Archeologia 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


 
Stefan Skowronek

Ku starożytności

 

Podczas długich lat pracy spotkałem na drogach nauki wspaniałych ludzi. Rozmowy z nimi, słuchanie ich słów, lektura ich prac, przynosiły mi zawsze najwyższą radość i satysfakcję. Wielu z nich już niestety odeszło. Szczególnie bliskie więzy przyjaźni łączyły mnie z wybitnym historykiem sztuki i muzeologiem, profesorem Zdzisławem Żygulskim. Obaj po zawierusze wojennej w 1945 r. znaleźliśmy się w Krakowie. On opuścił swój Lwów, ja natomiast Przeworsk, miasta leżące zresztą na tej samej linii łączącej się z Krakowem. Zdzisław (zwany przez kolegów Itkiem) przybył do "polskich Aten" dla podjęcia studiów anglistycznych i historii sztuki, ja dla poznania "całokształtu" wiedzy o starożytności. Ku zatrwożeniu moich rodziców ta starożytność długo mnie dręczyła sprawiając dużą trudność w wyborze odpowiedniej dyscypliny studiów. Jeszcze w moim przeworskim lice um, gdzie uzyskałem świadectwo dojrzałości, ciągle nam przypominał nauczyciel historii, wywodzący się z katedry historii starożytnej pro fesora Konstantego Chylińskiego w Uni wersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, że "kultura przeworska" to wielkie zjawisko w naszych pradziejach. Zwracał uwagę na tkwiące w niej elementy celtyckie, wpływy prowincjonalno-rzymskie itd., co było często trudne do pojęcia dla młodych głów, ale potrafił w jakiś sposób przykuć naszą uwagę, podsunąć z własnej biblioteki lekturę i wszczepić bakcyla, który trapi mnie do dziś. Podobnie było też z polonistą, romanistą, germanistą, a zwłaszcza z filologiem klasycznym. On, podobnie jak historyk, był wcześniej asystentem w Uniwersytecie Jana Kazimierza, w katedrze hellenistyki profesora Ryszarda Ganszyńca, uczonego wielkiej sławy. Jeszcze w przeworskim liceum zachwycił mnie, pod wyraźnym wpływem mojego nauczyciela, dramat grecki, jego istota i głębia. Huczało w głowie. Wraz z licealnymi koleżankami i kolegami realizowaliśmy swoje fascynacje antykiem w szkolnym teatrzyku.

Węże
Węże z pola wykopaliskowego w Tell Atrib

Mój kontakt z Krakowem był niezwykły. Kraków przypadł mi głęboko do serca po pierwszych krokach na "kocich łbach" Rynku. Kocham to miasto i nie zmieniłbym na inne, a kusiły przecież różne miasta zarówno w Europie, jak też w innych częściach świata podczas moich późniejszych wędrówek. Przez długi czas wydawało mi się, że chodzę po wielkiej scenie, a otaczają mnie dekoracje ze swoją iluzoryczną przeszłością. I wreszcie długo oczekiwane spotkanie z prawdziwym teatrem. Oczywiście z Teatrem im. Juliusza Słowackiego, który był wówczas w Polsce sceną wiodącą. Oglądałem takie inscenizacje jak Uciekła mi przepióreczka, Zemsta, Wesele, Judasz z Kariotu, Pygmalion, Fantazy z najwybitniejszymi aktorami. Tu była ich kuźnia: Zofia Rysiówna, Jadwiga Żmijewska, Ludwik Solski, Karol Adwentowicz, Jan Kurnakowicz, Antoni Fertner, Jerzy Leszczyński, Władysław Woźnik, Wacław Nowakowski, Zdzisław Mrożewski, Eugeniusz Solarski i nade wszystko Juliusz Osterwa. Do dziś słyszę głos Juliusza Osterwy, tego największego polskiego artysty. Głos niezapomniany, oddający polską mowę w jej najlepszym kształcie. Na spektakle Juliusza Osterwy chodziłem po kilkanaście razy, na przystępną dla studenckiej kieszeni "jaskółkę", usytuowaną w bocznej części III piętra widowni. Nie wiem jak utkwiły mi w głowie całe trudne do zapamiętania tyrady mistrza słowa i scenicznego gestu: "...Hamadryjady, Laokonty, Psylle w ojca Adama przenajświętszym stroju". Ale Pan Juliusz, czarodziej niezwykły, fantastycznie operujący głosem na scenie "w dwadzieścia kroków wzdłuż i wszerz" to wszystko zdziałał, że wracałem do domu studenckiego Stary Żaczek, przy Al. 3 Maja, nieprzytomny, z gorączką, rozpalony ponad granice wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Tu oczekiwał na mnie mój współmieszkaniec, Wojtek Niedziałek, student prawa i słynny taternik, który wysłuchiwał szczegółowej relacji z pobytu w teatrze. Czasem przenosiliśmy dyskusje w plener podczas naszych górskich eskapad.

Odczytywanie
Stefan Skowronek

Wszystkiego było za mało w osobliwym jakimś nienasyceniu. Chciałem poznać teatr od jego wnętrza i wejść w problematykę reżyserii dramatu. Po krótkiej prezentacji komisji kwalifikacyjnej "walorów" mojej prowincjonalnej, przeworskiej wymowy i wschodniego jej przyśpiewu, uczęszczałem do Studium Dramatycznego w Kamienicy Raczyńskich (zalążek przyszłej Wyższej Szkoły Teatralnej przeniesionej później na ul. Starowiślną i następnie na ul. Straszewskiego). Studium to znajdowało się za mojej młodości naprzeciw Teatru im. Juliusza Słowackiego, na rogu ul. Szpitalnej i Pijarskiej. Do dziś spogląda w tym kierunku Aleksander Fredro z pomnika ustawionego na skwerku, ale niestety Kamienicy Raczyńskich patronuje już od lat inna instytucja. W Studium Dramatycznym wśród jego uczestników: Tadeusz Łomnicki, Adam Hanuszkiewicz, Halina Mikołajska, Aleksandra Śląska. Tak się dziwnie moje losy ułożyły, że dość regularnie spotykałem się na zebraniach privatissimum w popołudniowe czwartki właśnie z rodziną Osterwów, przy ul. Pijarskiej 5, gdzie znajdowało się ich mieszkanie. Z panią Matyldą z Sapiehów (żoną pana Juliusza) pracowaliśmy w pewnym okresie mojej biografii w Muzeum Narodowym, w tym samym gabinecie, a pracę inwentaryzacyjną zamienialiśmy często na konwersacje w języku francuskim, niemieckim, angielskim. Pani Matylda znała te języki na wylot, a ja dla swojego użytku dopiero je szlifowałem pod kierunkiem uroczej muzealnej koleżanki. Owym konwersacjom przysłuchiwał się zwykle słynny Bzik (piesek Osterwów) i niespokojnym warczeniem reagował na pewne zgrzyty angielskiej fonetyki. Do dziś trzymam w domu jak najświętszą relikwię książki podarowane mi przez panią Matyldę ze znakami Pana Juliusza i z zabawnymi dedykacjami wyrażonymi w trzech językach jednocześnie. Habent sua fata libelli.

Prof. K. Michałowski
Prof. Kazimierz Michałowski i Rais Hameda
omawiają program dnia

O młodości, jako żeś daleko, a to wczoraj prawie wczoraj. Myślę w tym miejscu również o systematycznym uczęszczaniu na wieczory autorskie Leopolda Staffa i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, uwielbianych przeze mnie poetów, których nie tylko oglądałem z bliska, ale też wiodłem dyskusje. Wydaje się dzisiaj, iż był to jedynie sen, a jednak rzeczywiście zdarzenia owe w Krakowie mojej młodości stanowiły nieodłączny element życia studenckiego.

Podróż
Stefan Skowronek w czasie podróży Nilem

Program studiów wyższych wszelkiego typu oferowano w omawianym czasie tak bardzo "odchudzany", że mieliśmy czas na wszystko. Zatem dla realizacji moich zamierzeń dotyczących zdobywania "całokształtu" wiedzy o starożytności zapisałem się (nie wymagano egzaminów wstępnych) w Uniwersytecie Jagiellońskim, po uprzednim zakupieniu indeksu u "janitora" w Collegium Novum, na filologię klasyczną. Oprócz tej dyscypliny studiowałem równolegle, choć w istocie kolejno, historię i archeologię. Będąc słuchaczem wymienionych kierunków miałem możność odbywania studiów u niepospolitych profesorów, zaliczanych do najwspanialszych pereł polskiej humanistyki. Studia filologiczne u profesorów Tadeusza Sinki, Seweryna Hammera, Gustawa Przychockiego, Stanisława Skiminy, Ryszarda Ganszyńca, Jerzego Schnaydra i Jana Safarewicza; historię u profesora Ludwika Piotrowicza; archeologiczne u profesorów Stanisława Jana Gąsiorowskiego i Kazimierza Bulasa. Słu chałem pilnie rewelacyjnych wykładów o Kartezjuszu i Husserlu profesora filozofii Romana Ingardena oraz wykładów o Platonie Wincentego Lutosławskiego, na które schodził się cały młody Kraków. Pełniłem kolejno funkcję asystenta w katedrze historii starożytnej u profesora Ludwika Piotrowicza, razem z Aleksandrem Krawczukiem i Tadeuszem Zawadzkim. Funkcję asystenta pełniłem też w katedrze hellenistyki u profesora Tadeusza Sinki razem z Romanem Turasiewiczem. Z całą satysfakcją podkreślam, że koledzy, z którymi odbywałem asystentury, zaliczają się do najwybitniejszych polskich uczonych, a niektórzy zatrudnieni są dziś jako profesorowie na renomowanych obcych, zagranicznych uniwersytetach.

K. Michałowski w Tell Atrib

Przez kilkanaście lat pracowałem w Muzeum Narodowym w Krakowie zaangażowany z delegacji profesora Ludwika Piotrowicza dla uporządkowania zbiorów monet starożytnych i sporządzenia inwentarza naukowego zarówno kolekcji Muzeum Narodowego, jak też należącego doń wówczas Muzeum Książąt Czartoryskich. Profesor Piotrowicz powierzył mi w końcu swoje własne zbiory do opracowania, co uważałem za szczególną nobilitację. Zatrudniony zostałem też z czasem do prowadzenia zajęć z nauk pomocniczych archeologii w Uniwersytecie Jagiellońskim w Zakładzie Archeologii Śródziemnomorskiej, kierowanym po odejściu profesora Stanisława Jana Gąsiorowskiego przez profesor Marię Ludwikę Bernhard, która przybyła do Krakowa z Uniwersytetu Warszawskiego. Oprócz zajęć dydaktycznych uczestniczyłem w innych jeszcze pracach Instytutu Archeologii, którymi kierowali kolejno profesor Rudolf Jamka i profesor Kazimierz Godłowski. Na wniosek profesora Godłowskiego, nieocenionego ducha opiekuńczego krakowskiej archeologii, wziąłem udział w moich pierwszych zagranicznych badaniach terenowych, w Bułgarii w dolinie Strzemesznicy. Opracowywałem ciągle jakieś recenzje prac archeologicznych oddawanych do druku, a także inwentaryzowałem zbiory Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dodać pragnę z dumą i to zawsze podkreślam, że wśród moich słuchaczy znajdowali się, wówczas studenci, wybitni dziś polscy archeolodzy, Joachim Śliwa, Janusz Ostrowski, Krzysztof Ciałowicz i Ewdoksja Papuci, z pochodzenia Greczynka, tworzący obecnie trzon zespołu profesorów Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Tanis w Delcie Nilu
Tanis w Delcie Nilu

Dzięki pozytywnej opinii polecającej profesor Marii Ludwiki Bernhard, która była osobą szczególnie wymagającą, ale wyrozumiałą i z sercem na dłoni, nawiązałem ściślejsze kontakty z Uniwersytetem Warszawskim i polskim archeologiem światowej sławy profesorem Kazimierzem Michałowskim. Profesor kierował wówczas Katedrą Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego, jak też założonym przez niego Zakładem Archeologii Śródziemnomorskiej Polskiej Akademii Nauk i Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej w Kairze. Fakt spotkania z tym uczonym miał kluczowe i najistotniejsze znaczenie dla mojej przyszłości. Po prostu realizowały się kolejno moje marzenia naukowe, graniczące w początkach z niemożliwością spełnienia. Zaczęło się od wyjazdów na seminaria profesora Michałowskiego do Warszawy, prezentacji własnych myśli i ich częstej korekty. Profesor - i jest to paradoksalne z uwagi na jego zajęcia - miał ciągle czas dla mnie. Był nieocenionym doradcą, cechowała go prostota i skromność, ale też niezwykła intuicja, wskazująca, co jest dla nauki ważne, a co jakimś przywidzeniem. To za sprawą profesor Bernhard i profesora Michałowskiego zobaczyłem świat archeologii nie jak dotąd z perspektywy gabinetu muzealnego i uniwersyteckiego, lecz przez obcowanie z autentyczną na polu wykopaliskowym starożytnością i tę starożytność mogłem dotknąć.

S. Skowronek z Raisem Hamedą
Stefan Skowronek z Raisem Hamedą

Nastąpiły systematyczne wyjazdy w realny świat antyku. Pierwsze w życiu loty samolotem (bynajmniej nie wygodnym odrzutowcem, lecz przestarzałym dwusilnikowym brytyjskim Convairem - z demobilu) do Aten, kontakty z Ecole Française d'Athenes, wyjazdy do Kairu dla wzięcia udziału w pracach Polskiej Stacji Archeologicznej oraz demontażu świątyń nubijskich w Debot, Dakka. Zdążyłem jeszcze oglądać sterczące z wody szczyty pylonów świątyni Izydy na wyspie File, przed zakoń czeniem budowy Wielkiej Tamy Asuańskiej. Nastąpiła współpraca z American School of Luxor, udział w wykopaliskach w Tell Atrib w Delcie Nilu. Dość dodać, że Tell Atrib to pozostałość po jednym z najsławniejszych miast starożytnego Egiptu. Greckie Athribis, staroegip skie Hut-ta-heri-ib, miejscowość, która aż do momentu nadania jej nazwy arabskiej, utrzymała w źródłosłowie swoje pierwotne brzmienie. Wreszcie pobyt w wymarzonej Aleksandrii. Przecież to jedno z największych miast starożytności, stolica Ptolemeuszów, emporium handlowe ówczesnego świata, słynące z kultywowania nauk, sztuk i literatury pięknej, stanowiące przedmiot podziwu zarówno zdobywców rzymskich jak i później arabskich. Tu, gdzie architekci wbijają słupy fundamentów nowych budowli we współczesnych osiedlach mieszkaniowych, dosłownie "tryskają" fontanny starożytnych mozaikowych kostek. W Aleksandrii nastąpiło odkrycie na Kom el Dikka słynnych łaźni rzymskich i cystern na wodę. Byłem też świadkiem wyłonienia się w ciągu prac pięknego marmurowego teatru. To ostatnie "odsłonięcie starożytności" jest niewątpliwie jednym z największych osiągnięć polskiej archeologii. W kolejności opracowywałem materiał z syryjskiej Palmyry, która dziś jeszcze oczarowuje wspaniałością swoich ruin, niepowtarzalnym charakterem sztuki łączącej w sobie pierwiastki hellenistyczno-rzymskiego Zachodu, jak i partyjskiego Wschodu. Materiał wskazany mi przez profesora do opracowania to odkryty w pobliżu Tetrapylonu skarb złożony z kilkunastu złotych monet wczesnobizantyjskich oraz biżuterii, niezwykle wyrafinowanej. Dość dodać, że fakt jego odkrycia sprowadził do obozu polskiego najazd turystów z Damaszku. Wśród nich znaleźli się tak dostojni goście jak ówczesny premier Indii Jawaharlal Nehru i jego córka Indira Gandhi, którzy przez Damaszek wracali z Europy do swojego kraju. Inny jeszcze materiał, dany mi do opracowania, pochodził z Nea Pafos na Cyprze, typowego stanowiska z kręgu klasycznej kultury grecko-rzymskiej. Nea Pafos założone pod koniec IV w. p.n.e. na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy było w starożytności miejscem pielgrzymek dla złożenia hołdu Afrodycie. To bóstwo miłości miało bowiem wyłonić się z piany morskiej przy pobliskich skałach i w Palea Pafos (Stare Pafos) posiadało swoją świątynię. Obecnie Nea Pafos obejmują pola uprawne z zachowanymi reliktami murów, teatru i grobowców kutych w skałach. Na omawianym stanowisku natrafiła polska ekipa na sporą ilość srebrnych monet Aleksandra Wielkiego i cały zespół rzeźb greckich, m.in. posąg boga zdrowia Asklepiosa. Zwracają też uwagę odkryte mozaiki; najciekawsze z nich to mozaika przedstawiająca Tezeusza walczącego z Minotaurem i Ariadnę spoglądającą na owe dwie postacie; inna mozaika ukazuje kąpiel Achillesa w towarzystwie rodziców bohatera, Peleusa i Tetydy oraz trzech Parek snujących los dziecka.

Podkreślić jeszcze raz pragnę, że wśród osób, które spotkałem na swojej drodze ku starożytności, profesor Kazimierz Michałowski jest właściwym sprawcą moich fascynacji pozostając w pamięci jako wzorzec uczonego oddanego bez reszty poszukiwaniom prawdy w zabytkach kultury antyku.

Dydaktykę, która jest moją ulubioną dziedziną, uprawiam w Akademii Pedagogicznej w Krakowie do dziś, a to dzięki jej rektorowi profesorowi Michałowi Śliwie, kiedyś mojemu słuchaczowi. Do Uczelni tej przylgnąłem od dawna. Oprócz "wewnętrznych" potrzeb pociągnęły mnie ku dydaktyce niektóre indywidualności: profesor Feliks Kiryk, który jest animatorem wielkiego programu badań osadniczych, przemian gospodarczo-społecznych i kulturalnych. Stosuje w tym względzie bardzo mi odpowiadającą nowoczesną metodologię badań zespołowych i interdyscyplinarnych. Z innych indywidualności to profesor Ze non Uryga, który zajmuje się interesującymi mnie me cha niz mami procesu kształ cenia literackiego oraz metodologią badań tego kształcenia. Szczególną wdzięczność żywię do profesora Bolesława Farona, który jako ówczesny rektor zaangażował mnie jeszcze do Wyższej Szkoły Pedagogicznej i dopomógł poczuć się w niej jak u siebie w domu. Dzisiaj jako dyrektor Instytutu Filologii Polskiej umożliwia prowadzenie zajęć dydaktycznych z umiłowanej literatury antyku. Podobną życzliwość odczuwam ze strony profesora Ludwika Mroczki, dyrektora Instytutu Historii. Dzięki profesorowi Mroczce mogę realizować swoje archeologiczne spotkania ze studentami.

Verba volant... Zakończę je przesłaniem, którego część przedstawiłem na początku mojego wyznania: Sądzę dziś po latach spotkań ze wspaniałymi ludźmi, że pracę uczonego powinna zawsze charakteryzować nieograniczoność i bezinteresowność. Ta praca bowiem sama się sobą żywi i sama się nagradza. Wymaga jednak trwałego śladu i przekazywania wiedzy innym.

Z natury bowiem dążą do wiedzy wszyscy ludzie - "pantes anthropoi tu eidenai oregontai phsei" - jak stwierdza w swojej Metafizyce Arystoteles.

Stefan Skowronek  
Fotografie Waldemar Szweykowski   

 
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka