@Pismo 11 (1/2005)

  

 

 
 

RECENZJA:

 Good Bye, Lenin!

     

       Minęło 15 lat od zburzenia muru berlińskiego. Wraz z nim runął system gospodarki sterowanej centralnie, runął system represji i ograniczania praw jednostki. Rok temu powstał film opowiadający o ostatnich dniach NRD, a jednocześnie pierwszych RFN. O tym, jak Niemcy z Ostii próbowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Oto recenzja filmu „Goodbye Lenin!".

       Wolfgang Becker zaprasza nas na seans nostalgii, czy też wręcz nostalgii; na powrót do krainy dzieciństwa, gdzie wszystko było piękne i proste, nie było trosk i problemów, a wszyscy ludzie byli szczęśliwi. Przynajmniej tak się mogło zdawać. Wielu z nas doznaje takiego uczucia wspominając swoje dzieciństwo, niezależnie od epoki, na którą ono przypadło. Stąd dziarscy staruszkowie nadal będą się upierać, że nie było to, jak przed wojną; nieco młodsi, że nie było to, jak za komuny, a nieco młodsi pamiętają jedynie kolejki z kartkami na mięso, ewentualnie peweksy i kiepskie zabawki ze wschodu. Kim są Niemcy dzisiaj? Czy oni sami to wiedzą? Jak widać wielu z nich ma problemy z określeniem własnej tożsamości, a szczególnie ci, którzy doświadczyli życia w NRD mają powody czuć się gorszymi. Nie zasłużyli na los, jaki im zgotowano, życie w izolacji w kraju demokracji ludowej.

 Reżyser próbuje się rozliczyć z przeszłością w sposób sentymentalny, czasami dowcipny, ale mimo wszystko uroczy. Serwuje nam sporo archiwalnych nagrań, umiejętnie zmieszanych z fikcyjnym wydarzeniami. W filmie nie brakuje

wzruszających scen dotyczące nie tylko życia społecznego, ale też i rodzinnego, problemy, które mogą być bliskie każdemu z nas. Ojciec Alexa uciekł na Zachód, gdy ten był jeszcze małym chłopcem. Jego matka całą swą energię poświęciła na rzecz socjalizmu. Była idealistką systemu, udzielała się społecznie jak tylko mogła, uważając to za swój obowiązek. Jak się potem okazało, sama też miała swoje małe kłamstewka względem dzieci. Zapadła na kilkumiesięczną śpiączkę, gdy zobaczyła tłumienie demonstracji, w której wziął udział jej syn, w przełomowym październiku 1989 roku.

      I to jest właśnie punkt wyjścia dla całej historii. Ciekawy, ale dość naciągany. Alex nie chce, by matka doznała szoku na skutek zmian, jakie się dokonały, gdy leżała w szpitalu. Mogłaby tego nie przeżyć. Dlatego też postanawia przywołać tamten porządek na jej użytek, co z biegiem czasu staje się coraz trudniejsze. Od przywrócenia mieszkaniu dawnego wystroju, przez znalezienie ogórków Spreewaldu, aż wreszcie po kręcenie fikcyjnych reportaży telewizyjnych przy pomocy kolegi z pracy, domorosłego reżysera. Z biegiem czasu Alex jednak nie jest w stanie kontrolować sytuacji. Matka zadaje coraz więcej pytań, coraz więcej agresywnych reklam zachodnich produktów wkracza w jej życie. Alex 

przesadnie się angażuje w stworzenie iluzji wymarzonego świata, zaniedbuje swoją dziewczynę, drażni zamężną siostrę. Można by stwierdzić, że jest maminsynkiem, ale przecież wszystko to robi w dobrej wierze. Niestety nie zawsze cel uświęca środki, komuniści też sprawowali władzę w dobrej wierze (w ich przekonaniu).

      Alex bawi się w propagandystę podobnego do tych, którzy manipulowali NRD przez półwiecze. Nagina rzeczywistość i tak w oczach jego matki Coca-Cola jest produktem enerdowskim, a Zachodni Niemcy przyjechali do NRD w poszukiwaniu głębszych wartości, gdyż samochody i magnetowidy to nie wszystko. Alex stworzył mityczne NRD, które można przyrównać do utopii, krainy wiecznego szczęścia. Stworzył wymarzony kraj dla swojej matki, siebie samego i pewnie dla milionów Niemców oglądających film i tęskniących za utopią, za czasami, gdzie wszystko było proste i pewne. Gdzie nie było drapieżnego kapitalizmu, człowiek nie musiał się bać, czy dożyje emerytury, bo praca zawsze była.

       Narrator - Alex nie bez ironii komentuje ówczesne wydarzenia np. „w powietrzu czuło się zmiany, tymczasem przerośnięty klub strzelecki urządzał swoje ostatnie przedstawienie". Pokazuje nam przemiany społeczno-kulturowe jakie nastąpiły po zburzeniu Muru Berlińskiego i otwarciu granic NRD: rosnąca popularność anten satelitarnych, wypieranie enerdowskich towarów spożywczych przez zachodnią żywność, wymianę pieniędzy, emigracje na Zachód w poszukiwaniu lepszej pracy i idące za tym pustoszenie mieszkań. Obserwujemy te zmiany z perspektywy uczestnika tamtych zdarzeń, w sposób subiektywny, ale i sugestywny. W końcu sami byliśmy w pewnym sensie świadkami tych wydarzeń w naszym kraju, choć w nieco innej postaci. Do byłego NRD wkracza kapitalizm uosobiony przez Coca-Colę, Ikeę i Burger Kinga. Berlin staje się stolicą zjednoczonych Niemiec, płyną do niego olbrzymie nakłady finansowe, by zrobić z niego najpiękniejsze miasto Europy, co ma wydźwięk ambitnie symboliczny. Podobnie jak zdobycie tytułu Mistrza Świata w Piłce Nożnej przez niemieckich piłkarzy. Społeczeństwa podzielonego narodu się jednoczą. Wadą filmu jest ukazanie tylko jednej strony medalu. Nie ma tu żadnej mowy o niechęci i żalu Niemców z Zachodu o dokładanie pieniędzy na wyrównanie szans obywateli ze Wschodu.

Good Bye, Lenin! (Niemcy, 2003)
Reżyseria: Wolfgang Becker
Scenariusz:
Wolfgang Becker, Bernd Lichtenberg
Obsada:
Daniel Brühl - Alexander Kerner
Katrin Saß - Christiane Kerner
Maria Simon - Ariane Kerner
Chulpan Khamatova - Lara
Florian Lukas - Denis

Michał Talarek

 

 

 

ALEKSANDER - Soundtrack

RECENZJA

Kompozytor : Vangelis
Czas trwania płyty : 56 min 22 s
Lista utworów:

01. Introduction (1:32)
02. Young Alexander (3:59)
03. Titans (3:59)
04. The Drums Of Gaugamela (5:20)
05. One Morning At Pella (2:11)
06. Roxane's Dance (3:25)
07. Eastern Path (2:58)
08. Gardens Of Delight (5:24)
09. Roxane's Veil (4:40)
10. Bagoas' Dance (2:29)
11. The Charge (1:41)
12. Preparation (1:42)
13. Across The Mountains (4:12)
14. Chant (1:38)
15. Immortality (3:18)
16. Dream Of Babylon (2:41)
17. Eternal Alexander (4:37)
18. Tender Memories (2:59)

      Ostatnimi czasy, hollywoodzkie kino wybrało sobie za jeden z celów dość częste kręcenie filmów z wątkami historycznymi, rycerskimi czy mitologicznymi. Wystarczy wspomnieć parę mniej lub bardziej głośnych tytułów, jak "„Pasja", „Troja", „Król Artur", „Ostatni Samuraj", czy „Wzgórze Nadziei". Kilka miesiący temu dołączył do tego grona film „Aleksander".

      „Aleksander" to epicka opowieść o życiu jednego z najznamienitszych wodzów starożytności - Aleksandrze Macedońskim, który podbił większość ówczesnego świata. Film o bajońskim budżecie przeszło 200 milionów dolarów wydała wytwórnia Braci Warner. Reżyserem tego zrealizowanego z wielkim rozmachem, trzygodzinnego filmu jest Oliver Stone - jeden z najbardziej charakterystycznych i enigmatycznych reżyserów współczesnego kina. Stone nie nakręcił porządnego, dobrego filmu od dziesięciu lat. Był rok 1994, kiedy to swoim obrazem „Urodzeni Mordercy" starał się ukazać światu, że przemoc może brać się z telewizji i kina. Czy mu to wyszło, to już inna sprawa. I tak po 10 latach drobnego zastoju, Stone powrócił w tym roku znów na należne mu (na pewno) w współczesnym kinie miejsce, właśnie dzięki „Aleksandrowi".

      Pierwsze co cechuje ten film, poza jednym z największych w dziejach kina budżetem, to doborowa obsada. Otwarcie trzeba powiedzieć, że tylu gwiazd współczesnego kina w jednym filmie już od dłuższego czasu nie mieliśmy sposobności oglądać. Wystarczy wymienić parę nazwisk : Anthony Hopkins, Christopher Plummer, Val Kilmer, Angelina Jolie, Colin Farrel czy Jared Leto. Na „Aleksandrze" większość krytyków nie pozostawiła suchej nitki, ale nie zmienia to faktu, że film Stone`a to na pewno jedna z najważniejszych produkcji początku XXI wieku. Drugą charakterystyczną cechą tego filmu, to doskonałe zdjęcia Rodrigo Prieto oraz wizja reżysera. Natomiast trzecią... Muzyka... Muzyka greckiego kompozytora Vangelis`a.

      Vangelis w ostatnich 20 latach dla muzyki filmowej zrobił bardzo dużo. Jak dziś potoczyła by się historia muzyki filmowej, gdyby nie takie genialne muzyczne ilustracje Greka jak „Łowca Androidów", „Rydwany Ognia", „Gorzkie Gody", „Bunt Na Bounty" czy „1492 - Wyprawa Do Raju"? Na pewno odmiennie... Prace nad muzyką do "Aleksandra" kompozytor rozpoczął już we wrześniu 2003 roku. Po roku komponowania, zmieniania aranżacji, dopisywania nowych tematów, możemy się już delektować finalną muzyką w domowym zaciszu.

      Muzyka do filmu nagrywana była w słynnym paryskim „Studio Guillaume Tell". Album wydany przez „Sony Classical" od strony technicznej prezentuje się całkiem dobrze. Przyzwoity design i rozkładana wkładka, notka o kompozytorze, zdjęcia z filmu i zza kulis, lista płac - niby nic wielkiego, a cieszy. Płyta trwa niecałe 59 minut. Wydaje się wystarczająca, ale... ale przejdźmy do samej muzyki. 

      Album rozpoczyna utwór „Introduction" połączony z utworem „Young Alexander". Przepiękna sekcja  

smyczkowa, w tle ledwo słyszalne chóry, harfa... Od razu wiedziałem, że na takie coś długo czekałem. Nieprzypuszczałem, że dalsza część płyty może być jeszcze lepsza. Utwór „Titans" - niewątpliwie jeden z dwóch najlepszych utworów na tej płycie, garściami czerpie z poprzednich dokonań kompozytora - wiolonczele, potężne męskie chóry, fanfary, talerze i ten cały „vangelisowy" przepych... Od razu trzeba wspomnieć o doskonałej orkiestracji... Nic Raine - jeden z najlepszych współczesnych orkiestratorów, po raz kolejny udowodnił, że nie przez przypadek, przez ostatnie 20 lat współpracował etatowo z takimi gwiazdami jak John Barry, Maurice Jarre, Elmer Bernstein czy George Fenton, przyczyniając się do ogromnych sukcesów wielu znanych obecnie i cenionych ścieżek dźwiękowych. I „Aleksander" jest kolejnym takim wielkim sukcesem.

 

      Sporą część płyty zajmuje muzyka etniczna. Flety i tamburyny uwydatniają pustynne klimaty, sceny tańca, namiętności, zachodów słońca. Ciekawymi elementami są też muzyczne efekty wiatru (utwór „Dream Of Babylon"). Instrumentów etnicznych jest tak wiele, że nie sposób wymienić i rozpoznać wszystkich. Sporą część orkiestry stanowili soliści greccy i bułgarscy więc również instrumenty folkloru tych krajów oczywiście znajdziemy w tej muzyce. Etnicznym elementom szczególnego smaku dodaje na tej płycie kunsztowna gra pewnej osoby, którą Vangelis zaprosił do projektu. Jest to nie byle kto, tylko najpopularniejsza obecnie elektro-skrzypaczka - Vanessa Mae. Jej niesamowity talent możemy podziwiać w utworze „Roxane`s Veil". Przepiękne wolne smyczki, harfa i elektroniczny podkład Vangelis`a - jest to chyba najdostojniejszy i kojący umysł utwór tej płyty.

      W filmie opowiadającym o wojnach narodów żyjących niecałe 2500 lat temu, nie mogło zabraknąć muzyki dramatycznej, ilustrującej bitwy, śmierć, smutek i łzy. Emocje takie Vangelis uwydatnił szczególnie w utworach „The Drums Of Gaugamela" (charakterystyczny afrykański kobiecy chór i niepokojący rytm instrumentów dętych), "The Charge" (dość zaskakujący męski chór momentami nasuwający skojarzenia z „Omenem" Jerry`ego Goldsmith`a, w połączeniu z kotłami). Nie jest to może nic nowatorskiego, ale cudownie się słucha.

      Na koniec tej mieszaniny stylów warto wspomnieć, co zapewne nie jest zaskoczeniem, o nawiązaniach do innych ścieżek dźwiękowych. Powiem krótko - życzę każdemu by tak umiejętnie elementy swoich poprzednich dzieł wplatał w nowe brzmienia, jak Vangelis uczynił w muzyce z „Aleksandra". Wszystkie sławy, na czele z John`em Williams`em czy Hans`em Zimmer`em garściami czerpią z swoich poprzednich dokonań (nie wspominając o ich inspiracjach kompozytorami nieżyjącymi już), więc od Vangelis`a trudno było wymagać cudów. Oczywiste jest, że każdy kto spodziewał się po tej muzyce jakichś super innowacji na pewno się zawiedzie - i to trzeba od razu powiedzieć. Jednak nie oznacza to, że muzyka ta nie może być wspaniała, o czym ja się właśnie przekonałem.

      Przy okazji skomponowania muzyki do „Aleksandra" Vangelis napisał też muzykę do gry komputerowej wydanej oczywiście na podstawie filmu pod tym samym tytułem. Najnowszy film Oliver`a Stone`a otworzył ponownie kompozytorowi drzwi do Hollywood. Pojawiły się nowe propozycje, o których sam zainteresowany nie chce na razie mówić. Na koniec chciałbym wspomnieć o jednym „ale", które sygnalizowałem na początku recenzji. Mianowicie 59 minut muzyki, to o wiele za mało. Vangelis otwarcie powiedział, że skomponował dwa razy więcej score`u. Początkowo był plan wydania wersji kompletnej na dwóch płytach. Czemu nie została wydana? Możemy domniemywać... Najprawdopodobniej przyczyną tego jest fakt, że soundtrack został wydany na dużo wcześniej przed premierą filmu i zadecydowały obawy marketingowe, czy aby się płyta dobrze sprzeda. Możemy mieć tyko nadzieję, że wersja dwu-płytowa ujrzy światło dzienne, bo w końcu soundtrack wydany na razie jednopłytowy sprzedaje się bardzo dobrze.

„Aleksander" to doskonały soundtrack - dla mnie jeden z najlepszych jakie słyszałem w tym roku. Przepiękne bogactwo muzycznych stylów, przepych, romantyzm, wpadające w ucho tematy... Przy tym orkiestracja i doskonała jakość dźwięku. Dlaczego więc nie ocena maksymalna? Tylko z dwóch powodów - te tylko (albo aż) 59 minut muzyki oraz fakt nawiązań do innych soundtrack`ów. Na koniec, krótko, zwięźle i na temat... Wszystkie drobne minusy nie zmieniają faktu, że muzyka z „Aleksandra" to po prostu stary, doskonały Vangelis, jakiego chce się słuchać... Koniecznie!

 

Ocena:
Minusy : 1) za mało muzyki na płycie w stosunku do ilości w filmie;
Plusy : 1) stary dobry Vangelis 2) "słuchalność" 3) Vanessa Mae 4) etniczne elementy

4,5/5

Rok produkcji : 2004
Rok wydania : 2004
Wydawca : Sony Classical/Sony Music Soundtrax
Wydanie : 4/5 (brak książeczki nadrabia ładna, czterostronnicowa rozkładana w formie dwóch skrzydeł wkładka, z zdjęciami filmu, składem orkiestry i z zdjęciem kompozytora
Dostępność w Polsce : bardzo łatwa (każdy hipermarket, sklep muzyczny czy internetowy)
Cena : 1) około 50-60 złotych [nowy egzemplarz]
2) około 30-40 złotych [płyta używana]
Gdzie możesz kupić tą płytę : na pewno ją widziałeś na niejednej półce w sklepach :)

 

Adam Krysiński

      

   

  góra strony 

| Ustaw stronę jako startową
Copyright: @Pismo 2002-2004 Webmastering&Design: