|
Bibliofilstwo i kolekcjonerstwo |
|
|
Ryszard SiwekO kłopotliwej bibliotece, efemerycznych bibliografiach i katalogachOd lat zajmuję się literaturą belgijskich frankofonów, jednak sporadycznie tylko interesowała mnie jej recepcja w Polsce. Z okazjonalnie kupowanych polskich przekładów autorów belgijskich z czasem powstała spora biblioteczka, mniemam, iż najobszerniejsza w kraju. Gromadzenie zbioru miało charakter przypadkowy, nie tyle wynikało z wiedzy na temat istniejących przekładów, ile raczej ze znajomości nazwisk oraz regularnych wizyt w księgarniach, antykwariatach i pod halą na Grzegórzkach. Wymieniam je, gdyż biblioteki krakowskie, łącznie z tą Najszacowniejszą, w interesującej mnie materii reprezentują mizerię. Gdy księgozbiór uznałem za całkiem pokaźny, uznałem, iż należy zweryfikować istniejące w nim luki Nie rezygnując z okresów wcześniejszych, za pierwszoplanowe zadanie wyznaczyłem sobie inwentaryzację współczesnych polskich „belgicanów”. Skupiłem się na Polskiej Bibliografii Literackiej, obejmującej lata 1944–1989 (PBL) oraz Bibliografii Literatury Tłumaczonej na Język Polski (PLT). W obu wyróżniony jest dział belgijski. Informacji za lata ostatnie postanowiłem poszukać w zinformatyzowanych katalogach Biblioteki Narodowej i Jagiellonki. Konfrontacja danych zawartych w studiowanych materiałach z tym, co udało mi się wcześniej zgromadzić, zaowocowała zdziwieniem, nieco później irytacją i stwierdzeniem, że nie są one w żadnym stopniu wyczerpujące, a jedynie pomocne. O kilku zdziwieniach i irytacji rzecz ta będzie. Pierwsze zdziwienie (PBL, 1946) wzbudził brak S.A. Steemana. Ten klasyczny twórca powieści kryminalnych cieszył się dużym uznaniem również w Polsce od połowy lat trzydziestych. Tylko za życia autora dwanaście z jego dzieł przeniesiono na ekran. Morderca mieszka pod 21 należy do kanonu gatunku. Pozostając w dziedzinie, w której tworzył Steeman oczekiwałem, iż w materiale PBL równie szybko pojawi się G. Simenon, jego ziomek z Ličge. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy wertując kolejne lata (tomy) PBL stwierdzałem jego nieobecność. Jest przecież czołową postacią światowej literatury popularnej, francuskojęzycznym autorem najliczniej tłumaczonym i wydawanym w XX wieku. Moje zdziwienie przerodziło się w chichot, gdy w dziale „Literatura belgijska” nazwisko Simenon pojawiło się dopiero w roku 1989, obwieszczając (sic!) zgon pisarza. Uznałem, iż zamieszczona w takim kontekście informacja mieści się w kategorii czarnego humoru, ewentualnie purnonsensu. W mojej bibliotece jest blisko dwadzieścia pozycji sygnowanych nazwiskiem Simenon, wydanych w latach 1956–1989, to jest w okresie od powojennego debiutu pisarza w Polsce do śmierci; liczba jego utworów wydanych tu do 2003 roku sięga trzydziestu. Wznowień nie liczę. Formułując powyższe „zadziwienia”, przyjmuję metodologicznie poprawną postawę amatora czerpiącego informacje ze źródeł wiarygodnych z racji instytucji, która je firmuje. Jednak konfrontacja z własnymi zasobami te informacje dezawuuje. Z PBL wynika bowiem, że zarówno Steemen, jak i Simenon są Francuzami i szukać ich należy w dziale „Literatura francuska”, mimo że ani jeden, ani drugi takich deklaracji nie składali. Podobnie jak ze Steemanem czy Simenonem, jest z J.H. Rosnym, autorem popularnego cyklu powieści prehistorycznych (np. Walka o ogień). Pierwsze posiadane przeze mnie jego polskie tłumaczenie nosi datę 1903, mam też kilka wydań z okresu międzywojennego. W PBL umieszczony został w dziale francuskim. Można tam zresztą znaleźć wielu innych Belgów „podrasowanych” na Francuzów. Znamienny w tym względzie jest 1956 rok. Dział belgijski obejmuje cztery nazwiska, m.in. Ch. De Costera i M. de Ghelderoda. Natomiast w dziale francuskim Belgów doszukałem się sześciu (F. Mallet-Joris, F. Marceau, H. Michaux, Ch. Plisnier, G. Simenon i E. Verhaeren). Na marginesie wspomnę tylko, iż w żadnym z działów nie uwzględniono M. Maeterlincka, o którym pisał wówczas A. Rogalski. Zatem cztery do sześciu z jedną niewiadomą, choć ze wskazaniem na pięć do sześciu. W roku następnym stosunek Belgów uznanych za Belgów do Belgów uznanych za Francuzów wynosi sześć do pięciu. Lata następne przynoszą kolejne niespodzianki. J. Sternberg, nietuzinkowa postać prześmiewcy i prowokatora, mistrz krótkiej formy „debiutuje” w PBL (1959) jako Francuz, by w latach następnych stać się Belgiem (1963, 1967), w 1968 roku ponownie Francuzem, rok później ponownie Belgiem. Według PBL (1965) Francuzami stają się w czołowi symboliści belgijscy (M. Maeterlinck, R. Rodenbach, E. Verhaeren oraz F. Hellens), nota bene ten ostatni symbolistą nie był, ale jest to decyzja M. Jastruna, autora antologii Symboliści francuscy. Nie inaczej jest z M. Caręmem, najczęściej publikowanym francuskojęzycznym twórcą dla dzieci. W PBL debiutuje jako Belg (1965), Belgiem jest w 1968 i 1985 roku, by w dwa lata później zostać Francuzem. Okazuje się, że Francuzem jest nawet J. Brel (1966). Zamieszanie związane z dezynwolturą przy określaniu narodowości autorów to nie jedyna, że użyję tu eufemizmu, niedogodność w kompletowaniu belgijskiej bibliografii, a przy okazji mojej biblioteki. Niemniej irytujące są braki. Dziwi brak R. Avermaete i jego obszernych monografii poświęconych Rubensowi i Rembrandtowi. Wypada tu jednak zaznaczyć, że obie publikacje odnotowuje PLT. Brak też wieloletniego sekretarza M. de Ghelderoda — J. Francisa, a ściślej jego pracy Bruegel. Przeciwko władzy (1976). Ów brak dziwi o tyle, o ile w PBL odnotowany on jednak został, tyle że cztery lata później, przy okazji publikacji belgijskiego numeru „Literatury na Świecie” i zamieszczonego w nim fragmentu monografii o Ghelderodzie właśnie J. Francisa. Ów fragment nosi zresztą znamienny tytuł Jak trudno być Flamandem. Nieco podobnie jest z P. Willemsem, jednym z czołowych przedstawicieli belgijskiego realizmu magicznego. W PBL (1967) odnotowana jest publikacja jego sztuki Deszcz pada w moim domu, brak natomiast wzmianki o dwa lata wcześniej wydanym eseju Aktualność teatru. Pominięcia i przeoczenia zawsze i każdemu mogą się zdarzyć. Gdy istnieje jednak oczywista możliwość ich usunięcia, należy to uczynić. A tak jest w przypadku Willemsa. Oba teksty opublikowane zostały w „Dialogu”. Publikacja Deszczu opatrzona została przypisem odsyłającym do Aktualności teatru. Przy tak oczywistym wskazaniu nic nie stało na przeszkodzie, aby wcześniejszy brak usunąć stosowną notką uzupełniającą. Analogiczny zabieg mógłby również korygować wcześniejsze dezinformacje natury narodowościowej. Publikacje bibliograficzne, stanowiące materiał „źródłowy” do weryfikacji luk w mojej belgijskiej bibliotece, nie obejmują lat ostatnich. Informacji za te lata postanowiłem poszukać w katalogach głównie BN, choć zerknąłem i do Jagiellonki. Pora więc, aby wspomnieć przynajmniej o kilku zdziwieniach, jakich tam doznałem. Informatyzacja zbiorów nie jest zbyt zaawansowana. Nie to jest jednak istotne, w obu wyróżniony jest dział belgijski. Z jego prześledzenia nasuwają się dwie obserwacje. Pierwsza wydaje się kluczowa. Żaden ze zbiorów nie jest kompletny, gdyż żaden z katalogów nie jest kompletny, nie mogą być więc miarodajne. Druga potwierdza, że zamieszanie związane z klasyfikacją „narodową” pozostaje ich słabością. W BN G. Simenon występuje zarówno w dziale belgijskim, jak i francuskim. Podobnie jest z A. Nothomb. Zaznaczyć wypada, że w przypadku obu autorów można zauważyć jednak przewagę opcji belgijskiej. J.H Rosny, F. Marceau, F. Mallet-Joris pozostają nadal Francuzami. Interesującym odkryciem jest pojawienie się komiksu belgijskiego (J. Van Hamme). Literaccy „puryści” mogą nad tym faktem ubolewać, ale nie zahamują przez to jego ekspansji. A Belgia należy do światowych potentatów w tej dziedzinie. Dodam przy okazji, że zaintrygowany odkryciem, niezwłocznie odwiedziłem jedną z większych księgarń w Rynku, by, czego wcześniej nie praktykowałem, uważnie spenetrować salę z komiksami. Jakież było moje zdziwienie, gdy obok wspomnianego już autora, odkryłem kilkadziesiąt tytułów przetłumaczonych i wydanych w ostatnich latach. Na koniec obserwacja ostatnia, która — taką mam nadzieję — uzasadnia powyższe dywagacje. Otóż polski czytelnik regularnie odwiedzający księgarnie, zainteresowany literaturą belgijską, nie jest w stanie wychwycić jej fantasmagorycznych objawień z dwóch powodów. Pierwszy — to brak działów narodowych, które bywają w antykwariatach, ale jakże ułomne! Drugi powód to informacja podawana przez wydawców. Odwołam się tu do przykładów najliczniej wydawanych po wojnie Belgów. Należy do nich z całą pewnością F. Mallet-Joris. Między 1967 a 1980 r. doczekała się u nas siedmiu publikacji. Tylko z dwóch wynika, że jest Belgijką. Z kolei F. Marceau, autor sztuki Jajko, cieszącej się znaczną popularnością w Polsce lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, według PBL i BN jest twórcą francuskim. Przełożone i wydane zostały cztery jego powieści, w trzech wskazano pochodzenie, w jednej natomiast (Sprawa Emila Magis), co wydaje się znamienne i zarazem znakomicie ilustrujące problem, nota wydawnicza brzmi: „powieściopisarz, eseista i dramaturg francuski...” Nie inaczej jest z ostatnim objawieniem literatury belgijskiej w Polsce — A. Nothomb. Między 2000 a 2003 r., ukazało się u nas osiem jej powieści. Tylko w jednej zawarta jest wzmianka, że autorka jest Belgijką. Podobną notkę znajdzie czytelnik w odniesieniu do J.P. Toussainta, a i sam tekst zawiera jednoznaczne sygnały: „W finale walczyły ze sobą Belgia i Francja. Już po pierwszej serii rzutów moi rodacy (...) wzięli górę nad niezręcznymi Francuzami” (Łazienka, s. 78), co nie przeszkadza opracowującym zbiory w BN, by autora zakwalifikować do literatury francuskiej. Zdaję sobie sprawę, że fikcji literackiej nie można przykładać do rzeczywistości w sposób tak uproszczony, że wymaga subtelnej i kompleksowej analizy, która ujawniłaby cechy właściwe literaturze belgijskiej, różniące je od literatury francuskiej. Nie można jednak ignorować tego typu sygnałów, zwłaszcza w odniesieniu do literatury najnowszej, nieobecnej jeszcze w opracowaniach. Przykłady można mnożyć. Poprzestanę na już wskazanych. Szczegółowa analiza nie mieści się w ramach proponowanych tu rozważań. Ich celem nie jest bowiem drobiazgowe wykazywanie każdego stwierdzonego błędu czy braku, ile podzielenie się kłopotem, jakiego nastręcza nieco uważniejsza lektura mozolnie opracowanego materiału, noszącego tytuł Bibliografia... Już choćby z tej racji, że nie został on opatrzony żadnym zastrzeżeniem, można przyjąć założenie, iż opracowanie jest miarodajne, to znaczy kompletne. Że takim nie jest, vide, jak wyżej. Nie ukrywam, że to mój kłopot, ale czy rzeczywiście tylko mój? Każdego, kto chciałby ogarnąć obecność belgijskich twórców w piśmiennictwie języka polskiego. Ryszard Siwek |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka |