Proza 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

Zobacz także:
Komplikować to, co proste... Wywiad z Romanem Wysoglądem

 

Roman Wysogląd

Realizm magiczny

 

Bohater pewnej, w gruncie rzeczy okropnie nudnej, powieści Kurta Vonneguta wypadł poza czas, ja wypadłem poza siebie.

Myję sracze, zadaję się z ludźmi o poziomie inteligencji zero koma zero dwa, sypiam z kobietami o urodzie Jerzego Połomskiego.

[Rozmiar: 6989 bajtów]

Pomimo tego, mimo wszystko, mam nadzieję, iż zapomniałem, czego życie powinno dotyczyć, chociaż przypadkiem jeszcze nie śpię o wschodzie słońca i świat niepobrudzony ludźmi wygląda jak na dziecinnych rysunkach, wydaje mi się, że nie jest jeszcze ze mną aż tak całkiem źle.

Kobieta, którą lubię (prawie całe, dorosłe życie), zwariowała, spaliła popiersie Światowida i została wyznawczynią Boga, którego imienia nawet nie wolno jej wymówić.

Nie mam o to do niej pretensji, przecież umarłem w marcu 1968, a urodziłem się w maju tego samego roku, czyli w moim wypadku, wieczność trwała dwa miesiące. Wtedy starsze kobiety przestały mi się podobać, a z młodszymi jeszcze nie znaleźliśmy wspólnego języka.

Ale nie na długo. Dziwna, niewidoczna, jakby pajęcza linia oddzielająca mnie od świata po raz kolejny dała o sobie znać.

Zacząłem pisać. Już lepiej było zostać pedałem albo ichtiologiem, z tego przynajmniej można się, podobno, wyleczyć.

Niestety, samotność w pustym mieście pełnym samobójstw, walących się, dzięki największej zdobyczy ludzkości, czyli socjalizmowi, zabytków klasy zero, plus odrobina niepewności i naiwności zrobiły swoje.

Uwierzyłem, iż jako pisarz mogę przejść życie, i to cudownie. Nic bardziej głupiego nie mogło mi przyjść do głowy.

I tak męczę się do dzisiaj. Kobiety, z którymi cokolwiek miałem do czynienia, wybrały wolność, pisarze, jakich szanowałem, skapcanieli, z miasta Krakowa zrobiono rumuńską tandetę.

Podobno w nie każdym życiu tak się dzieje, ale niestety nie wierzę w reinkarnację, więc…

Reszta wydaje się bardzo prosta, spokojnie i w miarę z rozsądkiem przeżyć tych kilka lat, które pozostały do niby to…

Ale co na to Kaczorowski, Drzeżdżon, Urbański? Przecież Oni także pokładali we mnie jakieś nadzieje. Mogę ich zawieść…? I co to słowo oznacza?

Nie wiem. Jak mnóstwa innych rzeczy, czasami ogarnia mnie przerażenie, gdy uświadamiam sobie, czego jeszcze nie zrobiłem, nie przeczytałem, gdzie nie byłem.

Albo nie napisałem, lub przynajmniej nie dotknąłem, a pewnie powinienem był spróbować. Dni mijają, dziewczynki za chwilę będą babciami, a mnie w dalszym ciągu wydaje się, że jestem chłopcem z Niebytu.

I tak pewnie było aż do roku 1987, kiedy to wypadłem poza siebie. Wsiadłem na prom płynący w stronę Ystad i… już było po mnie.

Podobno nic się nie zmieniłem, w dalszym ciągu nie garbię się, nie przepadam za piwem, nie lubię drobiu, współczesnej poezji francuskiej, gry w golfa, kobiet wiedzących prawie wszystko.

Niestety, ale to już nie jestem ja. Jeżeli to ja w dzisiejszym, skretyniałym i zdziczałym świecie, w którym ile zarabiasz?, kogo dymasz? jeszcze cokolwiek znaczy.

Wypadnięcie poza siebie w gruncie rzeczy było zupełnie bezbolesne. Na promie poszedłem do baru w miarę trzeźwy, spać położyłem się lekko pijany, w Ystad obudziłem się poza sobą. Jakie to wszystko niby proste, nauczyć się sikać w idealnym kierunku, chodzić, pisać, a następnie wypaść poza siebie.

Ciężko mi to wszystko pisać, bo niby po co? Żadna rewelacja, żadnych konstruktywnych wniosków, czysta biologia.

Chyba po prostu przedawkowałem narkotyk zwany życiem. Tylko, że kompletnie nic z tego nie wynika.

Kiedyś tam lubiłem dotykać kobiet, kieliszków, nieprzeczytanych książek. Nic z tego nie pozostało dzisiaj we mnie.

Patrząc na swoje odbicie w lustrze nie poznaję siebie, chociaż niby dlaczego mam się znać? W gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Wyjdę na balkon, popatrzę w pustą przestrzeń, spotkam przyjaciół.

A wypadnięcie poza siebie? No cóż, kiedyś w mieście Mexico City spotkałem faceta, który nie wiedział, jak się nazywa, ile ma lat, gdzie zakopał zęby.

Po kilku kieliszkach, na które go zaprosiłem, wróciła mu pamięć i od razu stał się sobą, więc może jeszcze nie wszystko stracone?

(Opowiadanie z tomu Kobiety, melancholia, strach)

Roman Wysogląd

O Sobie

Urodziłem się w Krakowie, podobno 20 lipca 1949 roku. Mnie przy tym w każdym razie nie było. Później mało co pamiętam; Szkołę Podstawową numer 7, Liceum im. Sobieskiego. Ocknąłem się w okolicach 1969 roku z piórem w dłoni, pisząc pierwszy, całkowicie grafomański wiersz.
Jako poeta debiutowałem w 1970 roku; jako prozaik — dwa lata później. Byłem współzałożyclelem Grupy poetyckiej 848. Nie wiem, dlaczego I po co, ale wydałem:
Przekrętkę — tom opowiadań (Warszawa 1985), Moskwę za trzy dni — powieść (Warszawa 1985), Obudzonego o zmierzchu — czarny kryminał (Kraków 1988), Codziennie i przez cały czas — powieść (Warszawa 1989), Dzieci niespecjalnej troski — opowiadania (1989), Nie ma w nas ciepła — opowiadania (1990). Regularnie, co dwa lata, drukuję nowe rzeczy w „Twórczości".
O dziwo, uhonorowano mnie także nagrodami (dwoma): im. Andrzeja Bursy (1986)
oraz im. Natalii Cal (także 1986) za najlepszy tom opowiadań w kraju (Przekrętka).
Poza tym żyję, kocham, rozwijam się, także literacko. Na tak zwanych laurach jeszcze nie spocząłem

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka