@Pismo 10 (3/2004)

  

 

 
 

Jesień pod znakiem Sci-Fi

 

      Tworząc dział Iluzjon planowaliśmy umieszczać w nim zarówno teksty dotyczące historii kina i muzyki filmowej, jak i recenzje nowości kinowych. Właśnie tych drugich zabrakło w poprzednim numerze - jednak uzupełniliśmy braki. Chciałem przedstawić Wam recenzje trzech filmów z gatunki Science-Fiction, jednak jeden z nich przez samo zaklasyfikowanie do typu Sci-Fi straciłby istotny element zaskoczenia. Niech zatem niespodzianka pozostanie nią do końca. 

      Zrecenzowane poniżej filmy nie należą do kina ambitnego, ale chyba w ponure jesienne wieczory warto pozwolić sobie na oglądnięcie czegoś ot  - dla rozrywki. Ocena w skali pięciostopniowej jest moim zdaniem wymierna tylko w granicy gatunku Sci-Fi. 

      Nadal szukamy osób, które chciałyby współtworzyć naszą rubrykę filmową, mamy nadzieję, iż będzie się ona rozrastać. Wszystkich chętnych do współpracy w tym dziale prosimy o kontakt na adres e-mailowy redakcji.   

 

Obcy kontra Predator

Alien Vs. Predator (USA,Czechy,Niemcy, 2004)

czas trwania: 100 min.

Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Scenariusz: Paul W.S. Anderson, Shane Salerno

Obsada:
Sanaa Lathan - Alexa 'Lex' Woods
Raoul Bova - Sebastian de Rosa
Ewen Bremner - Graham Miller
Colin Salmon - Max Stafford
Lance Henriksen - Charles Bishop Weyland

      Szczerze przyznam, że niecierpliwie oczekiwałem tej produkcji. Może właśnie dlatego nieco się na niej zawiodłem, moje rozczarowanie jest jednak mniejsze niż to, które emanuje z większości recenzji. Zacznę 

może od kilku informacji, którymi krytycy nie podzielili się z czytelnikami. Otóż pomysł przeciwstawienia sobie dwóch drapieżnych ras pozaziemskich - jak w tytule - nie jest nowy. W 1989 r. nakładem DarkHorse ukazał się pierwszy komiks Aliens vs. Predator".Dziesięć lat później miłośnicy gier komputerowych mają szansę wcielić się w postać Obcego lub Predatora ( czy też żołnierza korpusu Marines) i poczuć dreszczyk bezwzględnej walki ( ogromny realizm jak na tamte czasy... oraz ten klimat - naprawdę strach się bać!). Komiks jest kontynuowany nadal a gra doczekała się sequela. O tym, iż  Alien vs. Predator" nawiązuje do kilku filmów wytwórni 20th Century Fox wspominać chyba nie muszę. Dodam tylko iż "Obcy - Ósmy pasażer Nostromo" będący pierwszym z czterech filmów serii 

wszedł na ekrany kin w 1979 r., zaś pierwszy raz postać Predatora widzowie mogli zobaczyć w filmie z 1987 r. Po trzech latach nakręcono Predatora 2". 

Akcja filmu Obcy kontra Predator" rozgrywa się długo przed masakrą na statku kosmicznym Nostromo". Grupa ludzi kierowana przez Charles`a Bishop`a Weyland`a (właściciel korporacji Weyland Industries, twórca androida Bishop - zdecydowane nawiązanie do serii Obcy") eksploruje wnętrze tajemniczej piramidy spoczywającej głęboko pod lodami Antarktydy. Swoim wtargnięciem budzą do życia bestie ukryte wewnątrz budowli. Niedługo okazuje się jednak, że oprócz krwiożerczych monstrów mogą się obawiać jeszcze kogoś... Rozpoczyna się walka, w której ludzie nie mają żadnych szans...

      Alien vs. Predator" kończy się niespodziewanie szybko. Czas rozwinięcia wątku jest nieproporcjonalnie długi w porównaniu z kulminacją i finałem. Brak charyzmatycznych postaci na miarę porucznik Ripley (znakomita kreacja aktorska Sigourney Weaver w serii Aliens" ). Pomysł umiejscowienia akcji w piramidzie na biegunie polarnym niezbyt trafny, aż prosi się o jakieś dokładniejsze wyjaśnienie ( motyw jakby znajomy z filmu Gwiezdne wrota" przez co niezbyt świeży, a dodatkowo niedopracowany pod względem fabularnym). Akcja czasem toczy się za szybko (w tempie błyskawicznym topnieje liczba odkrywców wewnątrz piramidy). Zdecydowanie na plus efekty specjalne jak i genialne wykreowanie postaci Predatorów i Obcych - jest na co popatrzeć! Wizualna strona filmu jest jego najmocniejszą, z fabularną i dźwiękową gorzej. Na ten film do kin mogę z czystym sumieniem zaprosić tylko miłośników gatunku.

Ocena filmu: Podsumowując - „Obcy kontra Predator" to produkcja dopracowana od strony wizualnej (postaci tytułowych ras świetnie przedstawione, dobre efekty specjalne), natomiast scenarzysta nie postarał się o wywołanie szczególnych emocji u widza.

3/5


Kroniki Riddicka

The Chronicles of Riddick (USA, 2004)

czas trwania:  100 min.

Reżyseria: David Twohy
Scenariusz: David Twohy, Jim Wheat, Ken Wheat

Obsada:
Vin Diesel - Richard B. Riddick
Judi Dench - Aeron
Thandie Newton - Dame Vaako
Karl Urban - Vaako
Alexa Davalos - Kyra

      Film ten jest kontynuacją historii znanej z Pitch Black". Tytułowy bohater to poszukiwany przez łowców nagród przestępca. Nieoczekiwany splot zdarzeń sprawia, iż Riddick okazuje się być jedynym człowiekiem zdolnym powstrzymać inwazję Necromongerów - tajemniczej armii podbijającej wszechświat.

      Rewelacyjne efekty specjalne, genialnie stworzona sceneria ( wnętrza statków Necromongerów, będące połączeniem gotyku z zaawansowanymi technologiami robią niesamowite wrażenie, podobnie jak krajobraz planety więzennej przypominający wizje znane z obrazów Zdzisława Beksińskiego ). Ciekawie pokazane sceny walki i kilka wymyślnych sposobów zabijania" przeplatane z humorem sytuacyjnym. Niestety, niektóre scenki jakby skądś znane. Dobre tempo akcji, jednakże czasem bohater jest w jednym miejscu by nieoczekiwanie znaleźć się w innym, a o sposobie tego przemieszczenia reżyser nie informuje. Świetnie zaprojektowane kostiumy ( zbroje Necromongerów). 

 

      Po oglądnięciu film wydaje się nieco za krótki - nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż scenarzysta zostawił sobie pole do realizacji kolejnej części filmu. 

      Czasem coś chciałoby się zobaczyć dokładniej, czasem w wolniejszym tempie - ale generalnie bez większych zarzutów. Produkcja łatwa w odbiorze, z wyraźnymi elementami kina sensacyjnego. 

Ocena filmu: Kroniki Riddicka" to połączenie kina akcji z Science-Fiction, pod względem fabuły obraz ten jest bardziej konsekwentny niż „ Obcy kontra Predator", poza tym w przeciwieństwie do wspomnianego akcja rozgrywa się w wielu sceneriach. Efekty specjalne i strona wizualna - zdecydowany plus!

4/5

  

Patryk

 

 

Barry & Costner

 

      Z okazji 15-sto lecia premiery filmu "Tańczący z Wilkami", 70-tych urodzin kompozytora Johna Barry`ego, 50-tych urodzin aktora Kevina Costner`a oraz ukazania się nowego rozszerzonego wydania muzyki z filmu "Tańczący z Wilkami", przygotowałem mały artykuł przedstawiający prace Costner`a i Barry`ego bardziej "od kuchni".

Pod koniec lat 80 XX wieku pozycja westernu, jako jednego z filmowych gatunków w kinie, była mocno zachwiana. Kolejne produkcje nie dorównywały w żaden sposób tym z złotej ery lat 50 i 60. Tak było aż do 1990 roku...

      Wtedy to aktor - Kevin Costner, debiutując jako reżyser i producent, triumfalnie przywrócił westernowi należne mu miejsce w kinie. Swoją historią o unijnym żołnierzu Johnie Dunbarze oraz o jego przyjaźni z Indianami i ich wspólnej walce z historią, zachwycił świat. Ta epicka opowieść wzruszyła i poruszyła miliony miłośników kina na całym świecie, którzy lawinowo zapełniali kina na projekcjach tego filmu. Tańczący z Wilkami zarobił na całym świecie ponad 425 milionów dolarów, co uplasowało go na czwartym miejscu światowego box-office`u (za "Kevin Sam w Domu", "Duch" oraz "Pretty Woman") w roku 1990. Wobec filmu nie pozostali też obojętni krytycy filmowi i filmoznawcy, przyznając "Tańczącemu z Wilkami" nominacje do Oskara aż w 12 kategoriach. Ostatecznie film zdobył siedem statuetek : za najlepszy film roku, za reżyserię, za scenariusz adaptowany, za montaż, za zdjęcia, za dźwięk oraz za muzykę. Film otrzymał również Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Jednak to nie wszystko. Posypały się też nominacje i wyróżnienia do Złotych Globów - trzy statuetki (za najlepszy film, reżyserię i scenariusz) na 6 nominacji. Oprócz tego były nominacje do BAFTA , oraz nagrody i wyróżnienia na wielu festiwalach, czy honorowe laury wielu instytucji filmowych, historycznych czy aktorskich.

      Waga tego filmu nie wynika bynajmniej tylko z dziesiątek nagród, które otrzymał. Film ten przyniósł bowiem romantyczne spojrzenie na zgoła przerażający okres amerykańskiej historii, w którym dokonał się akt zagłady życia Wielkich Równin. Jak na dzieło debiutanta, cechuje ten film niezwykła mądrość i dojrzałość, nostalgia i gorzki rozrachunek z przeszłością. Film Costnera ma wszystkie cechy ekscytującego widowiska, w którym każdy kadr przypomina dzieło sztuki. Ma ten film jeszcze jedno przesłanie ważne dla współczesnych: że warunkiem poznania samego siebie jest odrzucenie fałszywie pojmowanej cywilizacji. Film mówi o tym od pierwszej sceny aż po nieskończenie smutny finał....  Costner sam wielokrotnie mówił w wywiadach.

      Tańczący z Wilkami stał się też źródłem wielu sensacji. Najpierw dlatego, że po wieloletniej zapaści, jaką przeżywał western jako gatunek - film Costnera wskrzesił opowieść o Dzikim Zachodzie w jej pierwotnej wspaniałości, wzbogaconej możliwościami technicznymi nowoczesnego kina. Western, jak za najlepszych lat, stał się znów nie tylko najpopularniejszym gatunkiem filmowym, lecz także cudowną krainą naszych marzeń. Tańczący z Wilkami, to wielkie zwycięstwo jego twórcy, Kevina Costnera, popularnego dotąd aktora, który uparł się, by zadebiutować w tym filmie jako reżyser, odpowiedzialny za niego od pierwszej do ostatniej sceny. A przecież wtedy mógł się domyślać, że szans na powodzenie ma małe. Z Costnerem nie chciała rozmawiać żadna z wytwórni. Nie tyle dlatego, że bały się ryzyka finansowego, że film miał trwać ponad trzy godziny, że znaczna część dialogów miała się toczyć w indiańskim narzeczu lakota. Głównie chodziło o to, że Costner podjął temat, który mimo upływu czasu uwiera amerykańskie sumienie, choć on zarzekał się, że nie chce zrobić filmu politycznego o winie Jankesów wobec ich czerwonoskórych braci. "Ten film opowiada o tym - wyjaśniał w jednym z wywiadów - jak kształtował się mój kraj. Rozgrywa się na Dalekim Zachodzie i mówi o spotkaniu i starciu się dwóch kultur, o ludziach, którzy pragną się porozumieć. Nie pokazuję, jak zdobyliśmy Dziki Zachód, ale jak go utraciliśmy."

      Film zamknął się w budżecie 17 milionów dolarów, co na tamte czasy było i tak jeszcze dość skromną sumą. Kręcono go od czerwca do listopada 1989 roku w plenerach Południowej Dakoty, wokół ostatnich, nieskażonych jeszcze przez współczesną cywilizacje i przemysł równin i terenów. Ważnym elementem filmu są bohaterowie. Costner postanowił zatrudnić mało znanych aktorów oraz rodowitych Indian, którzy w filmie mówią indiańskim narzeczem lakota, do którego potem stworzono angielskie napisy na potrzebę widzów.

      Costner wraz z swym długoletnim przyjacielem - Jimem Wilsonem, zaczęli szukać kompozytora, który mógłby napisać muzykę do filmu. Costner mówił wtedy : "Jestem symfonicznym gościem. Lubię czuć dużą orkiestrę". Tym samym dawał do zrozumienia że muzyka musi być potężna i współgrać z ogromem filmu. Ich wybór padł na Johna Barry`ego, Brytyjskiego kompozytora.... Kompozytora doświadczonego, szanowanego i uznanego wśród krytyków. Costner mówił : "Cały czas jestem pod wrażeniem muzyki Johna do Pożegnania Z Afryką. Chciałem mieć coś takiego w moim filmie. Nie chciałem czegoś i kogoś innego. Barry był dla nie oczywistym wyborem. Zastanawialiśmy się tylko z Jimem, czy John podoła zadaniu, bo przecież dopiero co wyszedł z tej dwuletniej ciężkiej choroby. Jednak postanowiliśmy zaryzykować".

      Costner i Wilson wysłali Barry`emu skrypt scenariusza po zakończeniu zdjęć do filmu w grudniu 1989 roku - "który przeczytałem z uwagą i który bardzo mnie zainteresował", jak Barry później mówił. Pod koniec stycznia 1990 roku kompozytor przyleciał na jeden dzień do Los Angeles zobaczyć kilka demonstracyjnie zmontowanych już scen filmu. "Byłem z Costnerem bardzo zgodny że już pierwsze fragmenty filmu dadzą mi duże możliwości do komponowania. Już pod wieczór w samolocie w drodze powrotnej do Nowego Jorku zastanawiałem się nad tematami". 24 stycznia 1990 roku Barry rozpoczął w swym domu na Long Island pracę nad tematami dla wielu bohaterów, scen i sytuacji w filmie.

      W momencie rozpoczęcia pracy kompozytorskiej do Tańczącego z Wilkami Barry miał już na swym koncie ponad 65 filmów do których stworzył muzykę, 4 oskary i duże pieniądze. Jednak z westernem w swej karierze miał wtedy do czynienia tylko dwa razy - przy Monte Walsch Williama Frakera z 1970 roku oraz przy Białym Bizonie Lee Thompsona z 1977 roku. Jak Barry wspominał : "Filmu Costnera nie nazwałbym westernem. Nie ma w tym obrazie nic co do westernów typowo się zalicza i co zawsze lubiłem - no może poza okresem historii. Film Costnera to stricte historia życia unijnego żołnierza... Historia której jeszcze nikt w kinie wcześniej nie zaprezentował."

       Barry przedstawił Costnerowi koncepcję muzyczną, przez telefon. "Dzwoniłem do Johna często. On pracował w Nowym Jorku, a my stale składaliśmy film w Los Angeles po zakończeniu zdjęć" - wspominał Costner. Barry nagrał kilka tematów na pianinie, flecie, perkusji i skromnym chórze i wysłał taśmę demo Costnerowi "by dać obraz Kevinowi jak ja widzę tą muzykę w tym filmie i jak ona mogła by wyglądać" - wspominał... Taśma demo zawierała niecałe 20 minut muzyki - "Miała ona romantyczną nutę jak chciał Kevin, temat dla Indian, temat podróży Dunbara oraz moją muzyczną refleksje która według mnie była by dobra do ilustracji scen w których bohater wpisuje do pamiętnika kolejne przeżycia". Costner wraz z koproducentem Wilsonem taśmę przyjął i Barry mógł rozpocząć już bez przeszkód oficjalną pracę nad kompletnym już scorem do filmu. To co chciał skomponować mógł już teraz zacząć rozwijać w dłuższe, bardziej kompletne motywy do których mógł dochodzić wieloma drogami. Costner w wywiadzie wspominał o wrażeniach jakie wywarła na niego taśma demo - "Od razu spodobał mi się motyw podróży mego bohatera. Była to chyba najmocniejsza partia tej taśmy. Już przed oczami widziałem muzykę na tle kanionów i prerii przez które przejeżdżał Dunbar - to było to o czym marzyłem".

       Costner postanowił dać Barryemu pełna swobodę przy komponowaniu - "Nie chciałem narzucać Johnowi swoich pomysłów. Dałem mu wolną rękę by mógł komponować według swojego punktu widzenia. Muzyka nie była stricte punktem widzenia Johna. To była raczej muzyka która obraca się wokół życia mego bohatera - przygody, końca dramatycznej wojny... To muzyka o obserwacjach właśnie Dunbara, znalezieniu przyjaźni z Siuxami, i jego opinii o otaczającym go świecie. Dunbar przecież sam powiedział w filmie - Nic co mówiono mi o tych ludziach nie było prawdą... I to jest chyba właśnie to, dlaczego ta muzyka żyje własnym życiem."

       Ostatecznie kompozytor do filmu skomponował około stu minut muzyki. "To jest duży score, długi score i trudny technicznie score... Jednak jest on prosty w odbiorze. Dunbar to bardzo prosty człowiek, choć z wielkim sercem. Ta muzyka to piękna historia o nim i o jego przygodach i przeżyciach. Najtrudniejsze dla mnie było właśnie wydobyć muzycznie i uchwycić te sceny, które nie dotyczą czynów, ale bardziej umysłu. Niby proste ale..." - jak wspominał Barry. I nie mylił się...

       Przez siedem dni w czerwcu oraz w październiku 1990 roku Barry nagrał score wraz z 95-cio osobową orkiestrą i 12-sto osobowym damskim chórem. "Psychiczne przesłanie tego filmu jest duże. Opowiedzenie tej historii jest niewątpliwie trudną sztuką. Score mało urozmaicony, rozpisany na drobną orkiestrę mógłby być od razu stracony przez ogrom filmu. Oczywiście jest w filmie wiele momentów intymnych i osobistych do których nie potrzebna mi była duża orkiestra. Jednak dalej brzmią one bardzo rozbudowanie" - wspominał Barry... Krytycy muzyczni, tak jak i publika przyjęli score z wielkim entuzjazmem. "The New York Times" okrzyknął muzyczną ilustrację do filmu Costnera "najbardziej ambitną kompletną i skomplikowaną ścieżką muzyczną" w karierze Barryego. Magazyn "Premiere" napisał - "wirtualna symfonia".

       25 marca 1991 roku Barry otrzymał piątego w swojej karierze Oskara, właśnie za muzykę z Tańczącego z Wilkami. Wcześniej wykonał koncertową suitę w londyńskiej Royal Albert Hall, a tytułowy temat z filmu stał się obowiązkowym programem muzycznych koncertów na następne lata. Kompozytor cały score zadedykował trzem lekarzom, którzy przez dwa lata starali się przy jego szpitalnym łóżku ratować mu życie. "To dzięki nim żyję i mogę dalej komponować" - wspominał kompozytor.

       Barry całkowicie zmienił standardy muzyczne jakie wcześniej występowały w tego typu filmach. Do Tańczącego z Wilkami stworzył muzyczny western z nowym brzmieniem - dobitnie romantycznym, czasami melancholijnym i bardzo dramatycznym. "To było kompletnie odmienne doświadczenie dla mnie. To wspaniałe być Anglikiem i móc usiąść i skomponować muzykę do filmu o Amerykanach i ich amerykańskiej historii" - wspominał Barry. A Costner dodał : "John jest prawdziwym artystą - w każdym tego słowa znaczeniu".

      Soundtrack poza Oskarem otrzymał status multiplatynowej płyty, nagrodę Grammy, oraz nominację do Złotego Globu i BAFTA. Stał się sukcesem nie tylko artystycznym ale tez komercyjnym. Ścieżka dźwiękowa przez ponad rok była w pierwszej piątce rankingu magazynu "Billboard" najlepiej sprzedających się płyt muzycznych. Przez 7 lat był najlepiej sprzedającym się soundtrackiem w latach 90. W 1997 roku sukces muzyki z Tańczącego z Wilkami przebił Titanic Jamesa Hornera. Jednak czy aby na pewno sukces artystyczny też? To pytanie pozostawiam czytelnikom...


Adam Krysiński

W artykule wykorzystałem cytaty i wiadomości z ogólnie dostępnych wywiadów, notek prasowych i dokumentów (w tym z czasopisma "Konie i Rumaki" oraz encyklopedii "Kronika Filmu").

 

      

  góra strony 

| Ustaw stronę jako startową
Copyright: @Pismo 2002-2004 Webmastering&Design: