Esej 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna


 
Włodzimierz Próchnicki

Kiedy historia przyspiesza...

 

Stanisław Vincenz, prozaik, eseista i tłumacz urodził się w roku 1888, zmarł w 1971. Daty te wyznaczają określoną summę doświadczeń życiowych i intelektualnych. Jego główne dzieło, tetralogia "Na wysokiej połoninie" obejmuje ponad dwa tysiące stron druku. Łączy w sobie różnorodne formy gatunkowe - od eseju etnograficznego czy, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, antropologicznego - po tomy o charakterze wyraźnie powieściowym

Cykl wydawany w latach 1936-1979 powstawał zatem na przestrzeni kilkudziesięciu lat, z wy raźną cezurą wojenno-okupacyjną, która nie tylko stanowi przyczynę luki w procesie twórczym ale, przede wszystkim, zmieniając wiedzę autorską, zmienia perspektywę budowania wnętrza pisanego dzieła i charakter kolejnych tomów, dzieląc historię na przed i po wojnie, świat zaś - na Polskę przedwojenną i kraje emigracji. I chociaż fabularna rama cyklu prezentującego ludzi i kulturę huculszczyzny obejmuje okres od wieku XVIII, aż po lata siedemdziesiąte XIX stulecia, to zmiana jakościowa punktu widzenia, spowodowana doświadczeniami lat wo jennych, staje się widocznym wyznacznikiem ideo logii dzieła.

O ile tom pierwszy stanowił rozległą prezentację przeszłości huculszczyzny, jej rodów i bohaterów, obyczajów i instytucji, świata materialnego i duchowego, mieszczącego się pomiędzy religią a sakralizacyjnym "oswajaniem" przyrody, o tyle tomy następne są już fabularnym budowaniem wiedzy o tej minionej kulturze. Nowość w ujmowaniu jej historyczności polega na tym, że przedstawiony świat zostaje sprowadzony do przeszłości zamkniętej na zawsze, zakończonej katastrofą i zamienionej w rzeczywistość coraz bardziej się oddalającą, coraz mniej wyraźną, zderacjonalizowaną, której historia może zostać przywołana właściwie jedynie w postaci mitu.

Zawieszenie tetralogii Na wysokiej połoninie między eposem a powieścią oznacza idealizację świata pasterskiego, której źródłem jest trwanie poza historią

Vincenz nie próbuje, śladem powieści historycznej, dokonywać rekonstrukcji faktów, nie dąży do odtwarzania - choćby fikcjonalnego - jednostkowych i zbiorowych działań, składających się na historię. Nie usiłuje być epickim historiografem huculszczyzny. Jest natomiast kimś w rodzaju antropologa-prozaika, zainteresowanego przede wszystkim człowiekiem i kulturą. Taki człowiek stanowi cel tych pisarskich dociekań, autor zaś próbuje dotrzeć do tego celu przez fabularyzowaną diagnozę etnograficzną, zagęszczenie wybranych wątków z materiału folklorystycznego, z legend i podań (zob. np. powieściowy opis prac przy wielkim wyrębie pierwotnej puszczy), i przez przyporządkowanie im światopoglądowych uzasadnień. Wszystko to, tak czy inaczej, pozostaje treścią historii, dlatego też historia musi być obecna w polu pisarskich dociekań.

Ale jaka jest to historia? Jak powiedzieliśmy już, nie jako proces, również nie jako działanie teleologiczne. Wyimki historii, bo te właśnie stają się tematem narracji, mają odsłaniać nie ciągłość procesów historycznych, lecz ich decydujące momenty: rozpad pierwotnych form wspólnoty pasterskiej, różnicowanie ekonomiczne tożsame z socjalnym rozwarstwieniem. To niejako od wewnątrz społeczności. Czynniki zewnętrzne pojawiają się, zdaniem Vincenza, w momencie upadku Rzeczypospolitej. Państwo do tej pory niemal nieingerujące w życie odległych terytoriów górskich, zostaje zastąpione przez organizację silniejszą, sprężyście administrowaną, a co za tym idzie - opresywną w sposób bardziej skuteczny, niż np. usiłowania magnatów. Lud, egzystujący do tej pory jeśli nie wręcz poza historią, to na jej marginesach, zostaje schwytany w gęstą sieć reguł państwowej biurokracji, egzekwowanych przepisów, powinności i sankcji, przymusu policyjnego, nade wszystko zaś obowiązku wojskowego, spełnianego w dodatku poza obszarem ojczystych Karpat, w dalekich a nowoczesnych krainach monarchii austro-węgierskiej.

Vincenz nie próbuje, śladem powieści historycznej, dokonywać rekonstrukcji faktów, nie dąży do odtwarzania - choćby fikcjonalnego - jednostkowych i zbiorowych działań, składających się na historię. Nie usiłuje być epickim historiografem huculszczyzny. Jest natomiast kimś w rodzaju antropologa-prozaika, zainteresowanego przede wszystkim człowiekiem i kulturą

Kolejny w ujęciu Vincenzowskim moment przełomowy ma miejsce wtedy, gdy idylliczna kraina ulega merkantylizacji, pojawia się towar, jako zbędny w istocie obiekt pożądania oraz pieniądz, konieczny do jego osiągnięcia. Żeby posiadać pieniądze należy wykonać pracę, która przestaje służyć zaspokojeniu niezbędnych potrzeb, a przemienia się w składową systemu kapitalistycznego, nastawionego na wyzysk, choć bez wyraźnego określenia autorskiego, komu to mianowicie odbiera się wartość dodatkową, kto przechwytuje zysk i kumuluje kapitał. Owszem, proces ten pokazany z oddalenia i odniesiony do "Europejczyków" ma charakter negatywny, ale już w życiu Hucułów nabiera cech szlachetnie altruistycznych - służyć ma ogółowi, zapobiec klęsce głodu.

Ta marksowska terminologia klasycznej, dziewiętnastowiecznej myśli ekonomicznej pojawia się nie bez kozery. Autor bowiem, tęskniący do świata idealnego (idealizujący w pewnym zakresie realny świat historyczny) ma świadomość bezwzględnego końca kultury pasterskiej, do tego stopnia archaicznej, że rudymentarnego wzorca dla niej poszukuje w Grecji homerowej, a odniesienia dostrzega np. w wątkach religii Indii. Idealizacja ta, z której pisarz zdaje sobie doskonale sprawę, służy podkreśleniu egzemplarycznej funkcji przedstawienia. Rzeczywistość nie była idealna, wręcz przeciwnie. Jednak z chwilą, gdy w miejsce historii podstawiamy mit (w trylogii Tomasza Manna mit będzie zastępnikiem historycznego prawdopodobieństwa), dokonujemy operacji wartościującej po to, żeby, po pierwsze, stworzyć wyjaśnienie, po drugie - wzorzec postępowania w procesie dziejowym. Czy jakiekolwiek możliwości wpływania literatury na rzeczywistość istnieją...? Sam autor zdaje sobie sprawę z tego ograniczenia, nie rezygnując wszakże z walki o moralne doskonalenie jednostek. Jest to dla niego obowiązek, w którym zawiera się sens pisania.

Wyimki historii, bo te właśnie stają się tematem narracji, mają odsłaniać nie ciągłość procesów historycznych, lecz ich decydujące momenty: rozpad pierwotnych form wspólnoty pasterskiej, różnicowanie ekonomiczne tożsame z socjalnym rozwarstwieniem

Dychotomia mit-historia narzuca swoiste reguły dyskursu. Zawieszenie tetralogii Na wysokiej połoninie (na co zwracała uwagę krytyka) między eposem a powieścią oznacza idealizację świata pasterskiego, której źródłem jest trwanie poza historią. Dostrzeżenie zmiany bierze się z dawno dokonanego odkrycia, że cywilizacje miasta i wsi biegną nie tylko w odmiennym rytmie, ale i z różną szybkością - co przesądza o ich odmiennej historii. I nie jest rzeczą przypadku, że w momencie, w którym Vincenz podejmuje wątek rodzącej się, a raczej importowanej industrializacji, formowania obiegu towarowo-pieniężnego, jednym słowem - powstawania kapitalizmu, materię eposu zastępują struktury powieściowe przypominające w niejednym dzieła osiemnastowieczne (Daniela Defoe), będące odpowiednikiem cywilizacyjnej nowoczesności. Zagadnienie literackiego opisu, rozumianego jako zagadnienie poznania, determinuje formę. Stabilność i - pozorna - ponadczasowość mitu narzucają wariant epicki. Proces przemian, na które składają się drobne wstrząsy i wielkie katastrofy domaga się formy powieściowej.

z chwilą, gdy w miejsce historii podstawiamy mit (w trylogii Tomasza Manna mit będzie zastępnikiem historycznego prawdopodobieństwa), dokonujemy operacji wartościującej po to, żeby, po pierwsze, stworzyć wyjaśnienie, po drugie - wzorzec postępowania w procesie dziejowym

Ten drugi świat, historyczny, konotowany w powieści wypiera, czy wręcz unicestwia mityczny świat eposu. Ta katastrofa nie zostanie nigdzie ukazana wprost (może raz, w symbolicznej formie lawiny, ale zauważmy, że jest ona czymś naturalnym, choć wywołanym przez działalność człowieka dewastującego przyrodę). Zapowiadana jest jednakże w tradycyjnym języku biblijnym. Armagedon oznacza pożar świata, jego zagładę, jego figurą będzie w utworze lokomotywa. Vincenz nie chce, nie odważy się doprowadzić dziejów huculszczyzny do pierwszej wojny światowej, nie mówiąc o drugiej. To, dla opowieści karpackiej, nie ta historia, to całkowicie odmienny wątek dziejów. Jednakże wszystko to, co się w epoce totalitarnej dokonało, daje znać o sobie, choćby w konstruowaniu wątków żydowskich. Apologia chasydyzmu, który na tych ziemiach powstał i losy bohaterów chasydzkich przypowieści zostały napisane w zupełnie czytelnym cieniu Holocaustu. Tu, między innymi, mit w najściślejszym sensie zostaje połączony z historią przedstawioną w tekście, choć jego sens staje się wówczas zrozumiały, gdy nastąpi odwołanie do historii nieobecnej bezpośrednio w cyklu, przekraczającej jego chronologię, ale za razem w sposób oczywisty interpretującej "wstecz" jej znaczenie.

Ostatecznie Vincenzowski stosunek mitu do historii, w tym przynajmniej dziele, wygląda następująco: świat huculski, idealna cywilizacja archaicznej kultury pasterskiej stała się oto platońską Atlantydą. Symbolika ta nie wymaga komentarza. Składnikiem historii (nie teologii!) jest Armagedon, apokaliptyczna przyczyna zagłady Atlantydy, o tyle nietypowa, że będąca całkowicie ludzkim dziełem. To tutaj, gdy mowa jest o zagładzie Atlantydy, mówi się w istocie o drugiej wojnie światowej, będącej węzłem hitleryzmu i stalinizmu. W takiej strukturze dziejowej jest jednak również miejsce na odrodzenie. Apokatastaza, przywrócenie stanu pierwotnego - nie dosłowne, ale w jakiejś nowej, możliwie doskonałej postaci - być może stanie się faktem, a zatem stanie się historią. W taki sposób nastąpi powrót do, jak określa apokatastazę Arystoteles, stanu naturalnego bytu. Sprzeczność pomiędzy idealnością mitu, a realnością historii zostanie zniesiona. Obecne w tzw. literaturze kresów pragnienia w większości przypadków dałoby się sprowadzić do tęsknoty za przeszłością. Jej mityzacja pełni jednak zazwyczaj funkcje wyłącznie idealizacyjne, chciałoby się rzec - dekoracyjne. Natomiast Vincenz, który filozofię Hegla uczynił tematem swej rozprawy doktorskiej, proponuje model dialektyczny, interpretujący i ujawniający sensy historii.

Pytanie, czy ta diagnoza dziejów jest prawdziwa, ściślej - na ile jest prawdziwa, byłoby źle postawione. Mamy tu przecież do czynienia z literaturą, nie historiografią, czy nawet historiozofią. Naczelną zaś funkcją literatury staje się, w ostatecznej instancji, przeciwstawienie pamięci - zagładzie. Jak pisał w szkicu pod charakterystycznym tytułem Rzeczywistość urojona?:

"Zwyciężają ci, którzy (...) pozostawiają reinen Tisch, czyli nie zostawiają dostępu dla wspomnień.(...) Jakub Burckhard uważa, że piramidy z czaszek stawiane niegdyś w Bagdadzie przez Tamerlana pozostawiły w tych krajach wspomnienia takie, że nikt nie potrafi tam wierzyć w najzwyklejsze ludzkie cnoty i odruchy".

Rzeczą literatury jest ocalenie owych ludzkich cnót i odruchów metodą przeciwstawienia mitu - historii, pamięci - zagładzie. Rolą naczelną tak pojmowanego pisarstwa nie jest opis, lecz diagnoza, a ściślej rzecz ujmując nauka z opisu historii dająca się wyprowadzić. Pozornie to niewiele, a jednak nie tylko ten, niezasłużenie mało znany pisarz postępuje w ten sposób. By nie być gołosłownym, wystarczy przywołać jako jeden tylko przykład - kompozycję Doktora Faustusa w jej warstwie historycznej.

Włodzimierz Próchnicki  

 
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, kwiecień 2003 Statystyka