|
Esej |
|
|
Piotr KrywakDalej niż Chandler…W czasach, w których polska proza detektywistyczna wydawała cicho swe ostatnie tchnienie, a klasyczne wzory, do jakich sięgała, przeganiała armia majorów Downarów, kapitanów Szczęsnych i innych herosów powieści milicyjnej, trafił na rynek niepozorny, komiksową opatrzony okładką utwór Romana Wysogląda „Obudzony o zmierzchu” (Kraków 1988, KAW). Nakład powieści, najwyraźniej zauważonej i docenionej przez wielbicieli kryminałów, rozszedł się błyskawicznie. Nie dostrzegła jej za to krytyka, czemu trudno się dziwić, skoro pisanie o lżejszej literaturze uchodziło w kręgach opiniotwórczych za dowód złego smaku. Symboliczne znaczenie miał natomiast fakt, że książka nie ukazała się w żadnej z ówczesnych serii wydawniczych poświęconych beletrystyce kryminalnej, lecz jako pozycja odrębna, co mocno podkreśliło jej nietypowość na tle podobnych utworów schyłku lat 80. Już choćby to, że autor nawiązał do wzgardzonego przez polskich pisarzy wzorca — do poetyki czarnego kryminału wykreowanej niegdyś przez Dashiella Hammetta i Raymonda Chandlera — było swoistym wyzwaniem. Wzór ten wykorzystywali dotąd (w ograniczonym stopniu) jedynie twórcy powieści milicyjnych, którzy, jak dowodził Stanisław Barańczak, wymyślili hybrydę dawnej, angielskiej prozy detektywistycznej, i jej późniejszej, amerykańskiej odmiany. Z klasyki starszej wzięli pozytywnego bohatera, szlachetnego stróża prawa, obrońcy sprawiedliwości. Ubrali go tylko w milicyjny uniform i wsparli zbiurokratyzowaną machiną dochodzeniową. Z nowszej, „czarnej” prozy, przejęli natomiast rozległość czasu i przestrzeni, w których toczyło się śledztwo. Sami wnieśli lokalny koloryt: realia życia w PRL i swojską przestępczość zrodzoną pod budką z piwem. A że w kręgach bywalców takich miejsc o wielkich zbrodniarzy trudno, morderców poszukiwali wśród zeszmaconej inteligencji i skorumpowanych „prywaciarzy”. Wysogląd na łatwiznę nie poszedł. Pozostał wierny mistrzom, słusznie rozumując, że zabójstwo po pijanemu czy dintojra na Czerniakowie opisane w stworzonej przez nich poetyce wyglądałyby idiotycznie i raziły niezamierzoną śmiesznością. Akcję ulokował zatem nie w Polsce, lecz tam, gdzie się czarny kryminał narodził — w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej; bohaterem zaś, niczym Chandler, uczynił prywatnego detektywa. Cóż jednak oryginalnego w Obudzonym o zmierzchu, skoro stanowi on naśladownictwo prozy amerykańskiej, rzadkie wprawdzie w polskiej tradycji gatunku, lecz jakże częste w literaturze światowej? By pojąć, na czym polegało nowatorstwo Wysogląda, trzeba sięgnąć do przeszłości. Powieść kryminalna mówi o walce Dobra ze Złem, w różnych wszakże czasach postrzeganej inaczej. W Anglii, gdzie się narodziła, Zło symbolizowane przez zbrodnię ujmowano jako zjawisko incydentalne: chwilowe zakłócenie moralnego ładu, który w społeczności zasadniczo panował. Głoszono więc, iż dawny porządek łatwo przywrócić, bo Zło ma charakter jednostkowy: uosabia je konkretny człowiek a nie zbiorowość. W tej zaś sytuacji pieczę nad Dobrem można powierzyć specjalistom, których profesjonalne umiejętności gwarantują triumf etyki. Im skuteczniej sobie radzili, tym większą darzono ich estymą i tym silniejsza stawała się wiara, że pojedynczy człowiek zdolny jest pokonać Zło, wyręczając w owym dziele innych. Zwłaszcza, że działalność detektywów była zarazem ich hobby: pracowali dla zarobku, lecz i dla idei. Czarny kryminał amerykański zniszczył tę iluzję. Pokazał, iż Zło może mieć wymiar zbiorowy, a społeczeństwo ulec takiej deprawacji, iż prawa jednostka okaże się wobec niego bezsilna. W mrocznym świecie powieści Chandlera detektyw prywatny jest ostatnim sprawiedliwym, który — świadom już swych znikomych możliwości — walczy ze Złem nie dla idei, lecz na wezwanie, i tylko wtedy, gdy widzi szansę powodzenia. Nie dla społeczności już, nie dla sprawdzenia swych umiejętności, lecz dla klienta, który może być draniem, albo dla siebie. Nie sterylizuje brudnego świata, nie przywraca ani nie ustanawia w nim moralnego ładu, bo nie może przywrócić czegoś, czego wcześniej nie było, ani samotnie stworzyć tego, co wymaga zbiorowego wysiłku. To zadanie dla herosa z innej bajki: dla Supermana. Robi więc to tylko, co może, by pozostać wiernym samemu sobie, by we własnych oczach zachować godność. I na tym poprzestaje. W obu opisanych tu wersjach powieści kryminalnej pozytywny bohater pozostaje jednak fachowcem wyspecjalizowanym w zwalczaniu Zła, a tym samym moralnym autorytetem. Wie, co i jak zrobić, by Dobro zwyciężyło. Globalnie lub — jak u Chandlera — lokalnie. Wezwany na pomoc przychodzi i usuwa brud lub jego część; wyręcza nieudolne społeczeństwo, które samo nie umie sobie z nieprawością poradzić. Z myślą o nim, o pokrzywdzonej jednostce lub o sobie. Budzi podziw, ale nie pociąga za sobą innych. Można spać spokojnie — o Dobro będzie walczył za nas. To Holmes Conan Doyle’a, Poirot Agaty Christie, Maigret Georgesa Simenona; to nawet Spade Dashiella Hammetta czy Marlowe Raymonda Chandlera… Reprezentant i gwarant Dobra, spec o znanym nazwisku. Tak znanym, że wiadomo, do kogo zastukać, gdy zachodzi potrzeba. A co robi Wysogląd? Idzie znacznie dalej: depersonalizuje bohatera. Jego detektyw okazuje się anonimowy, i tak, wraz z nim anonimowe staje się Dobro. W świecie Conan Doyle’a czy Agaty Christie jest ono widoczne, jawne; wiadomo, co nim jest, kto je reprezentuje. Wiadomo, gdzie go szukać. Otacza się je czcią, dba o nie, kultywuje. Jest normą, a nie wyjątkiem. W świecie Chandlera jest już rzadkością, wciąż jednak można je odnaleźć, jeśli tylko ktoś szuka i odbierze wysyłany przez nie sygnał. Jest nim nazwisko detektywa, które w imieniu spychanego na margines Dobra zdaje się mówić: przychodźcie do mnie, tu jestem, jeszcze jestem… W absurdalnym, zepsutym do cna świecie Wysogląda na Dobro, o ile wolno jeszcze tak je nazwać, trafia się tylko przez przypadek. Jest bowiem bezimienne, głęboko ukryte, niewidoczne. Ginie w gąszczu mniejszych i większych afer, machlojek i świństw inspirowanych przez obywateli uchodzących za normalnych, uczciwych i szlachetnych. Sprawiedliwych już nie ma. Jako absolutny wyjątek od reguły pozostaje niezauważone; dostrzeżone przypadkowo — uchodzi za to, czym w samej rzeczy jest: za anomalię; ten zaś, kto o nie walczy, za głupca i dziwaka. Stłamszone, niechciane, odrzucone, ukrywa się pod maską obojętności, zgorzknienia, ironii i cynizmu. Zamyka się, otorbia. Tak mocno, iż zlewa się niemal ze Złem. Nie woła już, że jest. Źli, a tacy są wszyscy drugoplanowi bohaterowie powieści, noszą imiona i nazwiska, animatorzy nieprawości — pseudonimy, najmniej zdeprawowani — przydomki. Zło zostaje nazwane, jest jawne, lecz tak już powszechne, że swojskie, znajome. To ono stało się normą. Postrzega je tylko postać, a wraz z nią czytelnik książki, który przecież ogląda fikcyjny świat jej oczyma. Nie widzą go natomiast mieszkańcy absurdalnej rzeczywistości. Główny bohater jest w tych realiach Nikim. To outsider, któremu przyszło żyć w anormalnym świecie, i który się na ową nienormalność nie zgadza, lecz — nie mając na nią wpływu i nie mogąc uniknąć jej skutków — uczestniczy biernie w grze przerastających go sił, bacząc jedynie na to, by się ze Złem nie sprzymierzyć, nie utożsamić. Postępuje więc zgodnie z własnym sumieniem, gdy nadarza się okazja; kiedy indziej jednak zachowuje neutralność. Pozostaje w defensywie, jako bierny, pozbawiony złudzeń, anonimowy obserwator, którego tylko egzystencjalna konieczność zmusza do działania, a jedyną wolnością okazuje się swoboda myśli. Bohaterem powieści staje się nie konkretny człowiek, lecz jego świadomość. Bezimienny pracuje, by przeżyć, starając się o zachowanie twarzy i wewnętrznej pewności, że się nie poddał, że nie zrezygnował. Koszmarny świat już go nie obchodzi, bo nie ma w nim uciśnionych — zostali tylko mniej lub bardziej winni. I tylko w głębi duszy kołacze się zapomniana, abstrakcyjna idea, którą — na przekór wszystkiemu i wszystkim, na złość absurdowi — trzeba realizować. Już nie dla kogoś, lecz z myślą o sobie, o spokoju sumienia. Jeśli się da. Przez całą powieść przewija się motyw wygasającej licencji detektywa. Odnosi się wrażenie, że w ten właśnie sposób Dobro zapowiada, iż niebawem zniknie. Nawet w tej, niedoskonałej, karykaturalnej postaci, jaką nadał mu autor Obudzonego o zmierzchu. Lecz, póki jeszcze jest, co z tym, kto znajdzie się w potrzebie? Albo trafi na Bezimiennego przypadkowo, albo zostanie ze swym problemem sam. Celowo go na pomoc nie wezwie, bo nie wie już, kogo zawołać, ani gdzie znaleźć. I kto powiedział, że powieść kryminalna to tylko schemat, dzięki któremu nie można wyrazić żadnej prawdy o rzeczywistym świecie? Niezbędny Wam Sherlock Holmes? Piszcie do niego! Do Londynu, na Baker Street 221 B? Nie, na Berdyczów. Piotr Krywak |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka |