Jubileusze 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

„Pół wieku pracy” Stanisława Burkota

 
Tadeusz Budrewicz

Pewnie to przypadek, ale dobrze jest pomyśleć, że nie, że to zrządzenie losu i jakaś nieodgadniona mądrość przepisów prawa pracy sprawiły, iż z powodu kilku dni profesor Stanisław Burkot mógł odejść na emeryturę dopiero z końcem roku akademickiego 2002/2003. Bo gdyby, jak to z kalendarza wynika, nastąpiło to w roku 2002, to miałby zaledwie 49 lat pracy w naszej uczelni. Ale dzięki temu przypadkowi czy przeznaczeniu, wpisanemu w przepisy administracyjne, możemy wraz z Nim świętować uroczystość naprawdę niezwykłą. „Pół wieku pracy”!

Pół wieku w jednej uczelni, w jednym instytucie, pół wieku przemian w organizacji życia akademickiego, przemian w systemie edukacji, ale też w literaturze, kulturze, polityce i życiu społecznym. „Pół wieku pracy” na placówce naukowej i dydaktycznej. Profesor Burkot, jak nikt inny na tej sali, nieomylnie potrafi wskazać, skąd pożyczyłem to określenie „pół wieku pracy”. Oczywiście z książki, w Krakowie, w roku 1879 wydanej, a przygotowanej dla uczczenia innego jubileuszu półwiecza pracy. Jubileuszu Kraszewskiego. Dzisiejszy jubilat sam o tym sławnym jubileuszu pisał w swoim pierwszym artykule drukowanym w wydawnictwie naszej uczelni. Była to praca O jubileuszu J.I. Kraszewskiego zamieszczona w jubileuszowej książce, przygotowanej na dziesięciolecie WSP w Krakowie. A autor miał wtedy lat 25, co jest datą jubileuszową. A to przypomina, że Stanisław Burkot urodził się w pół wieku po śmierci Kraszewskiego... Z małym hakiem, dokładnie — w 55 lat. Ale to też data symboliczna, bo debiutował jako historyk literatury w roku 1955. A kiedy miał 55 lat, to tu, w tej uczelni, między innymi przy mojej pomocy, organizował ogólnopolską konferencję właśnie o Kraszewskim.

Tych skojarzeń się nie uniknie. Nazwisko profesora Burkota każdy kojarzy z Kraszewskim. Gdy literaturoznawcy mówią: Kraszewski, to zarazem myślą — Chmielowski, Danek, Burkot. Chmielowski był autorem pierwszej naukowej monografii życia i twórczości Kraszewskiego. Jego ustalenia dotyczące popowstaniowej twórczości pisarza obowiązywały aż do czasu ukazania się książki Stanisława Burkota Powieści współczesne... Kraszewskiego. To oczywiście przypadek, ale ta praca ukazała się dokładnie 10 lat po druku pierwszego artykułu Burkota o Kraszewskim... Co więcej — była to publikacja, która zapoczątkowała całą serię wydawniczą krakowskiego Wydawnictwa Literackiego. W żargonie wydawniczym seria ta nosiła nazwę „burkoty”. Oto przykład apelatywizacji nazw własnych! W tej swojej pierwszej, debiutanckiej książce dzisiejszy jubilat odniósł się krytycznie do próby ideowego zawłaszczenia autora Starej baśni przez pozytywistów. I tu jest początek wielu artykułów prof. Burkota o paralelach, kontynuacjach i nawiązaniach różnych pisarzy pozytywistycznych właśnie do Kraszewskiego. Ale Chmielowskiego wiąże z Burkotem inna jeszcze, ważniejsza, sprawa. Prof. Burkot od roku 1960 przygotowuje edytorsko do druku powieści Kraszewskiego — najpierw w Wydawnictwie Literackim, później w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. W tym edytorskim wysiłku zasłużył się jak mało kto. I jak mało kto na własnej skórze doświadczył, że sławny pozytywistyczny krytycyzm to zwykły mit, że więcej czasu się marnuje poprawiając błędy w edycji Chmielowskiego, niż przy kolacjonowaniu różnych wydań.

Z Wincentym Dankiem łączył Profesora Burkota szczególny stosunek ucznia i kontynuatora. Danek wskazał mu nie tylko Kraszewskiego oraz dziewiętnastowieczne myślenie o powieści jako przedmiot badań wart każdego wysiłku, trudny, ale jakże płodny poznawczo. Wskazał mu też źródło, z którego Chmielowski nie mógł korzystać — ponad 20 tysięcy rękopiśmiennych listów do Kraszewskiego. Dla prof. Danka ten zbiór był zasadniczo materiałem pomocniczym do badań nad biografią Kraszewskiego. To właśnie Stanisław Burkot w kilku osobnych artykułach wyszedł poza tę formułę i wykazał wartość owej korespondencji dla badań pomyślanych znacznie szerzej, dla prac o Adamie Pługu, Marii Konopnickiej, Michale Bałuckim, Cyprianie Norwidzie oraz dla obserwowania przemian całej polskiej epistolografii XIX wieku. Przedwczesna śmierć Wincentego Danka wyznaczyła prof. Burkotowi zadanie, którego się podjął w poczuciu obowiązku syna wobec naukowego ojca: skończyć dzieło Danka, opracować edytorsko i doprowadzić do druku wydanie listów Kraszewskiego do rodziny. Zachowane listy, a nie wszystkie się zachowały, objęły dwa sążniste tomy. Liczą 612 jednostek epistolograficznych, z czego 326 zdążył przygotować prof. Danek. Całą resztę, czyli tom drugi, część tomu pierwszego, komentarze własne, poprawki i uzupełnienia do komentarzy Danka to dzieło Stanisława Burkota. Dochodzi do tego ogromna robota redakcyjna, którą wykonał sam. To jest dzieło wybitne, jedno z tych, które na wiele lat są podstawą prac z kilku dyscyplin naukowych. A dodajmy — Stanisław Burkot dokonał tego wtedy, gdy bardziej go już pociągał badawczo wiek XX, gdy po wydaniu książki na temat sporów o powieść w polskiej krytyce literackiej wieku XIX, coraz bardziej kusiły go nowe tematy i gdy wzywały inne obowiązki dydaktyczne. Dusza ciągnęła do literatury najnowszej, a ciągle musiał wracać w świat dziewiętnastowieczny. Ale chyba tkwił w tym jakiś szczególny zamysł Losu czy Fortuny, gdyż dzięki temu prof. Burkot musiał się zająć edycją Wspomnień Wołynia, Polesia i Litwy, a stąd już tylko krok do monografii Polskie podróżopisarstwo romantyczne. To dziś klasyczna już rozprawa, cytuje się ją wielokrotnie. No, ale któż się mógł podjąć napisania takiej pracy jak nie znawca Kraszewskiego! To przecież był autor Obrazów z życia i podróży..., klasyk tego gatunku.

Wydanie listów Kraszewskiego do rodziny to nie jedyny wkład Stanisława Burkota w naszą epistolografię. Dochodzą listy Konopnickiej. Dochodzi tom korespondencji Kraszewskiego z Władysławem Chodźkiewiczem. Na jego podstawie już powstała praca doktorska z językoznawstwa w naszej uczelni, jak wcześniejsze opracowania przyczyniły się do językoznawczego doktoratu Anny Pihan z Poznania. To jest bezpośredni i pośredni wkład prof. Burkota w rozwój polskiej humanistyki. Eksponuję sprawę tych listów, bo — tak mi się wydaje, choć może się mylę — obok Stanisława Burkota jestem jedynym z żyjących historyków literatury, którzy znają całość tych rękopisów. Prof. Burkot utworzył sobie specjalny zbiór notat i wypisów z tych listów. Można sobie wyobrazić jego rozmiary, skoro moje wypisy z listów rodziców oraz braci do autora Starej baśni zajęły mi brulion stukartkowy. A to tylko drobna część zbioru. Ze studiowana tych listów wynika szacunek dla faktów, sceptycyzm wobec różnych mód i rewelacji naukowych. Bo często są to odkrycia samodzielne, to prawda, ale jednak nie oryginalne, mają swoje antecedencje zapisane w spuściźnie po Kraszewskim... Dodajmy na koniec, że stosunek prof. Burkota do dzieła Wincentego Danka budzi szacunek lojalnością ucznia, ale zarazem niepokornym krytycyzmem wobec niektórych ustaleń. Dowodem są tomy powieści Kraszewskiego wydawane w serii Biblioteka Narodowa. Wstępy i komentarze pióra prof. Burkota przynoszą poprawki i sprostowania wobec ocen i opinii jego nauczyciela.

S. Burkot

Wincenty Danek, ale i Kazimierz Wyka. Miał Burkot dwóch mistrzów akademickich. O ile warsztat historycznoliteracki, w pewnego typu tradycjonalistycznie uprawianej historii literatury, zawdzięcza Dankowi, o tyle eseistyka krytycznoliteracka i kulturowa, studia o poezji i prozie współczesnej, uporczywe, latami trwające przekonywanie innych do uznania filozoficznej i artystycznej rangi polskich poetów współczesnych, to chyba pieczęć osobowości Kazimierza Wyki. I wobec prof. Wyki, jak i wobec prof. Danka, był nasz jubilat uczniem pilnym a niepokornym. Niejeden mecz piłkarski wspólnie przeżyty i przekibicowany, niejedna wspólna konferencja naukowa, bardzo bliski repertuar pojęć krytycznoliterackich, ten sam namysł nad Różewiczem jako kimś absolutnie wyjątkowym w literaturze wieku XX. To łączy. Ale zarazem wtedy, kiedy cała polska humanistyka raczej wiernie szła za Wyką i jego kategorią pokolenia literackiego, Stanisław Burkot wskazał ograniczenia tej formuły i zaproponował pojęcie szersze, uwzględniające formacyjność kulturową. A w dodatku Kazimierz Wyka przyznał swemu uczniowi rację! Więc niewątpliwie jakiś patronat Wyki nad pracami prof. Burkota o literaturze współczesnej jest, choć istotą faktu, że mając już ugruntowaną pozycję w środowisku historyków literatury wieku XIX, rozrzeszył swe zainteresowania na wiek XX, jest pewnie wewnętrzna potrzeba poznawcza i ciekawość dnia dzisiejszego. Nie sposób go jednak zaklasyfikować ani do „szkoła krytycznej” Wyki, ani do „szkoły Henryka Berezy”. Stanisław Burkot nie był doradcą artystycznym autorów współczesnych, nie chciał wpływać bezpośrednio na poetów i sposób ich pisania. Owszem, zdarzało się, jak w przypadku Kazimierza Truchanowskiego, że pisarze, o których zamieszczał szkice krytyczne, przyznawali, iż jego odczytania bardzo zaważyły na ich widzeniu świata. Ale generalnie prof. Burkot w pracach o współczesnej poezji i prozie zachowywał stale akademicki obiektywizm, analityczną ścisłość sądów oraz oceny wyważone i wstrzemięźliwe, raczej bliższe temperamentowi badacza, niż krytyka. Miał zawsze swoich „faworytów” i „ulubieńców”, swoje fascynacje pisarzami: Stanisławem Dygatem, Tadeuszem Konwickim, poetami — Tadeuszem Nowakiem, Mironem Białoszewskim, Tadeuszem Różewiczem... Poświęcił im wiele studiów, o niektórych napisał osobne książki. To z nich właśnie młodzież licealna i studenci poznają polską literaturę. Nazwiska tych pisarzy mówią, że prof. Burkot bezbłędnie wartościował zjawiska w literaturze najważniejsze, najciekawsze i najtrwalsze. A obok tych studiów i monografii mamy jeszcze syntezy literatury współczesnej, specjalnie zaś — współczesnej poezji. Na długie lata będą podstawowymi informatorami o literaturze wieku XX — bogatymi w fakty, a zarazem wyważonymi w ocenach. I znów przypomina się Piotr Chmielowski — równie kompetentny i rzeczowy jako autor syntez współczesnej literatury, jak też jako historyk.

Lecz w biografii naukowej prof. Burkota trzeba wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Był prorektorem naszej uczelni, był dyrektorem naszego instytutu, był kierownikiem katedry. Większość z nas dobrze to pamięta. Był też dziekanem Wydziału Humanistycznego. To dziekan Burkot instalował Wydział Humanistyczny w tym właśnie budynku. Nie byłem jeszcze studentem tej uczelni, z autopsji nie mogę o tym mówić. Ale warto przypomnieć osobę pierwszego dziekana Wydziału Humanistycznego WSP w Krakowie. Był nim Stanisław Pigoń! Ten patronat Pigonia nad naszym wydziałem jest wymowny. Na pewno łączy Burkota z Pigoniem skrupulatność, cierpliwość i bezgraniczne umiłowanie faktów w ich robotach edytorskich. Stanisław Pigoń niewątpliwie był wzorem edytora. Ale obok tego był profesorem, który z dumą podkreślał swoje chłopskie korzenie. Tak bardzo się identyfikował z chłopską kulturą, że nawet w pracach naukowych stosował metaforykę o ludowym podglebiu. Tego stylu w pracach prof. Burkota nie ma. Ale przecież jest podobna duma i jakby przekorne manifestowanie rodowej chłopskości, którą profesor zawsze się szczycił. Stanisław Młodożeniec — rzecz o chłopskim futuryście; Marchołt na Parnasie; Ideał sięgnął bruku — to nie o Norwidzie, ale o pamiętnikarzu chłopskim Feliksie Boroniu. Te tytuły książek i rozpraw przypominają znaczący wkład prof. Burkota w opisanie nurtu ludowego w literaturze. Pokazują też jak sam silnie jest związany z kulturą ludową i jak wielką rolę inspiratorską, ożywczą, przypisuje jej w procesie tworzenia kultury narodowej. Był Stanisław Burkot historyczno- i krytycznoliterackim adwokatem chłopskiej sprawy w polskiej literaturze. W odniesieniu do pisarzy nurtu ludowego odstępował od zewnętrznego, zobiektywizowanego spojrzenia. Wchodził wręcz w obręb tego nurtu, bywał na seminariach i konferencjach urządzanych przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą, która tym pisarzom matkowała. Był obok Henryka Berezy i Rocha Sulimy estetycznym sumieniem tej literatury. Gdy o tym myślę, pamiętam, że moje własne prace o Kraszewskim; książka o Trziszce i kilka artykułów o nurcie ludowym zrodziły się z rozmów z prof. Burkotem. Nie umiałbym zliczyć tych rozmów. Kto wie, czy łącznie nie dałoby to kilkunastu nieprzerwanych tygodni. Usiłowałem obliczyć, ile razy wyjeżdżaliśmy razem na konferencje... nie tylko w kraju. Doliczyłem się 11 czy 12. Daje to 6–7 tys. km wspólnych podróży, niezliczoną ilość wspólnych wrażeń. Jak choćby wtedy, kiedy z Grodna pojechaliśmy na Litwę, do Druskiennik. Nie żeby pobyć w sławnym kurorcie, nie dla wód leczniczych, ale dlatego, że tam, w Druskiennikach, bywał Kraszewski! I myślę, Panie Profesorze, że przed nami jeszcze drugie tyle konferencji, drugie tyle wrażeń i tyle rozmów — o wszystkim: o literaturze, o naszych piłkarzach i siatkarzach. I, rzecz jasna, o Małyszu! Poczytuję sobie za zaszczyt, że dane mi było pełnić urząd dziekana, mając za jednego z poprzedników dziekana Stanisława Burkota. Że za jego wieloletnią pracę mogę Mu powiedzieć: Dziękuję! Ale od razu chciałbym dziękować i za gotowość dalszej pracy na naszym wydziale. Przecież jest nam Pan potrzebny, jeszcze tyle doktoratów, tyle habilitacji... Przecież jest Pan wizytówką naszego wydziału, naszym znakiem jakości. Panie Profesorze! To dopiero pierwsze „pół wieku pracy”. Razem z Markiem Busiem i Andrzejem Gurbielem, przy nieocenionej pomocy pani Zuzanny Czarneckiej, przygotowywaliśmy tę jubileuszową książkę jako pierwszą z serii. Jesteśmy gotowi do dalszych zadań....

Bożena Pietrzyk


Bolesław Faron

Dostojny Jubilacie! Szanowni Państwo, Panie i Panowie!

Po wystąpieniach Pana Rektora prof. Michała Śliwy i dziekana prof. Tadeusza Budrewicza cóż może powiedzieć trzeci mówca? Pozwólcie zatem Państwo, że przedstawię parę refleksji wspomnieniowych, osobistych

Był rok 1954, kiedy to we wrześniu zebraliśmy się po raz pierwszy w jakiejś sali w Rynku nad Hawełką jako studenci I roku filologii polskiej. Gromadka niezbyt liczna — ok. 40 osób, głównie dziewczyny, chłopców chyba tylko 5. Po chwili wkracza do sali niewiele od nas starszy mężczyzna i przedstawia się: „Nazywam się Stanisław Burkot, jestem asystentem w Katedrze Literatury Polskiej, będę waszym opiekunem”. Opiekował się nami przez cały okres studiów, do magisterium w 1958 roku. Opiekował się nami solidnie, nawet naszą koleżankę Irenę Dereń pojął za żonę! Prowadził z nami ćwiczenia. W moim indeksie widnieją Jego podpisy przy zaliczeniach ćwiczeń z historii literatury polskiej (na I roku) — zaliczenie z oceną, podobne na drugim roku (bez oceny); na trzecim zajęcia te kontynuował mgr Józef Zbigniew Białek.

Z zajęć prowadzonych przez profesora Stanisława Burkota pamiętam parę szczegółów. Pisaliśmy pod Jego kierunkiem prace roczne. Otrzymałem temat: Życiorys Mikołaja Reya w relacji Andrzeja Trzecieskiego i Juliana Krzyżanowskiego (studium porównawcze). Ocenił bodajże na „dobrze”, ale pocieszył mnie: „Pan ma zdolności analityczne”. Przy egzaminie z romantyzmu męczył mnie z Pana Tadeusza, pamiętam, że dociekał takich szczegółów, które mi się nijak głowy nie trzymały. Zdegustowany moim przerażeniem, sam pięknie wszystko opowiedział, prezentując umiejętność nawet bardzo odległych skojarzeń.

Kiedy w 1959 roku rozpocząłem pracę w Katedrze Literatury Polskiej jako asystent, obok dwóch moich mistrzów — prof. Wincentego Danka i Jana Nowakowskiego — Stanisław Burkot był tym kolegą, od którego uczyłem się dydaktyki a także pracy naukowej. O tyle to było ułatwione, że mieszkaliśmy razem, w tzw. uczelnianym bloku, przy ul. Miechowity 17, na osiedlu Olsza II. Zawsze, kiedy miało się wątpliwości przy „kleceniu” pierwszej recenzji, artykułu czy zbieraniu materiałów, można było „wyskoczyć” z parteru na pierwsze piętro i uzyskać doraźną pomoc. Nam, młodszym nieco kolegom, nigdy nie szczędził czasu, a zapytany o jakiś problem, zawsze szczegółowo go rozwijał.

Profesor Stanisław Burkot zawsze imponował nam ogromną erudycją i pracowitością (wielogodzinne pobyty w Bibliotece Jagiellońskiej). Od czasu do czasu dosiadałem się do stolika w kawiarni, gdzie przy herbatce dyskutował z prof. Dankiem, Nowakowskim, Słowikowskim, a te przerwy w lekturze miały także aspekt naukowy, dydaktyczny.

W wielu sprawach był wzorem niedoścignionym, co pogarszało moje domowe relacje. „Nie umiesz zamka w drzwiach naprawić, jak Stasiek, stopek, piecyka gazowego” — padały zarzuty mojej żony. Powodowało to odruchy zawiści, a czasem złości na Niego. A zbiory zegarów, które sam remontował bez końca? Do dzisiaj zapełniają one ściany Jego dużego pokoju. Pamiętam ich koncerty, kiedy biły każdy na inną nutę.

Na naszych oczach wyrastał jego jedyny syn, Wojciech. Od dziecka był bardzo inteligentny, wrażliwy, o wyraźnych uzdolnieniach matematycznych, stąd studia w zakresie fizyki i praca w Instytucie Fizyki Jądrowej a potem doktorat. Zawsze był z niego dumny, umiał o jego zachowaniach opowiadać godzinami, tak jak dzisiaj opowiada o dwóch wspaniałych wnukach: Tobiaszu i Bartoszu.

Przyjaźniliśmy się w pewnych okresach naszego życia. Był świadkiem na moim ślubie w krakowskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Na zdjęciu z tych lat widnieje młodzieniec z bujną czupryną. Były wspólne wyjazdy na wczasy, m.in. w koszalińskie, nad Jezioro Długie, stąd wyjazd do Berlina i Poczdamu, a przede wszystkim zbieranie grzybów. Powiem Państwu, że nigdy nie zazdrościłem mu osiągnięć naukowych, ale szczęścia (może umiejętności) podczas grzybobrania — tak. Był w tej dziedzinie niesamowitym egoistą. Wchodzimy do lasu, gdzieś w okolicach Borów Tucholskich, Burkot przepada jak kamień w wodę. Za chwilę wołamy:

„Staszku, masz coś?” Cisza. Po godzinie: „Staszku, masz coś?” Cisza. Po czterech godzinach spotykamy się w umówionym miejscu. W naszych koszykach ledwie dno przykryte, u niego kosz pełny prawdziwków. Na twarzy triumf.

Podczas mojej współpracy z WSiP-em miałem okazję redagować jego świetną książkę o Tadeuszu Różewiczu w Bibliotece „Polonistyki”, a w czasie epizodu wiedeńskiego zaprosić go do Instytutu Polskiego, gdzie wygłosił dla tamtejszej Polonii i przedstawicieli slawistyki Uniwersytetu Wiedeńskiego odczyt o współczesnej polskiej literaturze. Okazało się, iż jest znakomitym popularyzatorem wiedzy historycznoliterackiej. Ten wykład długo pozostał w pamięci wiedeńskich słuchaczy. Przy okazji stwierdziłem, że potrafi wypić dwa kufle (tak, kufle) wina w Heungerze na Grinzingu i cieszyć się z oglądania byłej stolicy monarchii austrowęgierskiej.

Kiedy wracałem z Wiednia, był dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej. Przyjął mnie życzliwie, co w owych czasach było dla mnie bardzo cenne. Kiedy okazało się, iż przedłużono mi pobyt o cztery miesiące, jako solidny szef zażądał tylko, bym systematycznie, co tydzień z Wiednia na zajęcia przyjeżdżał. Tak się stało. Od 1991 do ubiegłego roku byłem jego podwładnym jako kierownika Katedry Literatury XX wieku. Wymagał ode mnie solidnych zajęć, pracy naukowej, od czasu do czasu referatu na zebraniach katedry.

Od 2000 roku wznowiliśmy coroczne wyjazdowe konferencje naukowe we wsi Maniowy, w których brał udział od początku. Wygłosił referaty: O prozie Manueli Gretkowskiej, Spór o poezję (o Różewiczu i Miłoszu) oraz ostatni: także o autorze tomu Niepokój. Jeżeli idzie o czwartą konferencję, która odbędzie się w tym roku w maju, to tłumaczy się statusem emeryta! Obecność bowiem Profesora na tych konferencjach to nie tylko kwestia jego referatu, ale również udział w dyskusjach i niekończących się rozmowach z młodzieżą, asystentami, doktorantami. Nie wyobrażam sobie zatem kolejnej konferencji we wsi Maniowy bez udziału profesora Burkota, bez jego rozmów w przerwach i francuskiego samochodu na dowiezienie niezmotoryzowanych kolegów.

W październiku 2003 prof. Stanisław Burkot przeszedł na emeryturę. Został zatrudniony przez JM Rektora na połowie etatu. Mam jednak nadzieję, że w najbliższych latach nie odmówi nam pomocy. W niektórych bowiem dziedzinach, jak w przypadku literatury współczesnej, jest niezastąpiony, nie tylko jako dydaktyk, ale i jako autor świetnej historii literatury polskiej ostatnich 50 lat.

Te 50 lat na zakończenie wystąpienia muszę kilkakrotnie powtórzyć: po pierwsze — w 2003 roku minęło 50 lat pracy Stanisława Burkota w AP. Kto z nas może się tym poszczycić? Po drugie — we wrześniu minie 50 lat mojej i moich kolegów znajomości z profesorem (myślę m.in. o dr Alicji Rosie czy o dr. Kazimierzu Ptaku), po trzecie — niebawem odbędzie się 50. rocznica jego ślubu z Ireną Dereń, po czwarte zaś — w 2005 minie 50. rocznica Jego debiutu naukowego. Z bibliografii zestawionej przez Irenę Burkot wynika, że tytuł pierwszego artykułu prof. Burkota brzmiał: Kult Mickiewicza w szkołach w Królestwie. Myślę, że tych pięćdziesiątek można by jeszcze namnożyć, ale na tym kończy się moja wiedza w tej materii.

Dostojny Jubilacie, Szanowni Państwo, mam nadzieję, że zostanie mi odpuszczone, iż w tak ważnym dniu mówiłem nie tyle o Profesorze jako uczonym, znakomitym dydaktyku, a przede wszystkim jako o człowieku. O człowieku, jaki się rysował w moich oczach, najpierw jako przerażonego studenta, potem młodszego kolegi, a dzisiaj szybko podążającego w jego szeregi seniora. Osobowość każdego człowieka jest wielowymiarowa, taką też jest postać naszego Jubilata. Jeżeli do tej bogatej sylwetki dorzuciłem chociaż kamyczek, to mogę uznać, iż choć w małym zakresie zadanie wypełniłem.

Wykształcił Profesor rzesze nauczycieli, rozsianych po całej Polsce, wspomagał w rozwoju naukowym wielu. Jego uczniowie, przyjaciele i koledzy owo 50-lecie pracy w Uczelni i 50-lecie twórczości naukowej postanowili uczcić wydaniem księgi pamiątkowej Zbliżenia historycznoliterackie, którą to wraz z redaktorami tomu Tadeuszem Budrewiczem, Markiem Busiem i Andrzejem Gurbielem pragnę wręczyć i prosić o przyjęcie Księgi, która nie tylko jest edytorsko okazała, lecz również, jak na tego typu publikacje, bogata w refleksje naukowe.

Bolesław Faron

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka