|
Gość Konspektu |
|
Losy Polaków1100 lat historii w porządku alfabetycznymZ profesorem Andrzejem Romanowskim, redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego”, rozmawia Krzysztof WoźniakowskiTo skarb polskiej nauki, wydawnictwo, które powinien znać każdy polski inteligent. Czytajmy „Polski Słownik Biograficzny”! — mówi profesor Andrzej Romanowski Krzysztof Woźniakowski: „Polski Słownik Biograficzny” ukazuje się od 1935 roku z dwoma przerwami, wojenną i w czasach stalinowskich. Wydano 41 tomów „Słownika”, których redaktorami byli profesorowie Władysław Konopczyński, Kazimierz Lepszy, Emanuel Rostworowski i Henryk Markiewicz. Jak czuje się w tym gronie drugi w historii redaktor–polonista, bo przecież „PSB” związany jest przede wszystkim z Instytutem Historii Polskiej Akademii Nauk?
Andrzej Romanowski: „PSB” jest dzisiaj wydawnictwem Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, które dotuje Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej... — Polska Akademia Umiejętności daje nam lokal, sekretarz generalny PAU, prof. Jerzy Wyrozumski jest członkiem naszego Komitetu Redakcyjnego. Przed wojną „PSB” był wydawany przez PAU, tam są nasze korzenie. Powstanie Instytutu Historii PAN w 1953 r. uratowało „PSB”, bo powstała Pracownia Polskiego Słownika Biograficznego, która przetrwała czasy stalinowskie; choć „Słownik” nie ukazywał się w tym okresie, prace redakcyjne trwały. Od 1994 r. finansowo wspiera nas Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej, bez której nie wyobrażam sobie wydawania rocznie 3 zeszytów na takim jak dotąd poziomie redakcyjnym. „Słownik” etatowo redagują dwie pracownie: XIX i XX wieku (Stanisław T. Sroka — kierownik, Elżbieta Orman-Michta, Anna Wiekluk, Mariusz Ryńca, Tomasz Latos) oraz Staropolska (Maria Czeppe — kierownik, Patrycja Gąsiorowska, Agnieszka Biedrzycka, Ewa Szklarska, Małgorzata Kamela, Joanna Daranowska-Łukaszewska, Roman Włodek).
9-osobowy Komitet Redakcyjny tworzą najwybitniejsi specjaliści z całej Polski, którzy recenzują nasze poczynania. Z kolei Rada Naukowa, licząca kilkadziesiąt osób, której przewodniczy prof. Janusz Tazbir, zbiera się raz na dwa lata i ocenia dwa ostatnio wydane tomy „Słownika”. Mam zaszczyt, ale i przyjemność współpracować ze „Słownikiem” od 1976 r. W jaki sposób odbywa się dobór haseł do opracowania i ich potencjalnych autorów? — „Słownik” ma od lat stale uzupełnianą kartotekę, w której gromadzimy nekrologi oraz pośmiertne artykuły z prasy. Jak wiadomo bowiem, „PSB” zawiera wyłącznie biogramy osób nieżyjących, ale — to nowość wprowadzona w ubiegłym roku — tych tylko, które zmarły przed r. 2000. Na przyszłość ważne jest uzupełnienie „PSB” o biogramy osób, zmarłych w trakcie jego edycji. Na przykład litera „D”, która ukazała się przed wojną, nie zawiera hasła Maria Dąbrowska, bo pisarka ta jeszcze żyła. Naturalnie rejestrujemy również osoby, które zmarły po roku 2000, jak Jan Józef Szczepański, którego biogram znajdzie się w tomie z literą „S”. Autorów dobierają redaktorzy danego działu, ostateczną decyzję podejmuje na zebraniu redaktor naczelny. Potem Redakcja dokonuje skrótów i sprawdza literaturę przedmiotu. W rezultacie tych przeróbek biogram bardzo się czasem różni od wersji nadesłanej przez autora. W 1989 r. rozpoczęto druk reprintu słownika, wydawanego wtedy przez Ossolineum. Ukazało się 18 tomów i edycja została zawieszona... — Spowodował to problem praw autorskich. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że chodzi nie tylko o konkretne osoby autorów, ale także o ich spadkobierców, których prawa autorskie trwają 75 lat. Obecnie planujemy raczej wersję elektroniczną „Słownika”, możliwą do udostępnienia w internecie. Profesor Henryk Markiewicz przewidywał ukończenie zasadniczej serii „PSB” na rok 2030... — To bardzo prawdopodobne, zwłaszcza że niektóre biogramy to wręcz mini–rozprawy, np. Szczęsnego Potockiego bądź Józefa Piłsudskiego, ostatnio króla Stanisława Augusta. Taki kształt obecnemu biogramowi — pewną konstrukcję i bazę źródłową — nadał profesor Emanuel Rostworowski. Wcześniej, w czasach Władysława Konopczyńskiego, obowiązywała poetyka eseistyczna, a rozmiary biogramów były raczej niewielkie. Biogram rozbudowany jest ważny zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z osobami mniej znanymi, a „PSB” jest jedynym źródłem wiedzy o danej postaci. W jaki sposób przeobrażenia ustrojowe i zniesienie cenzury wpłynęły na kształt „PSB”? Z relacji prof. Markiewicza wynika, że „Słownik” nie był za bardzo gnębiony przez cenzurę, ale jednak w przypadku Katynia dochodziło do fałszowania dat... — „Słownik” wyszedł z PRL zdecydowanie obronną ręką. W okresie stalinowskim był zawieszony, i jak mówi prof. Janusz Tazbir, „chwała Bogu”, bo byłby pełen haseł ideologicznie „słusznych”. Nie ma w „PSB” biogramu Feliksa Dzierżyńskiego, bo cenzura domagała się daleko idących ustępstw, na które nie zgodził się Konopczyński. W czasach późniejszych nie wszedł do niego biogram Józefa Kurasia „Ognia”, okrojony został życiorys Stanisława Mikołajczyka, jednak ukazał się bardzo rzeczowy, bez żadnych ocen ideologicznych, biogram szefa WiN Franciszka Niepokólczyckiego. Było to możliwe, ponieważ „PSB” miał niewielki nakład i mało kto o nim wiedział poza kręgiem profesjonalistów. Redakcja też się specjalnie nie afiszowała, żeby nie zwracać niepotrzebnie uwagi na swoje poczynania... Oczywiście zdarzały się zafałszowania, np. w sprawie Katynia. Ale w części bibliograficznej hasła pisano czasem: „A. Moszyński — Lista...”, i to był sygnał dla czytelnika, że mówimy o „liście katyńskiej”. „PSB” jak ognia boi się ocen i etykietek. Pokazujemy fakty i tylko fakty, powstrzymujemy się przed komentarzami. Dopiero jednak po 1989 r. możemy publikować biogramy działaczy antykomunistycznego podziemia bez żadnych zafałszowań. Co, mam nadzieję, nie zostało połączone z „eliminacją” działaczy komunistycznych? — Żadnej eliminacji nie stosujemy. Naszym obowiązkiem jest pokazywanie historii w całej złożoności. Pominięcia, jeśli się zdarzają, są wynikiem niedopatrzenia, a nie ideologicznej niechęci. Po r. 1989 „PSB” zaczął też szerzej uwzględniać biografie działaczy innych niż polskiej narodowości, np. posłów na sejm II Rzeczypospolitej narodowości ukraińskiej czy białoruskiej. Przyjęliśmy zasadę, że niezależnie od narodowości, każdy, kto był posłem na Sejm Krajowy galicyjski lub na sejm II Rzeczypospolitej, jest uwzględniany w „Słowniku”. Stąd tyle biogramów osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej... — jakimś najdalszym naszym horyzontem jest Rzeczpospolita z obszaru przedrozbiorowego — nie ma gloryfikacji ani potępienia, lecz obraz dramatycznego splątania losów ludzkich. Był czas, że ukazywały się 4 zeszyty „Słownika” rocznie. Obecnie tempo osłabło... — Chcemy przede wszystkim utrzymać poziom. Wydajemy 3 zeszyty rocznie, a jeden zeszyt to 160 stron dwukolumnowego tekstu z bibliografią. Wbrew pozorom, to wciąż jest znaczne tempo, zważywszy kolejne szczeble pracy redakcyjnej. Od r. 1935 opublikowano już ok. 25 tys. haseł, wydrukowano 27 tys. stron. Takiego wydawnictwa nie ma dziś na świecie! Tylko w XIX wieku istniał jeszcze większy, bo 60-tomowy słownik niemiecki. Obecne słowniki są znacznie mniejsze i albo dotyczą jednej epoki, albo się „urwały” po drodze, jak słownik włoski, albo są pełne ideologicznych serwitutów, jak słowacki, albo są bieżącą nekrologią, jak słownik angielski. Słownika narodowego, obejmującego biogramy osób żyjących w Polsce, od wieku IX (mamy biogramy Popiela i Piasta) do końca wieku XX, nie ma nikt inny! To 1100 lat narodowej historii w jednolitym porządku alfabetycznym — od „A” do (na razie) „S”. To jest skarb polskiej nauki, wizytówka Krakowa, wydawnictwo, które powinien znać każdy polski inteligent. To kopalnia wiedzy. Czytajmy „Polski Słownik Biograficzny”! Rozmawiał Krzysztof Woźniakowski |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka |