smolarek, który zaliczył co prawda "tylko" jedną asystę ale doskonale sobie radził w "drugiej linii". Na wyróżnienie zasłużył również Mirosław Szymkowiak, który opanował cały środek boiska, a także Marek Saganowski (strzelec dwóch bramek).

Cztery dni później Polacy zmierzyli się z zespołem Irlandii płn. Mecz od początku ułożył się pod nasze dyktando. Polacy w pełni kontrolowali grę jednak nie potrafili poważniej zagrozić bramce gości. Irlandczycy ograniczali się tylko do kontrataków i ostrych a czasami wręcz brutalnych zagrań. Linia pomocy polskiego zespołu nie funkcjonowała już tak dobrze jak w meczu z Azerami. W pierwszej połowie oddaliśmy tylko jeden celny strzał na bramkę przeciwnika. Słabo zwłaszcza spisywały się „skrzydła” polskiego zespołu. Mało widoczny był Jacek Krzynówek, a Bartosz Karwan po nieudanej próbie podboju Bundesligi nie imponował tą samą przebojowością co dawniej.

Dopiero w 86 minucie strzałem głową 3 punkty Polskiemu zespołowi zapewnił Maciej Żurawski.

W innym meczu grupy szóstej, Anglicy pokonali Azerbejdżan 2:0 i nadal tracimy do „Wyspiarzy” 1 punkt.

Przed nami czerwcowy, wyjazdowy mecz z Azerbejdżanem. Jeżeli Polacy wygrają będziemy mieli realne szanse na awans do Mistrzostw Świata, ponieważ oprócz zwycięzców grup awans do MŚ uzyskają 2 najlepsze zespoły z drugich miejsc w grupach, a Polacy plasują się w czołówce tych drużyn.

 



Jakub Hartman


Sportowa" edukacja

 

Rok 2004 ogłoszono „Rokiem edukacji przez sport”. Dobrze, że się skończył, bo jeśli edukacja przez sport miałaby wyglądać jak na AP, to jedyne słowa, które się nasuwają brzmią: dramat. Sprawą oczywistą jest istotność aktywności fizycznej dla rozwoju człowieka, sport jest znakomitym substytutem dla większości patologii, jakimi są zagrożeni młodzi ludzie. Gdy nie ma możliwości aktywnego wyżycia się, człowiek szuka innych rozwiązań, prowadzi to do sytuacji niebezpiecznych nie tylko dla pobudzonego. Inny przykład, gdy nie można pobiegać za piłką - cóż robić, chodźmy na piwko, niby niewinne, ale… dalej, należy wiedzieć, że sport spełnia fizjologicznie rolę bardzo podobną do tej, jaką „oferują” organizmowi ludzkiemu narkotyki, jest źródłem uspokojenia, odprężenia, samozadowolenia, a także akceptacji społecznej. O korzyściach można by pisać bardzo dużo, występują także negatywy, ale dotyczą one raczej zawodowstwa i spraw z nim związanych (np. nadmierna eksploatacja organizmu, burdy stadionowe etc.). Na szczęście zawodom akademickim to nie grozi.

Wracając do sytuacji na Akademii: tuz przed rozpoczęciem obecnego roku akademickiego władze Uczelni zawiesiły finansowanie zajęć dydaktycznych w ramach sekcji Klubu Uczelnianego AZS AP, czyli po prostu przestały dawać pieniążki na popołudniowe treningi sekcji sportowych tłumacząc to brakiem środków...  Rozumiem, każdemu obecnie jest ciężko, jednak budżet był ustalany w innym terminie i nie przewidywał zmian. Zaproponowano, by AZS sam opłacił trenerów ze środków otrzymanych z ministerstwa, jest to kwota około 13 tysięcy złotych na funkcjonowanie całego klubu, a koszty utrzymania obecnej liczby zajęć (1200 godzin) wyniosły około 60 tysięcy złotych. Dodać należy, iż przytoczony wymiar godzin jest liczbą minimalną (dwa treningi tygodniowo) i sukcesy uczelni są możliwe tylko dzięki treningom w macierzystych klubach naszych reprezentantów. Jednak najsmutniejsze jest to, że decyzje podjęte przez włodarzy AP nie były z nikim ze środowiska konsultowane, odbyło się to w sposób centralistyczny i bez dyskusji czy pisemnego poinformowania o tym zainteresowanych. Poddanie się oznaczałby upadek sportu na trzeciej wśród najbardziej usportowionych uczelni pedagogicznych w Polsce.

Na szczęście są ludzie, dla których praca z chętnymi do uprawiania sportu i dobro studentów znaczy więcej niż dziwne decyzje i pieniądze, więc trenerzy trenowali, a działacze AZS-u wojowali z „górą”. To, co wywalczyli, należy uznać za sukces - tym bardziej w sytuacji, gdy rozmowy prowadzi się z pozycji przedmiotu, a nie podmiotu, jakim de facto jest AZS. Kolejne interwencje przyniosły efekt w postaci przywrócenia finansowania połowy dotychczasowych godzin (600) i wyrównania dla trenerów za okres do końca roku 2004. Jednak to nie koniec tej historii: kwota, o której napisałem wyżej, została zagwarantowana, ale jedynie słowne - nie było żadnego oficjlnego potwierdzenia. AZS zwrócił się z prośbą o kolejne spotkanie i formalne uregulowanie tej kwestii. W rozmowie udział wzięli: Rektor, Prorektor do Spraw Studenckich, Kierownik Administracyjny, Kierownik Studium WF, dwóch przedstawicieli KU AZS AP.  Finał był taki, iż studenci zostali zrugani, jak mogą podważać decyzję władz, upominać się o coś, nalegać na spotkania, a tak w ogóle to mają się cieszyć z tego, co im przywrócono, bo w przyszłym roku nie dostaną nic!!! Pismo potwierdzające decyzję o finansowaniu 600 godzin zajęć dydaktycznych w ramach sekcji KU AZS AP dotarło w jednej wersji do Studium WF, prezes AZS-u ma tylko jego kopię… zrobioną za własne pieniądze.

W całej sprawie dziwne są trzy rzeczy. Wywalczone fundusze nie będą przekazywane jak dotychczas, bezpośrednio, tylko z specjalnego funduszu, który je skieruje najprawdopodobniej do samorządu, stamtąd będą wydzielane AZS-owi, który ma podpisywać umowy-zlecenia z trenerami (przypomina mi to organizację naszej służby zdrowia, a jak ona wygląda - wiadomo). Powołany w trakcie wakacji Pełnomocnik Rektora do Spraw Sportu został odwołany już w październiku, przyczyną było to, że prowadził aż trzy sekcje (powinien jedną), bo nie było innych chętnych, do tej pory nie ma jeszcze następcy. Trzecia rzecz: przecież tak niedawno wspólnie i w świetnej atmosferze obchodzono półwiecze SWFiS naszej uczelni. Czy nie szkoda?

Wydarzenia i poglądy powyżej przedstawione są subiektywnym punktem widzenia autora powyższego tekstu.

                        ScL


Historyjka na faktach, niestety...

Czwartek, godzina 16, dziesięciu mężczyzn w wieku od 22 do 30 lat zbiera się przed gmachem, którego kompozycja nie odbiega od wczesnosocjalistycznej normy budownictwa. Młodzi ludzie krzątają się w chwilę w miejscu, w którym stoją, o czymś nerwowo dyskutują, by po chwili podzielić się na dwie grupy odjeżdżające samochodami w dwie różne strony, co będą robić? Czego szukać? Podobno widzieli ich jak plątali się po terenach okolicznych szkół podstawowych i gimnazjów, może to jacyś zboczeńcy lub dealerzy.

Ja wiem, kto to! Znam ich! Faktycznie to trochę dziwni ludzie, a na pewno zapaleńcy. Bardzo często poświęcają czas i benzynę, by znaleźć trochę betonowego placu z zamontowanymi na nim dwoma metalowymi, ale banalnymi konstrukcjami, lecz co najważniejsze, żeby był on wolny, znaczy się nie zajęty prze nikogo.

            Wiele razy im się udało, ale musieli wykazać ogromną determinację i wolę, nieraz trzeba było zaczekać kilkadziesiąt minut, aż inna grupa dziwaków zwolni tak pożądane dobro, jakim jest kawałek smoły zmieszanej z kamieniami, rozlanej na obszarze 40 x 20 m. Najdziwniejszą sprawą jest to, w jaki sposób ten asfalt zostaje wykorzystany, gdybyście widzieli, co oni tam robią, a robią przedziwne rzeczy. Biegają, krzyczą na siebie, jak gdyby mieli się zaraz pobić, jakieś nie zdrowe emocje tam występują, wyraźnie widać rywalizację, nawet ci, których działania wyglądają na współpracę momentami skaczą sobie do gardeł. Takie niestereotypowe zachowanie może trwać nawet dwie godziny, niezrozumiała sprawa, tak długo się męczyć, narażać na bolesne urazy, dużą liczbę nieprzyjemnych epitetów z ust innych, bez żadnego wynagrodzenia, nawet bez słowa pochwały. Sprawą równie nie pojętą jest sytuacja, gdy obok tego dziwnego spektaklu, niekiedy przystanie starszy pan i z błyskiem w oku się im przygląda, wydając się być trochę zazdrosnym. Po zakończeniu tego aktu wszyscy znów stają się kolegami i jakby nigdy nic idą razem do knajpki (pod chmurką nie wolno) na piwo, ale tylko jedno, bo na więcej nie ma siły, w tym miejscu najbardziej poszkodowani są kierowcy.

            Jednak nie zawsze dobrze się układa, poszukiwania miejsca dogodnego do wyprawiania tychże dziwactw nie dają efektu. Mija jedna godzina, trwa druga, a tu dalej nic, frustracja narasta i cała akcja kończy się fiaskiem. Co nastąpi: spokojniejsi pójdą do domu włączą komputer, poczytają książkę, oglądną TV, bardziej pobudliwi pójdą do knajpy lecz nie na jedno, ale dziesięć, przecież jakoś trzeba się zmęczyć… co potem, tego się zazwyczaj nie pamięta.

            Kim jest grupa, o której piszę? To studenci Akademii Pedagogicznej, zmuszeni do poświęceń w poszukiwaniu placu do gry w piłkę nożną, którego ich uczelnia nie posiada, a nam tak naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia.

 

                           ScL

 

 

  góra strony    

| Ustaw stronę jako startową
Copyright: @Pismo 2002-2005 Webmastering&Design: