Wspomnienia 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


 
Kazimierz Karolczak

Adam Przyboś w oczach najmłodszego wychowanka

 

Środowisko naukowe przywykło identyfikować kolejne pokolenia badaczy ze szkołami tworzonymi w poszczególnych dyscyplinach przez wielkie indywidualności. Do utożsamiania młodego adepta z mistrzem skłonni są zwłaszcza historycy, dla których nazwisko "promotora" stanowi pierwszą ważną informację, swego rodzaju kierunkowskaz na drodze wytyczonej w nauce. Trawestując słowa Louisa Pasteura można powiedzieć, że choć nauka nie ma ojczyzny, uczony ją posiada. Chce tego, czy nie, w swój życiorys wpisuje nazwisko mistrza (mistrzów) w drodze do "samodzielności badawczej". Świadomość "korzeni naukowych" towarzyszy mu zazwyczaj do końca życia i szczęśliwy jest, jeśli nie musi wyjaśniać, kim był jego Nauczyciel.

A. Przyboś
Adam Przyboś

Moim pierwszym mistrzem był profesor Adam Przyboś (1906-1990), uczony o wielkim dorobku naukowym, trwale wpisany w pierwsze ćwierćwiecze kształcenia historycznego w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Wytrawny badacz, znakomicie przygotowany warsztatowo do pracy źródłowej, godził początkowo (do 1964) działalność dydaktyczną z etatem w Instytucie Historii PAN w Warszawie, kierując w Krakowie Pracownią Bibliografii Historii Polski. Trwale związał się z WSP, gdzie w latach 1962-1972 pełnił obowiązki prorektora ds. nauczania, kierował Katedrą Historii Powszechnej (1963-1971), a po reorganizacji Zakładem Historii Starożytnej i Średniowiecznej (1971-1977), był też dyrektorem Instytutu Historii (1974-1977). Obowiązki administracyjne nie przeszkadzały mu zbytnio - jak się zdaje - w pracy badawczej, bo w tym czasie znacząco powiększył swój dorobek naukowy. Imponująco przedstawia się też liczba wypromowanych przez profesora magistrów (510), choć doktorów było już znacznie mniej (5), a w dodatku żaden z nich nie zapuścił na trwałe korzeni w macierzystym Instytucie i nie kontynuuje jego badań. Jednym z nich jest prof. Józef Półćwiartek, twórca Instytutu Historii WSP w Rzeszowie (obecnie Uniwersytet Rzeszowski).

W środowisku naukowym Adama Przybosia uważano za historyka dziejów politycznych i społecznych Polski nowożytnej, biografistę, a przede wszystkim wydawcę źródeł. Wśród badaczy epoki miał swoje niekwestionowane, wysokie miejsce. Osobiście z profesorem zetknąłem się w ostatnich latach jego etatowej pracy w Instytucie, razem zamknęliśmy ważne etapy w naszym życiu: ja ukończyłem studia, profesor odszedł na emeryturę. Przygotowywałem pracę magisterską na ostatnim prowadzonym przez niego seminarium. Należę więc do grona ostatnich jego uczniów (tych otwierających drugą połowę tysiąca!) i bez wątpienia jestem ostatnim, któremu zaproponował pozostanie na asystenturze w Instytucie Historii i którego zatrudniał jako dyrektor. Waży to na moim losie do dziś, chociaż nie dane było mi dalej terminować w nauce pod okiem pierwszego mistrza. Młody stażysta nie bardzo rozumiał wówczas powody, dla których z chwilą przejścia profesora na emeryturę nagle ustały wszelkie jego kontakty z Instytutem, mimo iż nie zaprzestał on intensywnej pracy badawczej. Potem widywałem profesora już tylko w niedzielne przedpołudnia, gdy przez ul. Sławkowską zdążał do kościoła Mariackiego. Wydawało mi się, że odpowiadał na mój ukłon z wyraźną sympatią... Tekst ten nie jest kolejnym biogramem Adama Przybosia, ale wspomnieniem o Profesorze-mistrzu, przywołanym po latach przez ostatniego z uczniów, bo za takiego cały czas się uważam.

Adama Przybosia poznałem na drugim roku studiów i to w dość nietypowej sytuacji: miałem przedstawić się dyrektorowi Instytutu jako nowy przewodniczący Studenckiego Koła Naukowego Historyków. Nie znaczy to, że pierwszy raz widziałem wówczas profesora, bo w Instytucie od lat był zwyczaj prezentowania kadry naukowej studentom pierwszego roku zaraz po inauguracji roku akademickiego, ale emocje towarzyszące wejściu w mury uczelni, gdzie wszystko było nowe, nieznane, nie pozwalały zapamiętać ani twarzy, ani nazwisk. No, może nazwisko "Przyboś" akurat zapamiętywano, kojarząc je - nie przypadkowo, ale o tym dowiedzieliśmy się później - z poetą, którego wiersze poznawaliśmy w szkole średniej. Tym niemniej, w najbliższych tygodniach utrwalały nam się inne nazwiska, przede wszystkim Skowronka, Mateszewa..., co wiązało się z prowadzonymi przez nich na I roku zajęciami.

Dyrektor był... po prostu dyrektorem, a jako historyk pozostawał dla nas na razie anonimowy. Jedno było pewne: wzbudzał respekt. Niezbyt często widywaliśmy go na korytarzu, ale jak już się pojawiał milkły rozmowy, atmosfera jakby gęstniała... Nie miał zwyczaju przemykania pod ścianą, ale szedł powoli, wręcz dostojnie, środkiem korytarza, uważnie przyglądając się studentom. Miał w sobie coś z przedwojennego belfra, jakby z innej epoki. Nie kokietował studentów, nie uśmiechał się: szedł jakby na przegląd, kontrolę jednostki, którą zarządzał.

A widział wiele... Stawał nad porzuconym papierkiem i pytał studenta, czy mu coś nie upadło... Oczywiście nikt z nas się nie zastanawiał, "komu upadło", ale czym prędzej podnosił! Wobec studentów zachowywał wyraźny dystans, co nikogo nie dziwiło: przecież to profesor (a nie było ich wówczas zbyt wielu) i dyrektor - tłumaczyliśmy sobie. Zasadę hierarchii ważności w środowisku akademickim, owej specyficznej "drabiny feudalnej" zrozumieliśmy po kilku miesiącach, jeszcze przed zdaniem pierwszego egzaminu. Odrobiny partnerstwa oczekiwaliśmy zatem od asystentów, wyobrażając sobie, że dopiero oni mogą być partnerami dla profesorów. Czy także dla profesora Przybosia? Przekonałem się o tym właśnie podczas owej pierwszej wizyty w gabinecie dyrektorskim, złożonej w obecności ówczesnego opiekuna koła. Przyjęci zostaliśmy na stojąco, rozmowa była krótka, ale bardzo konkretna, a skutek tej wizyty odczułem już po kilku dniach, kiedy ku osłupieniu kolegów przechodzący przez korytarz dyrektor zatrzymał się przy mnie, wyciągnął rękę... do powitania! Zdaje się, że wszyscy zdążyliśmy wcześniej spojrzeć pod nogi, szukając przysłowiowego papierka. Takim powitaniem byłem odtąd zaszczycany systematycznie, a przy okazji i pytaniem o Koło Historyków.

Być może było to pytanie zdawkowe, ale dające studentowi odczuć, że to, co robi, kogoś interesuje. Nie wiedziałem wówczas, że w końcu lat dwudziestych XX wieku wiceprezesem Koła Historyków na UJ był... Adam Przyboś! Wkrótce przekonałem się, że dyrektor aktywność naukową studentów traktuje ze śmiertelną powagą i co więcej, pamięta konkretne osiągnięcia. Nie wyobrażano sobie corocznego sprawozdawczego zebrania Koła bez udziału dyrektora. Tego zaproszenia wymagał, ale też można było być pewnym jego obecności. Myślę, że doskonale zdawali sobie z tego sprawę inni pracownicy Instytutu, licznie pojawiając się przy takich okazjach na studenckich spotkaniach. Nie ulega wątpliwości, że profesor dodawał powagi owym zebraniom, mimo że nie ingerował w ich tok, często nawet się nie odzywał.

Studentom nie były znane relacje pomiędzy pracownikami i dyrekcją w Instytucie, ale przypadkowe nawet obserwacje wskazywały, iż pozostawały one bardzo oficjalne, by nie powiedzieć - służbowe. Zebrania Instytutu, w których sporadycznie uczestniczyłem jako przewodniczący Koła, pokazywały także różnice zdań i sposób wychodzenia przez dyrektora z kłopotliwych sytuacji, w jakich stawiały go czasem pytania ówczesnego docenta Feliksa Kiryka. W trakcie zebrania po prostu je pomijał, nie pozwalał na wywołanie dyskusji niezgodnej z porządkiem obrad i kiedy wydawało się, że powtórzone kolejny raz w wolnych wnioskach zmuszą go do zajęcia stanowiska, Adam Przyboś... kończył zebranie!

Dyrektor Przyboś organizacyjnie panował nad Instytutem, podobnie jak profesor Przyboś panował nad swoim warsztatem naukowym, a autor Przyboś nad tekstem, który pisał... W swoim życiu zawodowym był doskonale zorganizowany, wręcz pedantyczny, co - zdaje się - nie przysparzało mu przyjaciół. Rzadko się uśmiechał; skłonny do moralizowania, oceniał otoczenie przez pryzmat przestrzeganych przez siebie zasad. Można przypuszczać, że w jego "świecie" nie było zbyt wiele miejsca na ryzyko, improwizację... Za bardzo cenił porządek, ustalony rytm dnia wolny od niespodzianek... Miał w sobie coś z byłego prezydenta Krakowa, Józefa Friedleina, przy którego ulicy mieszkał. Obydwaj poruszali się po mieście pieszo: Friedlein - jak dobry gospodarz - obchodził codziennie swój "mały Kraków", a Przyboś - po odbyciu obowiązkowej marszruty na ul. Podchorążych - lustrował od rana swój "mały Instytut", jeszcze przed pojawieniem się innych pracowników.

Wstawał wcześnie, lubił pracować rano, wiedział o podobnych upodobaniach innych historyków. Pokazywał mi kiedyś swoją domową bibliotekę (u profesora studenci bywali niezmiernie rzadko, by nie powiedzieć wyjątkowo), maszynę do pisania i... telefon, z którego - jak sam powiedział - korzysta czasem już przed godz. 6 rano, wymieniając uwagi z innym miłośnikiem porannego wstawania! Nie przypominam sobie za to późnego, wieczornego wyjścia profesora z jakiegokolwiek spotkania ze studentami. Nawet z corocznego Balu Historyka był odwożony wkrótce po zakończeniu prowadzonego przez niego obowiązkowego poloneza.

Był punktualny aż do przesady. Wykład rozpoczynał co do minuty, nie znosił spóźnień. Już po pierwszych zajęciach studenci wiedzieli, że do sali nie wchodzi się po profesorze. Nasze seminarium magisterskie prowadził od godz. 8.00, ale już 10 min. wcześniej byliśmy proszeni przez sekretarkę do jego gabinetu, w milczeniu zajmowaliśmy miejsca. Był to swego rodzaju rytuał: profesor pogrążony w pracy, jakby nas nie zauważał. Punktualnie o godz. 8.00 składał papiery i nas witał. Spóźnienie zdarzyło się jednemu z kolegów tylko raz: 2 min. po czasie zaawizował się przez sekretarkę. Jeszcze stojąc w drzwiach dowiedział się, że jego "pociąg już odszedł"! Profesor mówił to ze śmiertelną powagą, pokazując przy tym na zegarek. Więcej nikt się nie spóźnił.

Seminarzyści profesora nie byli specjalnie wyróżniani. Prawa mieli takie same jak inni, obowiązków więcej. Każdy z nas referował efekty swojej pracy z ostatniego tygodnia, a profesor skrupulatnie to odnotowywał. Tak prowadzona szczegółowa dokumentacja uniemożliwiała przenoszenie owych "efek tów" na dalsze tygodnie! Element prywatności pojawiał się jedynie na początku seminarium, kiedy to - zgodnie z ustalonymi wcześniej zasadami - informowaliśmy o ważniejszych wydarzeniach w naszym życiu. To także było zapisywane, bo każdy z nas miał mieć swoje miejsce w pamiętniku profesora! Czekaliśmy potem na wydanie owych pamiętników, niektórzy czekają nadal, wierząc, że znajdują się tam także opinie o nas, ówczesnych studentach. Zwyczajowo każdy z nas wysyłał profesorowi kartkę z pozdrowieniami z wakacji, a adresat zawsze pamiętał o podziękowaniu za pamięć przy pierwszym spotkaniu! Dziwiło nas, że bezbłędnie identyfikował, nawet po kilku miesiącach, miejsca naszego pobytu.

Samo seminarium nie było prowadzone w szczególnie atrakcyjny sposób, ale dopiero po latach doceniłem dbałość profesora o szczegóły warsztatowe. W tym względzie był perfekcyjny: żadnej dowolności w zapisie bibliograficznym, w posługiwaniu się przypisami. Wszystko według przedwojennej szkoły, jak sam powtarzał: Kutrzeby i Konopczyńskiego. Nie miał nawyku nadmiernego ułatwiania nam pracy, pomagania w redagowaniu tekstu, ale chętnie odsyłał na konsultacje, zwłaszcza do historyków literatury, jako że w realizowanych tematach musieliśmy wykorzystywać literaturę pamiętnikarską, powieść historyczną, itp. Wymagał nie tylko faktograficznego wykorzystania tych źródeł, ale też omówienia ich wartości literackiej, językowej, do czego na ogół nie byliśmy przygotowani. W poważniejszych sprawach kierował nas do prof. Wincentego Danka, a po jego śmierci głównie do doc. Jopka, którego cenił za błyskotliwość ("doc. Jopek zna się na wszystkim" - mawiał). Na pierwsze seminaria zapraszał studentów starszych lat, finalizujących już pod jego kierunkiem swoje prace magisterskie. W taki sposób poznaliśmy np. Zdzisława Budzyńskiego, obecnego profesora Uniwersytetu Rzeszowskiego. Prawie każde seminarium kończyło się głośną lekturą: Adam Przyboś czytał teksty nad którymi aktualnie pracował. Naszym udziałem był głównie wydawany przez profesora (wspólnie z R. Żelewskim) w oryginale Albrychta Stanisława Radziwiłła Memoriale rerum gestarum in Polonia 1632-1650 (t. 1-5, Wrocław 1968-1975), a wówczas tłumaczony na język polski (t. 1-3, Warszawa 1980).

Małą ojczyzną Adama Przybosia był chyba cały czas jego rodzinny Rzeszów, miasto młodości, w którym spędził też lata II wojny światowej. Nieśmiało pytany przez studentów mówił o przedwojennym Tarnopolu, gdzie organizował Podolskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, gdzie wydał swą pierwszą książkę z doktoratu (Konfederacja gołąbska, 1936). Nie przypominam sobie, by mówił o swojej pracy w szkołach średnich Krakowa, Rzeszowa i Tarnopola, ale wszyscy wiedzieliśmy, że podobnie jak inni zaczynał swą karierę po doktoracie (1930) i zdaniu dyplomowego egzaminu nauczycielskiego (1931) od szkolnictwa średniego. Imponowało nam jego przygotowanie językowe (był także romanistą), ciekawił niewielki epizod z jego życiorysu: nauczyciel prywatny. Pojęcie tak abstrakcyjne w rzeczywistości, w której sami się kształciliśmy, że musiało wzbudzać zainteresowanie. Był to dom hr. Michała Baworowskiego we Lwowie, a o ile sobie przypominam profesor ze smutkiem powiedział, że ten jego wychowanek był potem lotnikiem w Anglii i zginął zestrzelony nad Warszawą w 1944 r.

M. Tyrowicz i A. Przyboś
Marian Tyrowicz i Marian Przyboś

O polityce z profesorem się nie rozmawiało, nie były nam znane jego poglądy, z którymi raczej się nie obnosił. Wyczuwaliśmy natomiast niezbyt przychylne nastawienie do Niemców. Zwykł powtarzać: "jak świat światem Niemiec Polakowi nie będzie bratem". Ślady wojny? Wojna niewątpliwie wpłynęła na jego życie zawodowe, uniemożliwiając mu zapuszczenie korzeni w Tarnopolu. Po wojnie, nie mogąc tam wrócić, skorzystał z propozycji prof. W. Konopczyńskiego i objął w Krakowie stanowisko bibliotekarza i kustosza zbiorów Komisji Historycznej PAU (1947-1952), a po jej likwidacji został pracownikiem Zakładu Dokumentacji warszawskiego Instytutu Historii PAN, kierując Pracownią Bibliografii Pełnej (a następnie Selekcyjnej) Historii Polski. Rozwijał się naukowo na stanowisku docenta (od 1954), profesora nadzwyczajnego (1961) i zwyczajnego (1971). Od 1950 roku datują się jego związki z krakowską WSP, gdzie zaczynał pracę jako lektor, a później wykładowca. Od 1964 r. było to już jego jedyne miejsce pracy. Do emerytury..., bo od pracy twórczej oderwała go dopiero śmierć.

Wpisał swoje nazwisko w szereg instytucji naukowych i wydawniczych. Był sekretarzem i prezesem (1962-1964) Oddziału PTH w Krakowie, przygotowywał VIII Powszechny Zjazd Historyków Polskich (1958), był członkiem Komitetu Redakcyjnego "Małopolskich Studiów Historycznych" (od powstania w 1958), a po przemianowaniu w 1967 r. "Studiów Historycznych", członkiem Komisji Nauk Historycznych (1957) i Nauk Pedagogicznych (1962) Oddziału PAN w Krakowie. Z wydanych przez niego źródeł[1] korzystają kolejne pokolenia historyków, a kilkadziesiąt biogramów w PSB pokazuje rozległość jego warsztatu badawczego. Z prac monograficznych warto jeszcze wymienić: Powstanie chłopskie w starostwie lanckorońskim i nowotarskim w r. 1670 (Kraków 1953); W latach potopu. Walka na rodu polskiego z najazdem szwedzkim w latach 1655-1660 (Warszawa 1956); Michał Korybut Wiśniowiecki 1640-1673 (Kraków 1984).

Odnowienie doktoratu
Odnowienia doktoratu w UJ

Adam Przyboś miał poczucie swojej wartości jako historyka, wydawcy źródeł. Nie znaliśmy jego wcześniejszych polemik z Władysławem Czaplińskim z Wrocławia, ale wyczuwaliśmy, że różniąc się w swych ocenach przeszłości, wzajemnie się szanują. Wydawało się, że w owym czasie Adam Przyboś równie wysoko stawiał jeszcze tylko Adama Kerstena z Lublina. Po latach, kiedy od dawna nie żyje już nikt z owego triumwiratu, zdarza się, że w oryginalny sposób ożywają wspomnienia. Kiedy w listopadzie 2002 roku, na konferencji w Warszawie przypadło mi siedzieć obok prof. Marka Czaplińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego, z ciekawości zapytałem o stopień pokrewieństwa z Władysławem, "bo ja od Przybosia". "A..., to pan ze szlacheckiej koncepcji Rzeczypospolitej", usłyszałem. Uczeń Adama Przybosia i syn Władysława Czaplińskiego nie dyskutowali już wprawdzie o konfederacji gołąbskiej, ale znakomicie rozumieli się jako dziewiętnastowiecznicy i wymieniając wizytówki zapraszali do wzajemnych odwiedzin we Wrocławiu i w Krakowie. I jak tu negować istnienie szkół historycznych? Dobry Mistrz patronuje swym uczniom nawet zza grobu!

Kazimierz Karolczak  

 

1. Prócz wymienionych wcześniej, m.in. Materiały do powstania Kostki Napierskiego w 1651 r. (Wrocław 1951); Dwa pamiętniki z XVII wieku (Wrocław 1954); Akta sejmikowe województwa krakowskiego, t. 2-5 (Wrocław1955-1984); Akta radzieckie rzeszowskie 1591-1634 (Wrocław 1957); Dyplomaci w dawnych czasach. Relacje staropolskie z XVI-XVIII stulecia (Kraków 1959, wspólnie z R. Żelewskim); Merkuriusz Polski (Kraków 1960); Diariusz poselstwa polskiego do Francji po Henryka Walezego w 1573 roku (Wrocław 1963, wspólnie z R. Żelewskim); Diariusz kołowania i konferencji pod Gołębiem i Lublinem w 1672 (Wrocław 1972, wspólnie z synem Kazimierzem); Podróże królewicza Władysława Wazy do krajów Europy zachodniej w latach 1624-1625 (Kraków 1977; wersja niemiecka Leipzig-Weimar 1988).

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka