|
Bolesław Faron
Nauczyciel
nauczycieli
Kiedy przed paru tygodniami otrzymałem z redakcji "Konspektu" propozycję napisania krótkiego wspomnienia o Janie Nowakowskim, ucieszyłem się bardzo. Radość moja wywodzi się przede wszystkim z faktu, że znalazły się w naszej uczelni osoby, które postanowiły utrwalać również przeszłość WSP, ludzi ją tworzących. Nie jest to wprawdzie 600-letnia historia, a zaledwie ponad 50 lat, podczas których Uczelnia przeszła wyraźną ewolucję, dynamicznie się rozwijając. Tworzyli ją ludzie wybitni, głęboko oddani formowaniu nauczycieli dla polskiej szkoły. Kiedy zaś mówimy, że to tylko ponad półwieczna historia, pamiętajmy, jak wiele jest dzisiaj w Polsce wyższych uczelni znacznie od krakowskiej Akademii Pedagogicznej młodszych.

Jan Nowakowski
Przed dziesięciu laty pożegnaliśmy Jana Nowakowskiego na zawsze na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Było to 18 kwietnia 1991 roku, zmarł 11 kwietnia. Uświadomiłem sobie wtenczas, że wraz z tym znakomitym historykiem literatury, wieloletnim profesorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej, wychowawcą wielu pokoleń nauczycieli, polonistów i pracowników nauki odchodzi bezpowrotnie jeden z ostatnich pedagogów tamtej generacji. Był bowiem Nowakowski nauczycielem z krwi i kości, był nauczycielem z powołania. Należał do tego pokolenia polskich uczonych, które działalność pedagogiczną w uczelni wyższej poprzedziło kilkuletnią nieraz nauczycielską służbą w szkolnictwie średnim.
Miałem szczęście należeć do uczniów Profesora, uczestniczyć na pierwszym i drugim roku filologii polskiej w jego wykładzie na temat literatury powszechnej, później literatury polskiej drugiej połowy XIX i XX wieku - pod jego kierunkiem dane mi było napisać i obronić pracę magisterską i doktorską, pod dyskretnym, życzliwym, aczkolwiek wymagającym okiem - kontynuować rozprawę habilitacyjną o jednym z jego mistrzów, o Stefanie Kołaczkowskim. Miałem też zaszczyt odwdzięczyć się - chociaż w symboliczny sposób - za tę wieloletnią opiekę naukową, kiedy w 1985 roku Rada Wydziału Humanistycznego WSP zwróciła się do mnie, bym napisał opinię o dorobku Profesora w związku z wnioskiem o przyznanie mu doktoratu honorowego. Przedstawiłem też jego sylwetkę po śmierci na zamówienie "Pamiętnika Literackiego" (1991, z. 4), wspominałem o nim w innych swoich tekstach. Toteż tutaj czuję się zwolniony z możliwie pełnej charakterystyki Profesora; uczynią to zapewne inni jego uczniowie. Ja natomiast podzielę się z Czytelnikami "Konspektu" kilkoma wrażeniami, które dotyczą jego nauczycielskiej pasji i w znacznie mniejszym zakresie - życia.
Po raz ostatni rozmawiałem z Janem Nowakowskim na miesiąc przed jego śmiercią. Ogromnie zmęczony nękającą go chorobą wykazywał godną podziwu kondycję intelektualną, zainteresowanie życiem Uczelni, zmianami w kształceniu nauczycieli. Wspominał swój sprzed trzech lat pobyt w Wiedniu, kiedy w Instytucie Polskim, gdzie wówczas pracowałem jako jego dyrektor, wygłosił odczyt o Stanisławie Wyspiańskim w związku z osiemdziesięcioleciem zgonu poety. Z żalem stwierdził: "była to ostatnia moja podróż za granicę".
Dla mnie i dla moich kolegów był Nowakowski wzorem pedagoga. Niezwykle starannie przygotowany do wszystkich zajęć, imponował nam nie tylko wiedzą merytoryczną, lecz również wysublimowaną stylistyką wykładów, budził także podziw wycyzelowanym językiem, jakim prowadził z nami rozmowy. Pamiętam, jak na pierwszym roku polonistyki podczas wykładów z literatury powszechnej, by uświadomić nam upadek Cesarstwa Rzymskiego, stwierdził: "I przestały zagłębiać się w ziemię ilastą sochy ciągnione przez woły". Dbający o maniery, dobre zachowanie, zawsze elegancki i ujmujący, również od nas tego wymagał. Jego zawsze czyste, kiedyś jeszcze krochmalone koszule, nienaganne krawaty i te zawsze wyprasowane z ostrymi jak żyletka kantkami spodnie budziły w nas studentach respekt.
W sposobie ubierania się był raczej konserwatywny, dopiero w późnych latach pozwolił sobie ubrać biały golf do marynarki. Raz się udało nam zobaczyć go w krótkich spodenkach i w butach tzw. "pionierkach" (starsi je pamiętają). Zdarzyło się to podczas naszej wyprawy szlakiem literackim Gorców i Podhala, którą jako młody asystent organizowałem, a Profesor wraz z małżonką się z nami na nią wybrał.
Był estetą, i to zarówno w sposobie bycia, zachowania, jak również w podejściu do tekstów literackich, w analizie utworów, bez względu na to, czy były to lata pięćdziesiąte, czy czasy późniejsze. Na wpływy ideologiczne w toku interpretacji polskiego piśmiennictwa starał się być głuchy, zachowując przy tym absolutny słuch wobec tego, co w literaturze miało wartości uniwersalne, ponadczasowe, legitymowało się wysokim poziomem artystycznym.
Podczas uroczystości wręczenia mu doktoratu honorowego WSP w Krakowie 14 października 1985 roku Nowakowski powiedział m.in.:
"W 1950 roku - pośród lat trudnych i w niejednym względzie posępnych, zdarzyło się, iż związałem się z tą Uczelnią, która w łaskawości swojej przyznała mi teraz doktorat honorowy. Niechby go wolno było nazwać w mym przypadku - odwołując się do pewnej historycznej nazwy - odznaką za wierną służbę".
"Służbę tę pełniłem zawsze z przekonaniem. Świadomy istotnej funkcji edukacji w trwaniu narodu, a decydującej w niej roli nauczyciela, z aprobującą uwagą przyjąłem koncepcję uczelni wyższej oddanej specjalnie sprawie generacji nauczycielskich".
Istotnie, służbę tę będzie pełnił Nowakowski do końca swego życia. Nawet po przejściu w stan spoczynku w 1978 roku nadal prowadził seminaria magisterskie, wykłady monograficzne, recenzował prace doktorskie, habilitacyjne i wnioski profesorskie. Bez przesady można powiedzieć, że wraz z Wincentym Dankiem i innymi profesorami swej generacji był współtwórcą koncepcji kształcenia nauczycieli w akademickiej szkole wyższej. Jego udział w przygotowaniu programów nauczania polonistów, troska o jakość studiów dla pracujących i wreszcie stała walka o wysoki merytorycznie poziom kształcenia nauczycieli przy zrozumieniu wagi przygotowania metodycznego powodowały, że krakowska WSP z biegiem lat stawała się wzorową szkołą pedagogiczną.
Pedagogicznym pasjom nauczyciela-praktyka towarzyszyła zawsze refleksja teoretyczna. Już przed wojną, podczas pracy nauczycielskiej w Brześciu opracował m.in. artykuły Plany i programy a próba życia (1935), Kółko polonistyczne. Problematyka w zarysie (1936), Nauczanie jako sztuka (1938), Przymierze z ziemią. Ochrona przyrody a wychowanie (1946).
Po drugiej wojnie światowej, zapewne w związku z pracą w WSP, jego zainteresowania przesunęły się w stronę dydaktyki szkoły wyższej, organizacji składów polonistycznych, kwestii kształcenia nauczycieli, aczkolwiek nadal będą mu bliskie kwestie roli osobowości nauczyciela polonisty w nauczaniu literatury czy "moment sztuki w nauczaniu literatury". Przesyłając mi odbitkę takiego artykułu do Warszawy w roku 1982 dołączył krótki list, który zachował się w moim archiwum domowym:
Wielce Szanowny Panie Profesorze,
Drogi Panie Bolesławie,
pozwalam sobie przesłać Panu świeżą nadbitkę tej mojej utopii - testamentu dydaktycznego, zrodzonego w genezie swej na tle doświadczeń innej szkoły, innego czasu. Coś zapadło już chyba w przeszłości - ale czy niepowrotnie...?
Łączę wyrazy szacunku
z serdecznymi pozdrowieniami
Jan Nowakowski
Kraków 24 V 1982
Sformułowania Profesora zawarte w tej korespondencji dzisiaj stają się szczególnie aktualne, dzisiaj, kiedy tyle przekształceń dokonuje się w polskiej oświacie. We wspomnianym szkicu pisał: "Dominacja sztywnej normy, piętno schematu, spętania indywidualności, martwica wyobraźni, władztwo biurokracji - to nie tylko tutaj i teraz dominujące stygmaty działań na obszarze szkolnictwa".
Stygmaty, dodajmy, od których nie uwolniła się ostatnio wdrażana reforma oświaty. Odwoływał się Nowakowski m.in. do Jana Władysława Dawida, który w pracy O duszy nauczyciela z 1912 roku ogłosił, iż "o to idzie, że nauczyciel nie może być biernym, mechanicznym wykonawcą celów i zadań nie przez niego przemyślanych i przyjętych, ale narzuconych mu z zewnątrz, przepisywanych mu z góry na lata, tygodnie, dni i godziny". Szczególnie przypadła mu do gustu ironiczna teza Dawida, że w takiej byłoby "ekonomiczniej wszystkich nauczycieli zastąpić przez automatyczne aparaty", które pozwoliłyby na absolutną unifikację procesu dydaktycznego.
Nowakowski dochowywał szczególnej wierności pedagogicznym przekonaniom. We wspomnianym artykule z 1982 roku przywoływał swoją tezę sprzed wojny, zawartą w opublikowanym w 1938 roku artykule Osobowość nauczyciela polonisty a nauczanie literatury. Stawiał pytanie, czy możliwy jest model nauczyciela doskonałego, nauczyciela, który jest nie tylko rzemieślnikiem, ale i artystą. Z żalem konstatował, że literatura pedagogiczna osobowości tej poświęca stosunkowo mało miejsca.
"Wolno chyba zatem - notował - wysunąć wniosek sugerujący fakt zagubienia podmiotu nauczania w mechanice obrotu kamieni polonistycznego młyna". Przerażał go normatywizm dokumentów oficjalnych, regulujących procesy dydaktyczne. Obawiał się, że w normatywnych trybach zatraci się "niemniej podstawowy czynnik dobrego nauczania" - osobowość nauczyciela, która w nauczaniu języka jest szczególnie istotna.
A jakim był człowiekiem? Nowakowski strzegł dość pilnie swojej prywatności. Toteż zarówno jako studenci, czy później młodsi koledzy wiedzieliśmy o jego osobistych sprawach stosunkowo mało. W czasie moich studiów zmarła jego pierwsza żona, polonistka w Liceum Ogólnokształcącym im. Joteyki. Pamiętam zawód moich koleżanek, gdy młody jeszcze wówczas docent żadną z nich się nie zainteresował. Drugą małżonkę, panią Wandę poznałem osobiście. Od czasu do czasu zapraszał bowiem gromadkę młodych pracowników do domu na spotkanie przy lampce wina i kawie. Były to bardzo wysublimowane rozmowy na temat literatury polskiej i powszechnej, w sposób niezwykle dyskretny egzaminował nas wówczas z naukowych lektur, szczególną uwagę zwracając na teksty w językach obcych, a zwłaszcza w języku francuskim. Pani Wanda, miła, kulturalna, opiekuńcza wobec Profesora, życzliwa wobec młodych, posiadała całkiem inną profesję, była stomatologiem. Nie przeszkadzało jej to jednak uczestniczyć w naszych literackich dysputach.

Prof. Jan Nowakowski na spotkaniu w Instytucie Polskim w Wiedniu
Pod koniec życia nabył małą działkę i domek letniskowy w Podgórkach koło Tyńca. O ile pamiętam, co roku spędzał tam całe lato. Cieszył się zielenią, ogródkiem, w którym żona uprawiała jakieś rośliny. Często nas tam zapraszał. Bardzo był rad z tych wizyt. W zorganizowanym tam pokoju do pracy zawsze można było zauważyć nową lekturę i pisane piórem z charakterystyczną dla nich kaligrafią szkice do jego artykułów o Stanisławie Wyspiańskim, któremu był wierny do końca swojego życia.
Bolesław Faron
| 



 |